Przesterowanie obnaża manipulację

Nawet najbardziej wyrafinowane strategie polityczne i
propagandowe nieraz zawodzą. Pomimo ogromnych nakładów finansowych na
kampanie wyborcze, pełnego profesjonalizmu tzw. społecznej inżynierii,
skoordynowanej akcji polityków, mediów i ośrodków badania opinii
zachowanie wyborców może okazać się zupełnie inne, niż projektują je
elity. Współczesna historia polityczna zna „wielkie” wyborcze
niespodzianki; wyniki, których nie spodziewał się nikt.

Historia
wyborów powszechnych w III RP wskazywała do niedawna na występowanie
dwu niebezpiecznych zjawisk, które można zakwalifikować wręcz jako
patologię demokracji. Pierwsze to spadające zainteresowanie obywateli
wyborem ludzi, którzy mają nimi rządzić, a drugie – uleganie presji
sondaży przez tych, którzy już zdecydują się pójść do urn. Połączenie
obu tych zjawisk sprawia, że o tym, kto Polską rządzi, coraz częściej w
demokratyczny sposób decyduje… mniejszość, i to pozostająca w dużej
mierze pod presją mediów oraz wyników badań opinii publicznej. Czy tak
ma wyglądać polska demokracja w XXI wieku?
Niekoniecznie. –
Inżynierowie społeczni myślą, że społeczeństwem można w pełni sterować,
że jest masą, którą da się mechanicznie zarządzać. Ale rzeczywistość
jest inna – wskazuje prof. Mieczysław Ryba z KUL, dodając, iż gdy
„inżynierowie” przesadzają z naciąganiem wyników, wyborcy to
dostrzegają. – „Przesterowanie” w tym procesie powoduje obnażenie
systemów kłamstwa i manipulacji, a w efekcie zmianę reakcji społecznych.
W takich momentach ujawnia się prawda o wolności człowieka i elektorat
może zachować się inaczej, niż oczekują ci, którzy chcą zarządzać
społeczeństwem – wskazuje publicysta.
To zjawisko jest oczywiście
pozytywne, daje nadzieję, że społeczeństwo się budzi, a sami ludzie
zyskują poczucie własnej wartości. Zdają sobie sprawę z tego, że właśnie
wtedy, gdy zaczynają myśleć samodzielnie i decydują się przeciwstawić
płynącej ze wszystkich stron presji określonego zachowania i niejako się
buntują, naprawdę zyskują – odtąd świadomie współdecydują o swoim
państwie i – co ważne – dowiadują się, że nie są sami. Jednak aby doszło
do takiego zwrotu w zbiorowym myśleniu opinii publicznej, coś musi się
wydarzyć. Czasem jest to wydarzenie spektakularne i tragiczne, tak jak
katastrofa pod Smoleńskiem, która nie tylko zabrała wiele znaczących
postaci życia publicznego (w tym kandydatów na urząd prezydenta), ale
też wpłynęła na obraz polityki i polityków u Polaków.
Ale nie zawsze,
żeby zmienić społeczne postawy, potrzeba takiego wydarzenia. Czasem
proces ten dokonuje się w sposób niewidoczny, powolny i stopniowy. Może
okazać się, że zewnętrzna presja mediów jest zbyt silna i ludzie
zaczynają czuć się nią zniewoleni. Wtedy dochodzi do zmiany poglądów,
która może być nieuchwytna dla sondaży, bo respondenci odmawiają
odpowiedzi. Także dramatyczna sytuacja bytowa, rażąco odbiegająca od
kolorowych wizji nigdy niespełnianych obietnic, skłania do odwrócenia
się od rządzącej i najwyżej wymieniającej się rolami co kadencję
politycznej elity. Być może taką reakcję spowodują skutki tegorocznej
powodzi.

Serial popularniejszy od wyborów

Ale aby
mogło dojść do takiego przewartościowania w umysłach wyborców, muszą
wpierw wyrwać się ze swoistego uśpienia, zrozumieć, że wybory i ogólnie
cały proces polityczny mają realny wpływ na ich sytuację życiową, na
przyszłość ich samych i ich dzieci. Wreszcie muszą uwierzyć, że sami
mają na to wpływ. Potrzeba do tego pokonania pewnego rodzaju
odrętwienia, które każe koncentrować się na codzienności, ograniczać się
do zaspokajania podstawowych potrzeb; potrzeba też poszerzenia
horyzontów, lepszej znajomości demokratycznego mechanizmu i zasadniczych
problemów państwa i społeczeństwa. Nie sprzyja temu lansowany obecnie,
bazujący na niskich instynktach konsumpcyjny model życia.
By lepiej
zobrazować problem, wystarczy porównać oglądalność niektórych
popularnych seriali telewizyjnych z frekwencją wyborczą. Przesada? Jeden
z tasiemcowych seriali emitowanych od lat w TVP gromadzi przed
telewizorami niekiedy 11,6 mln Polaków. Tymczasem nawet podczas wyborów
parlamentarnych z 2005 r., które w ostatnich latach miały nie najgorszą,
jak na polskie realia, ponad 40-procentową frekwencję, udział wzięło
12,2 mln uprawnionych do głosowania. Z serialem TVP przegrywają
natomiast z kretesem wybory do Parlamentu Europejskiego, w których rok
temu udział wzięło zaledwie 7,5 mln uprawnionych.
Przyczyn tego
zjawiska socjolodzy i politycy szukają od lat, podając różne przyczyny i
recepty. Doktor Daniel Wicenty, socjolog z Uniwersytetu Gdańskiego,
uważa, że są różne przyczyny tego zjawiska i wynikają one zarówno ze
specyfiki polskiego systemu politycznego, jak i z podejścia samych
wyborców. – Być może społeczeństwo ma też niewłaściwe podejście do
polityki i polityków, nie rozumiejąc, jak bardzo ich decyzje wpływają na
nasze życie – wskazuje socjolog.
Eksperci są zgodni, że budowanie
zdrowego demokratycznego państwa wymaga nie tylko usprawnienia jego
struktur, ale też aktywności społeczeństwa, zwłaszcza podczas wyborów,
ale także w trakcie pełnienia rządów przez wybranych polityków.
Na
tych, którzy zdecydują się wziąć udział w wyborach, spory wpływ wywiera
presja mediów i sondaże. Jak duży? Oceny są różne. Eksperci jednak są
zgodni, że przynajmniej w ostatnich latach ten wpływ był zauważalny.
Doktor Daniel Wicenty uważa, iż przed ostatnimi wyborami prezentowano
tak wiele sondaży i tak różne wyniki, że przeciętny odbiorca nie jest w
stanie ich analizować. – Gdyby tych sondaży było mniej, mogłyby odgrywać
znaczącą rolę – zauważa, dodając, że w latach wcześniejszych ten wpływ
był bardziej znaczący. Zaznacza jednak, iż poważnym problemem
prezentowanych sondaży jest ich wiarygodność, co ujawniły zwłaszcza
poprzednie wybory z 2005 roku. – Sondaże wskazywały na znaczące
zwycięstwo kandydata Platformy Obywatelskiej, podczas gdy zwyciężył Lech
Kaczyński – podkreśla socjolog, zaznaczając, że ta sytuacja była
kompletną porażką większości ośrodków badawczych.
– W Polsce,
niestety, sondaże nakierowane są bardziej na wywoływanie pewnych zjawisk
niż informowanie o nich – mówi wprost prof. Mieczysław Ryba, historyk i
publicysta. – Pracownicy ośrodków badania opinii publicznej często nie
potrafią powstrzymać się przed przemycaniem swoich poglądów w sondażach.
To taka agitacja pod przykrywką nauki – zwraca z kolei uwagę Jan Filip
Staniłko, ekspert ds. polityki z Instytutu Sobieskiego. Dodaje, że takie
zachowanie świadczy o niskiej wiarygodności naukowca.

Sondaż
prawdę ci powie?

Czemu więc ośrodki badawcze pozwalają sobie
na takie praktyki i czy to jedynie z ich winy sondaże odbiegają od
rzeczywistości? Sondaże mają wewnętrzną słabość metodologiczną – są
tylko próbą. Podczas ich przeprowadzania można popełnić różne błędy –
tłumaczy Jan Filip Staniłko. Jak mówi – wynikają one zarówno z błędów
ankieterów, jak i zachowania ankietowanych. – Zdarza się, że ludzie nie
mówią prawdy, bo np. jeszcze nie są do końca zdecydowani, zmieniają
zdanie, wstydzą się albo boją powiedzieć, na kogo chcą głosować. Ponadto
wielu ludzi odmawia uczestnictwa w sondażach. Wtedy próba sondażowa
jest dobrana tylko do tych, którzy zgodzili się na wypowiedź, a nie
wiadomo, jaką grupę reprezentują ci, którzy nie zgodzili się ujawnić
preferencji – wskazuje. I tu właśnie – jego zdaniem – ankietujący lub
ośrodki badawcze popełniają drugi błąd, traktując wypowiedzi tych,
którzy zgodzili się wypowiedzieć, jako reprezentatywne dla całego
społeczeństwa.
Z kolei dr Bartłomiej Biskup, politolog, pracownik
naukowy Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, zwraca
uwagę na inną słabość metodologii przeprowadzania sondaży w Polsce.
Chodzi np. o telefoniczną metodę prowadzenia badania, która nie oddaje
preferencji polskich wyborców, bo jest zbyt mały stopień telefonizacji
kraju, więc metoda ta jest obarczona dużo większym błędem niż inne –
podkreśla, dodając, że wybrana w ten sposób grupa nie jest
reprezentatywna dla całego społeczeństwa.
Jan Filip Staniłko wskazuje
na inny element manipulowania zachowaniami wyborców. – Ważnym elementem
oddziaływania na wyborców jest mobilizacja elektoratu wykorzystująca
czynniki emocjonalne poprzez wytworzenie w mediach atmosfery lęku lub
wstydu – mówi. Taką właśnie atmosferę budowały komercyjne media przed
wyborami parlamentarnymi w 2007 r., wmawiając zwłaszcza młodym wyborcom,
że głosowanie na PiS to „obciach”, i strasząc „widmem kaczyzmu”.
Niestety, dopiero po katastrofie smoleńskiej wielu wyborców zrozumiało –
i to często dzięki tym samym mediom obrzydzającym wcześniej na wszelkie
sposoby osobę prezydenta – że było to obliczone jedynie na
wykorzystanie ich głosów przeciwko formacji, z której wywodził się Lech
Kaczyński.
Czy Polacy wyciągną odpowiednie wnioski z tej sytuacji?
Ekspert z Instytutu Sobieskiego podkreśla, że społeczeństwo może się
bronić przed manipulacją, wówczas gdy choć trochę rozumie jej
mechanizmy. – To trochę tak, jak z narzędziami marketingowymi – im
więcej o nich wiemy, tym mniej na nas oddziałują. Gdy rozumiemy, że
dociera do nas reklama, traktujemy ją jak reklamę – wskazuje Staniłko.
Zaznacza jednak, że niektórzy zajmują całkiem inne postawy, i to nawet
świadomie. Dlaczego? – Bywa, że niektórzy ludzie lubią być manipulowani.
Modelowy człowiek komunistyczny – homo sovieticus, był z natury leniwy,
lubił być prowadzony za rękę, chciał, żeby ktoś myślał za niego –
zaznacza ekspert.

Badania daleko od rzeczywistości

Pewnym
przełomem w nastawieniu wyborców były pamiętne wybory z 2005 roku.
Pokazały one, że nawet sondaże publikowane tuż przed wyborami (zwłaszcza
przed II turą wyborów prezydenckich) na tyle odbiegły od
rzeczywistości, że nie ujawniały ani realnego poparcia, ani prawdziwego
zwycięzcy. Jakie były tego przyczyny? – Źródłem niepewności wyników
wyborów w Polsce zazwyczaj była pycha tych, którzy chcieli odgórnie,
poprzez sondaże prezentowane przez ośrodki badania opinii publicznej,
zapewnić sobie monopol na sprawdzanie nastrojów społecznych i którzy nie
mogli powstrzymać się od stosowania metod rodem z poprzedniego systemu –
uważa Jan Filip Staniłko.
Czy takie błędy w przeprowadzeniu sondaży
to jedynie polska specyfika? – Nie. We Francji niedawno też doszło do
dużej pomyłki podczas wyborów w ocenie preferencji wyborczych i w
efekcie postanowiono tam ujednolicić metodologię badawczą – dodaje dr
Bartłomiej Biskup. Jednak o ile w Europie Zachodniej sytuacje takie są
interpretowane jako efekt błędu metodologicznego lub ukrywania przez
wyborców właściwych preferencji, w Polsce niektórzy komentatorzy uznają
to wręcz za sposób na sterowanie nastrojami społecznymi przed wyborami.
Dlatego wynik wyborów sprzed 5 lat odczytują właśnie jako przejaw
manifestacji wolności wyborców. W Europie największy szok w ciągu
ostatnich kilkunastu lat wywołały niewątpliwie wybory parlamentarne w
Austrii z 1999 r., gdy nacjonalistyczna Wolnościowa Partia Austrii
zdobyła 26 proc. głosów i utworzyła rząd wraz z Austriacką Partią
Ludową. Ta nieprzewidziana decyzja austriackich wyborców ściągnęła wtedy
nawet sankcje Unii Europejskiej na ich kraj.
– W Polsce wciąż nie ma
wykształconych mechanizmów kontrolowania polityków przez wyborców –
zwraca uwagę dr Daniel Wicenty. Jego zdaniem, jedną z przyczyn tego
stanu jest większościowa ordynacja wyborcza, która zbytnio upartyjnia
system polityczny i zostawia wyborców z poczuciem braku wpływu na
postępowanie ich wybrańców. – Narzędzia późniejszej kontroli wyborcy nad
parlamentarzystą czy ugrupowaniem są słabe – zauważa, co jego zdaniem,
rodzi frustrację i poczucie, że jego wybory niczego nie zmieniają.
Analizy
te skłaniają do sformułowania co najmniej jednego wniosku: bez
większego zaangażowania społeczeństwa nie da się ani zreformować państwa
polskiego, ani zapewnić normalnego funkcjonowania polskiej demokracji.
Jeśli sami nie poczujemy się odpowiedzialni za wybieranie i
„sprawdzanie” ludzi decydujących o ważnych elementach naszego życia,
któż sprawi, by politycy po usadowieniu się w wygodnych fotelach
ministrów i posłów nie zapomnieli, że mają dbać o nasze sprawy?

Mariusz
Bober
Współpraca Beata Falkowska

drukuj