Egzorcyzmowanie IV RP
W ostatnich wyborach prezydenckich Polacy wybrali uśmiechnięty substytut
Donalda Tuska i są przekonani, że teraz nareszcie będą mieli upragniony święty
spokój i rosnące konta bankowe. Lawina strachu uruchomiona wobec rządu Jarosława
Kaczyńskiego dała władzę absolutną Platformie Obywatelskiej. Ta ostatnia nie
musiała robić praktycznie nic, by jej kandydat wygrał. Całą czarną robotę za
sztab wyborczy Bronisława Komorowskiego wykonały media. Przed nami proces
wyjaśniania katastrofy smoleńskiej i dwa wielkie polityczne salta – wybory
samorządowe i parlamentarne. Czeka nas więc medialna intensyfikacja wzbudzania
paroksyzmów strachu przed powrotem IV RP. Tomasz Lis, Janina Paradowska, Jacek
Żakowski stają do wyścigu o tytuł "Palikota niezależnych mediów".
Ktoś wyliczył, że 22 listopada 2007 r., podczas trzygodzinnego exposé premiera
Donalda Tuska słowo "zaufanie" padło ponad dwustukrotnie. W trzecim roku rządów
PO wiadomo nareszcie dlaczego. Chodziło o to, by z bezwzględnym zaufaniem lud
przyjmował to, co ogłaszać będą "niezależne media". Zaufanie do słowa płynącego
na falach eteru, w studiach telewizyjnych i zaufanie do słowa drukowanego
wychodzącego w milionach egzemplarzy to zasadniczy fundament rewolucyjnego
programu premiera Tuska. Bo zaufanie płynie z rozwagi i miłości. A miłość – jak
się później okazało – była tak wielka, że dla dobra Ojczyzny należało zatrzymać
zalewające kraj potoki nienawiści i jadu wydobywające się z okopów Prawa i
Sprawiedliwości.
Wilkołaki, wampiry i strzygi
Widmo IV RP krążyło nad Narodem każdego dnia coraz bardziej złowrogo. Premier
Jarosław Kaczyński, prezydent Lech Kaczyński, minister Zbigniew Ziobro, wszyscy
posłowie PiS, którzy postanowili nie porzucać swojej partii, zmienili się w
wilkołaki, wampiry i strzygi, które należało przepędzić wraz z IV RP. Jacek
Żakowski, Tomasz Wołek, Tomasz Lis, Wiesław Władyka w porannych nasiadówkach w
TOK FM snuli czarne wizje powrotu sotni Kaczyńskiego. Budzono wśród światłego
ludu upiory strachu na wszelkie sposoby: doktorem G., łzami Beaty S., agentem
Tomkiem, prokuratorem Engelkingiem, teczkami, dziką lustracją, tymi, co "pod
drzwiami staną i nocą kolbami w drzwi załomocą", opinią publiczną światłej
Europy, nieuniknionym kryzysem, Radiem Maryja… Waldemar Kuczyński (z ramienia
Jeziorka Czerniakowskiego) wraz z Dominiką Wielowiejską, Agatą Nowakowską z
"Gazety Wyborczej" na falach TOK FM odprawiali obrzędy, by odczynić zło płynące
z PiS i każdego jej polityka oddzielnie. Igor Janke został usunięty z TOK FM w
pierwszych dniach kampanii prezydenckiej, gdy zaprosił do rozmowy w Salonie 24
Jarosława Kaczyńskiego. W końcu w kraju panuje miłość i płynąca z niej wolność
słowa.
Kiedy jesienią 2009 r. zdetonowano aferę hazardową, "niezależni dziennikarze"
porozrzucani w mediach drukowanych i elektronicznych wołali: PiS w ataku, PiS
powraca, Kaczyński rzuca się w pościg za Tuskiem. Bo w końcu Platforma może nie
jest szczytem marzeń, ale i tak jest o niebo lepsza od PiS. Bo: nie wysłała za
Waldemarem Pawlakiem służb specjalnych, aby urządzić mu prowokację; nie
wykorzystała CBA do kuszenia posłów PiS; nie skłóca całych środowisk zawodowych
i nie woła tak jak PiS "profesura-agentura". No i oczywiście, PO nie dokonuje
aresztowań w obecności kamer i niezależnych dziennikarzy. Tusk i jego ludzie nie
oskarżają prokuratorów i sędziów o polityczne motywacje wydawanych wyroków, nie
rozwalają służb specjalnych, żeby tworzyć swoje własne. A co najważniejsze, Tusk
i jego ludzie nie straszą ani Niemcami, ani Rosją. Wręcz przeciwnie, roztaczają
bajeczne wizje strategicznej przyjaźni z Merkel i Putinem, no i oczywiście nie
straszą Polaków jakimś "układem". Bo przecież w Polsce żadnego układu nie było,
nie ma i nie będzie. Nie będzie już więcej łamania demokracji, nie będzie więcej
żadnych afer – ani hazardowych, ani gruntowych. Po aresztowaniu laptopa
Zbigniewa Ziobry nie będzie zakazanych narad u premiera, na których planuje się
aresztowanie polityka opozycyjnej partii.
I niech PiS się nie skarży, wołali "niezależni dziennikarze", przecież do
"programów publicystycznych zapraszani są nieustannie politycy PiS i mogą mówić,
ile i jak chcą. No i przecież te "pisiory" mają media – drugi co do wielkości
opiniotwórczy dziennik, konserwatywny miesięcznik, portale internetowe i blogi,
"na których nadzwyczaj aktywna jest falanga IV RP"!
Kiedy ktoś zaryzykował i uruchomił radiowy czy telewizyjny odbiornik, niechybnie
słyszał: PiS wszystko kładzie i psuje, Polaków zniszczą otwarte archiwa IPN,
trzeba było je zabetonować… Poza tym to CBA… PiS zawala politykę
zagraniczną, politykę bezpieczeństwa państwa, nie dba o wojsko i armię.
Kaczyński rozwalił służby specjalne, rozkłada Ministerstwo Sprawiedliwości i
Spraw Wewnętrznych, kłóci się z sąsiadami, nie przejmuje się tym, co myśli o nim
zagranica. PiS zniszczyło służbę zdrowia, system emerytur, a prezydentura Lecha
Kaczyńskiego nie została nawet zmarnowana, ale "zmaltretowana". W tej sytuacji
Platformy nie należy, nawet nie wypada, na serio krytykować, bo za węgłem czają
się Kaczyńscy, Macierewicze, Ziobry, którzy problemów kraju nie rozwiążą, ale
"gratis przywloką ze sobą zimną wojnę domową".
Pod ostrzałem medialnych armat
Sterowanie emocjami i informacją w mediach zaczęło się na długo przed kampanią
prezydencką. Prawo i Sprawiedliwość od 2005 do 2007 roku znajdowało się pod
nieustannym ostrzałem zimnowojennych snajperów i medialnych armat. Gdy stery
przejął Donald Tusk, cała gra toczyła się już tylko o jego prezydenturę. Kiedy w
2009 r. w czasie detonacji afery hazardowej wycofał się z wyborów prezydenckich,
bo – jak wyjaśnił – już przestało mu zależeć na pałacu i żyrandolach, medialna
zimna wojna weszła w fazę decydującą. 10 kwietnia 2010 r. po katastrofie
rządowego samolotu pod Smoleńskiem "Polityka" już przestała wołać "Tusku,
musisz!". Za "Bronkiem" stanęła cała salonowa elita dawniej skupiona wokół
Tadeusza Mazowieckiego. Wskrzeszona z dawnego placu boju Unia Demokratyczna w
Pałacu na Wodzie w Łazienkach dała sygnał do walki. Mistrz Andrzej Wajda, niby
Danton, z notesem w dłoni ogłosił w kraju stan wojny. Strach przed Jarosławem
Kaczyńskim obudził wszystkie możliwe demony i sięgnął zenitu. W różnych
"Kropkach nad i", "Siódmych dniach tygodnia", i "Kawach na ławie" politycy PiS i
PO zgonieni do jednego stołu dawali gwałtownie upust swoim emocjom. Okładali się
słowami po karkach i głowach w rytm emitowanych reklam. Brakowało jeszcze tylko,
by Janusz Palikot ogłosił wszem wobec, że powódź, która dotknęła niemal pół
kraju, to kara za Kaczyńskich. Swoją drogą, dziwne, że tego nie zrobił…
Histeryczne uniesienie zapanowało w redakcjach wszelakich, kiedy okazało się, że
Jarosław Kaczyński się zmienił. Przecież to niemożliwe, on się nie zmienił, to
dalej polityczny destruktor i podstępny intrygant, który może zniszczyć Polskę!
A sztab PiS i tak zacznie grać powodzią, gdy okaże się, że na żałobie i
ociepleniu wizerunku Kaczyńskiego nie da się zbudować całej kampanii. I tu
"niezależni dziennikarze" wyciskali z siebie siódme poty, by uzasadnić powrót
Janusza Palikota do wyborczej gry. Palikot powrócił, żeby odebrać Kaczyńskiemu
inicjatywę, a lęk wyborców przed wodą zastąpić strachem przed IV RP. Tak to
sobie "niezależne media" koncypowały, nazywając wybryki lubelskiego posła w
centrum Lublina wyrafinowanym pojedynkiem na wiece i gombrowiczowskie miny.
Paroksyzm strachu
Janina Paradowska próbowała pogrążyć swoich czytelników w paroksyzmach strachu,
pytając: "Jarosław Kaczyński jako prezydent będzie kontynuatorem polityki
łagodniejszego brata czy raczej bezkompromisowym mścicielem szukającym winnych
jego śmierci?". Dziś na to pytanie ma już odpowiedź. Tak wiele się zmieniło, by
nie zmieniło się nic. Kampania dalej trwa. Jarosław Kaczyński i PiS, choć od
wyborów prezydenckich mija kolejny tydzień, nie przestali straszyć. Można
przewidywać, że ich zęby i oczy będą z każdym miesiącem coraz większe. Bo
przecież przed nami jeszcze niewyjaśniona katastrofa smoleńska i dwa wielkie
polityczne salta. Wybory samorządowe i parlamentarne.
Poseł PO Janusz Palikot, który w oczach opinii światowej całą polską scenę
polityczną przemienia w jedno wielkie pośmiewisko, wołał niedawno: "Lech
Kaczyński ma krew na rękach ludzi, którzy zginęli". W sukurs Palikotowi
przyszedł natychmiast tygodnik "Wprost", opatrując okładkowe zdjęcie prezydenta
Lecha Kaczyńskiego pytaniem: "Męczennik czy sprawca? Smoleńska wojna o pamięć".
W środku obszerny tekst otwierało dramatyczne w wymowie czarno-białe zdjęcie
Jarosława Kaczyńskiego pogrążonego w bólu przy zwłokach brata na pogorzelisku
lotniska w Smoleńsku, a obok wybity był nagłówek: "Wojna smoleńska. Spisek,
zamach, krew na rękach, zbrodnia, ruska trumna, gówno. Tyle zostało z polityki
miłości. Teraz jest wojna". Nowy naczelny "Wprost" Tomasz Lis, jak widać, tkwi
po uszy w wojennych okopach, otwiera kolejny front – już nie musi się
ograniczać. Ciekawe, czy Polacy uwierzą w kolejną "prawdę", że Lech Kaczyński
jest zbrodniarzem… O Lisie krążą nawet plotki, że zostanie szefem TVP. Jeśli
dalej tak będzie się starał, to wszystko jest możliwe. Jak na razie, obejmując
kierownictwo w tygodniku "Wprost", postanowił zostać "Palikotem niezależnych
mediów".
Jak widać, różne szokujące narracje (to modne ostatnio słowo) mogą nas jeszcze
czekać. Nie wiemy też, co zgotuje nam Donald Tusk i jego przyjaciele podczas
zapowiadanych 500 dni spokoju. Katastrofa lotnicza, powódź już były. Teraz
rozpoczęła się susza, przed nami jesień i zima… niewykluczona jest fala
arktycznych mrozów. Ciekawe, co będzie z gazem. Aż strach pomyśleć… jakie
nadejdą dni miłości. Ale przecież są "niezależni dziennikarze" i "niezależne
media" – dowiemy się wkrótce, że nareszcie żyje się lepiej.
Dr Hanna Karp
Dr Hanna Karp jest medioznawcą i religiologiem, publicystką, autorką książek na
temat sekt i New Age.
