Elektorat wiejski może zdecydować o prezydenturze

Z dr. Tomaszem Żukowskim, socjologiem i politologiem z Uniwersytetu
Warszawskiego, rozmawia Jacek Dytkowski

Różnica pomiędzy
Jarosławem Kaczyńskim, prezesem PiS, a Bronisławem Komorowskim,
kandydatem PO, zmalała do około 4,5 procent. Jest Pan zaskoczony?


Niespecjalnie. Jestem natomiast zaskoczony skalą błędu popełnionego
przez ośrodki sondażowe. Jedyna firma, która tego uniknęła, to OBOP.
Natomiast wszystkie pozostałe zmierzyły zachowania wyborcze Polaków z
bardzo dużymi błędami i – prawdę powiedziawszy – trochę mi za te ośrodki
wstyd. Jestem bowiem również socjologiem i badaczem opinii. Mamy do
czynienia z poważnym sygnałem, że w branży demoskopijnej, a także wśród
socjologów i politologów zajmujących się polską sceną życia publicznego
dzieje się coś złego. Sondaże mówiące o kilkunastopunktowej przewadze
Komorowskiego czy wręcz o jego wygranej w I turze były przecież
wykorzystywane w komentarzach przez specjalistów o znanych nazwiskach.
Co więcej, w niedzielny wieczór wybitny naukowiec i bardzo wpływowy
dziennikarz (nazwisk litościwie nie wymienię) zaatakowali publicznie
OBOP za nietrafne podanie wyników!
Przypomnę też, że 51 proc. dla
marszałka w pierwszej turze zapowiadał nie tylko „wielki przegrany” z
ostatnich tygodni, czyli Janusz Palikot, ale również „Gazeta Wyborcza”
powołująca się na dane sopockiej PBS. W praktyce było – przypomnijmy –
10 punktów mniej! Taka sytuacja musi martwić. Obawiam się, że spora
część badaczy i dziennikarzy po prostu nie dopełniła standardów dobrego,
profesjonalnego wykonywania swego zawodu. To niepokojący sygnał.
Wygląda na to, że ważna część „infrastruktury demokracji” działa w
Polsce niewystarczająco dobrze. Szczęśliwie nie dotyczy to Państwowej
Komisji Wyborczej, a także OBOP (realizującego badanie wyborcze za
środki Telewizji Publicznej). To ważne: w roku 2010 instytucje i firmy
publiczne służą demokracji lepiej od komercyjnych. Te pierwsze oferują
produkt wyższej, te drugie – niższej jakości! Stąd jeszcze ważniejszy
wniosek: plany osłabienia czy prywatyzacji mediów publicznych mogą
przyczynić się do pogorszenia jakości naszego życia politycznego! Kto
wtedy zamówi dobre, choć droższe, badania w dniu wyborów?

Największe
niespodzianki w tych wyborach?

– Z perspektywy tych, którzy
słuchali niekoniecznie dokładnych wyników przedwyborczych sondaży, takie
niespodzianki są trzy. Pierwsza to niewielka różnica głosów pomiędzy
dwoma głównymi konkurentami. Jakkolwiek w I turze wygrał Bronisław
Komorowski, to z perspektywy powszechnych oczekiwań więcej powodów do
zadowolenia ma Jarosław Kaczyński. Szanse obu w II turze wyborczej są
dziś porównywalne.

Sukces odniósł również kandydat SLD
Grzegorz Napieralski…

– To druga niespodzianka. Zwróćmy jednak
uwagę, że jego wynik zbliżony jest do notowań elektoratu lewicowego z
kilku poprzednich wyborów partyjnych, zarówno tych do Sejmu, jak i tych
do Parlamentu Europejskiego. Nie jest to więc jakieś wielkie osiągnięcie
lewicy. Przypomnę, że całkiem niedawno zbierała ona przecież ponad 40
proc. głosów (w 2001 r.). Sukces Napieralskiego jest jednak niewątpliwy,
gdy jako punkt odniesienia przyjmiemy jego notowania sprzed miesiąca
czy dwóch. Można powiedzieć, że SLD obronił się przed przejęciem swego
elektoratu przez PO.
Ma to z pewnością związek ze strategią
sztabowców Komorowskiego. Walczyli oni głównie o wyborców prawicowych,
głosujących niegdyś na Lecha Kaczyńskiego. W konsekwencji na lewym
skrzydle obozu marszałka było więcej „luzu”, wolnego miejsca, co
oczywiście Napieralski skutecznie wykorzystał.
Wreszcie ostatnie
zaskoczenie, już mniejsze, to niezły wynik – oczywiście w kategorii
kandydatów drugiego planu – Janusza Korwin-Mikkego. Zajął on – czego
chyba sam się nie spodziewał – czwarte miejsce w tym wyścigu, przed
Andrzejem Olechowskim. Okazuje się, że wyrazisty liberał, bez wsparcia
finansowego, może być skuteczniejszy niż reprezentant liberałów
powiązany z potężnymi instytucjami dysponującymi dużymi pieniędzmi.

Dlaczego
tak się stało?

– Korwin-Mikke był bardziej zdeterminowany niż
Olechowski i jego zaplecze. Jako bardziej wyrazisty mógł być lepiej
zauważony przez najbardziej zdeklarowanych liberalnych wyborców
Platformy, którzy byli rozczarowani ucieczką PO od wcześniejszych haseł
programowych.

Wicepremier Waldemar Pawlak, kandydat PSL na
prezydenta, poniósł porażkę w tych wyborach. Do kogo zwrócił się
elektorat wiejski?

– Jest to porażka podobna do tych, jakie były
udziałem PSL w poprzednich wyborach prezydenckich. Kogo poparła w
niedzielę polska wieś? Pierwsze miejsce zajął tu – zbierając ok. 45
proc. głosów – Jarosław Kaczyński, wyprzedzając dość wyraźnie – 31 proc.
– Bronisława Komorowskiego. Warto tu przypomnieć, że wieś to dziś nie
tylko rolnicy. Pamiętajmy, że większość mieszkańców polskiej wsi
utrzymuje się z innych źródeł. Wygląda na to, że wielu wyborców PSL
głosowało na Jarosława Kaczyńskiego, a nie na przedstawiciela
koalicyjnej Platformy.

Jaka będzie rola elektoratu wiejskiego w
II turze wyborów prezydenckich?

– Bardzo ważna. W pierwszej
turze wieś była mniej zmobilizowana niż duże miasta. Sądzę, że
niedocenianą powszechnie, ale ważną rezerwą obozu Jarosława Kaczyńskiego
są właśnie społeczności ze wsi i małych miasteczek, zwłaszcza te z
mocniejszymi więzami społecznymi i silniejszą tożsamością religijną i
obywatelską. Jeśli frekwencja w II turze będzie w tych społecznościach
wysoka, to szanse kandydata Polski solidarnej są zdecydowanie większe.

Dziękuję
za rozmowę.

drukuj