Edukacyjna klęska we Francji
Roczny budżet Ministerstwa Edukacji Narodowej Francji dla wszystkich
uczniów wynosi 60,8 mld euro. Pomimo takich nakładów nie widać, żeby wyniki
nauczania w obszarze trzech rodzajów umiejętności mierzonych przez OECD się
polepszyły. Jednocześnie alarmującym problemem szkół francuskich jest upadek
autorytetu i frustracja nauczycieli, którzy masowo – ok. 10 tys. osób rocznie –
rezygnują z zawodu, bo nie radzą sobie z agresywnymi zachowaniami uczniów.
W roku 2009 na 65 państw podlegających badaniu OECD-PISA (Programme for
International Student Assesement – pod koniec obowiązkowego kształcenia ocenia
stopień osiągnięć uczniów z wiedzy i umiejętności, które są niezbędne w pełnym
uczestnictwie w życiu społecznym) Francja znalazła się na 22., 29. i 27.
miejscu. W 2000 r. ulokowała się na 13. pozycji wśród 43 krajów, w – 2003 r. na
16. na 41 państw, a w 2006 r. była na 25. miejscu na 57 krajów podlegających
badaniu.
Ostrzeżenie dla polskich władz
Szkolnictwo we Francji zaczęło się bać swojego "nowego człowieka". Czas pokazał,
że rewolucja Nowej Lewicy z 1968 r. wygenerowała takie postawy, które
uniemożliwiają nawiązanie konstruktywnych relacji społecznych z powodu braku
respektu wobec elementarnych reguł. Tymczasem nasze ministerstwo edukacji ślepo
podąża śladami edukacyjnych błędów Francji i zaleceń PISA.
Czy wobec fiaska systemu edukacji we Francji polscy ministrowie edukacji nadal
wiedzą, co robią, upierając się przy obowiązującym systemie? Czy są jak dzieci w
piaskownicy, którym ktoś podał piasek i foremki, a oni go tylko do nich wsypują,
uklepują, biorą pieniądze, bez odpowiedzialności, ale za to z marketingowym
uśmiechem na ustach sprzedają ufnym Polakom trefny towar jako "szkołę
przyjazną".
Dobra edukacja jest systemem ponadczasowym – liczy się z prawdą o człowieku i o
rzeczywistości. Tak zwana edukacja rewolucyjna ciągle się rewolucjonizuje,
anektuje ludzki czas, wciąga umysły w zawiłości utopijnych "nowo-tworów" oraz w
szalone cele rewolucyjnej dekonstrukcji.
Niszcząca utopia
Rewolucje: 1789, 1917, 1933 wraz z obecną neomarksistowską Nowej Lewicy z 1968
r. ignorują realia człowieczeństwa i rzeczywistości. Jest tak dlatego, że
działania utopistów wciskają ludzkie życie w swoje wymyślone i ciasne foremki
oraz walczą z kulturą zbudowaną na syntezie antyku, prawa rzymskiego i
judeochrześcijaństwa. Rewolucje dekonstruują rzeczywistość, by zapanowało to, co
utopijne – wymyślone. Budują anty-ład. By opanować całość instytucji – każda
rewolucja zmienia system edukacji, aby według zamysłu utopistów ukształtować
"nowego człowieka".
Zlaicyzowany Zachód już wie i widzi (również na szczeblu ministerstw) potrzebę
powrotu do reguł, potrzebę odbudowania autorytetu nauczyciela jako warunku
prawidłowego przebiegu zajęć szkolnych. Rzeczywistość boleśnie udowodniła, że
życie według utopii negującej wszelkie reguły i wartości staje się straszne i
beznadziejne. Powstaje pytanie, czy Zachód powróci do tradycyjnej edukacji, czy
nadal będzie eksperymentował na żywym organizmie, utyskując na swoją
niedoskonałość, lecz jednocześnie broniąc swoich utopijnych pozycji wyjściowych.
Od wprowadzenia reformy edukacji w 1999 r. w Polsce, którą polskie władze
entuzjastycznie podjęły, kopiując felerny system francuski, Ministerstwo
Edukacji Narodowej zachwyca się możliwością bezrefleksyjnego kalkowania wzoru z
Zachodu. A przecież już widać, że – podobnie jak we Francji – reforma ta była
krokiem w stronę katastrofy kulturowej. Polskie władze, przyjmując wzorce
edukacyjne zrewoltowanego postmodernizmem Zachodu, wprowadziły nas na ścieżkę,
która wiedzie do chaosu, agresji, przemocy, depresji nauczycieli i uczniów,
policyjnych interwencji w klasach szkolnych, bo takie właśnie skutki odczuwają
szkoły francuska i polska w konsekwencji zamiany tradycyjnych celów oświaty na
cele rewolucyjne. Podważenie autorytetu przez rewolucję 1968 r. oraz
wprowadzenie systemu 4 razy 3 (rozbicie nauczania na 4 segmenty po 3 lata) były
pomysłami złymi, więc rzeczywistość je odrzuca, podobnie jak organizm odrzuca
to, co mu szkodzi.
Przestroga i zachęta do odwrotu
Na fali obaw o stan edukacji we Francji Francuzi zadają sobie pytania i
poszukują odpowiedzi. Na przykład w cyklicznym programie TV France2 "Complément
d´enquůte" ("Errata do ankiety") poświęconym problemowi upadku autorytetu wśród
młodzieży, wyemitowanym 14 marca 2011 r. (90-minutowy program jest aktualnie
dostępny pod adresem internetowym: http://www.dailymotion.pl/video/xgv5s3_fr2-complement-d-enquete-ados-l-autorite-en-faillite-1-6_news.),
autorzy, podejmując temat upadku autorytetu w systemie edukacji francuskiej,
odsłonili jednocześnie pozostałe poważne problemy związane z edukacją nad
Sekwaną, tj.: przemoc, arogancję, agresję, niemożność nauczania, konieczność
szkolenia nauczycieli w zakresie radzenia sobie z agresją uczniów, tworzenia
programów eksperymentalnych dla szczególnie agresywnych. Mówiono o próbach
powrotu do tradycyjnych zasad, odwrocie od ministerialnych zakazów.
Zaprezentowane w programie reportaże i wywiady, opowiedziane co prawda z
perspektywy światopoglądu laickiego, są wyrazem szczerej troski i
zaniepokojenia.
Żywy przykład tradycyjnej szkoły
Nawet pierwszy porewolucyjny władca Francji – cesarz Napoleon I, który swoją
żołnierską karierę w rewolucyjnej armii przeorientował w stronę zbudowania
niechrześcijańskiego cesarstwa, docenił zasady przedrewolucyjnego modelu
edukacji, z wyłączeniem odniesienia edukacji do Boga jako celu życia. Napoleon I
jako cesarz Francuzów założył w Paryżu szkołę dla dziewcząt, która istnieje do
dzisiaj jako szkoła publiczna – Maison d´Education de la Legion D´Honneur (MELH).
Dzisiaj ma najlepsze we Francji osiągnięcia – 100 proc. zdanych matur i
najlepszy klimat do pracy.
Gdy cesarz Napoleon I powoływał tę szkołę i kodyfikował jej zasady, wzorował się
na sprawdzonych przedrewolucyjnych osiągnięciach, na modelach z czasów
arcychrześcijańskiej monarchii przedrewolucyjnej Francji. Znał ten schemat
dobrze, również z doświadczeń swojej siostry. Jak mówi nadintendentka MELH,
cesarz Francuzów wiedział, dlaczego wprowadza takie zasady – "bo była to
kontynuacja modelu, który działał z sukcesem".
W swojej istocie MELH jest odwzorowaniem modelu szkoły przedrewolucyjnej,
tradycyjnej (chociaż kultywuje wydarzenia porewolucyjne, utrwala pamięć o
zwycięstwie pod Austerlitz oraz odwołuje się do równościowo-wolnościowych,
masońskich haseł rewolucji francuskiej z 1789 r., prowadząc jednocześnie
selekcję uczniów). Współcześnie szkoła jest szkołą republikańską.
Od dwustu lat w starym opactwie Saint Denis, tuż obok znanej bazyliki –
nekropolii królów, w MELH uczą się dziewczęta, których antenaci zostali
odznaczeni orderem Legii Honorowej (Legion d´Honneur). Celem szkoły jest
uformowanie przyszłej pani domu, znającej wszystkie zasady savoir-vivre´u. W
szkole obowiązują uniformy, nie ma koedukacji, jest tradycyjna dyscyplina,
praktyka wzajemnego szacunku i uprzejmość.
MELH to żeńska szkoła z internatem, posiadająca wielkie dormitorium, gdzie
słuchawki w uszach nie są tolerowane. Pobudka jest o godz. 6.45 i następnie
uczennice mają 20 minut na przygotowanie się i przejście w ciszy do jadalni, by
po śniadaniu wyruszyć do swoich klas. Na zajęciach są uprzejme, uważne i
zdyscyplinowane. Na mundurkach noszą wielokolorową szarfę, która odzwierciedla
kolejne poziomy edukacji w MELH. Zdaniem dziewcząt, mundurki rozwiązują problem
zróżnicowania dochodów – "jesteśmy dzięki temu sobie bliższe, możemy się
przyjaźnić". "Mundurki to również oszczędność czasu, bo pytanie o to: jak się
dzisiaj rano ubrać? – jest zbędne". Dziewczęta doceniają mundurek, reguły i
dyscyplinę.
W ostatniej klasie uczennice mają przywilej spania w pokojach po siedem osób, a
lekcje odbywają się od godz. 10.00. Dziewczęta spędzają cały dzień w jednym
miejscu, gdzie mają swoje biurko i szafkę. Przynosi to wielorakie korzyści –
zawsze pod ręką są podręczniki i zeszyty. W klasie panuje spokój. W MELH to
nauczyciel jest tym, który się przemieszcza. Kiedy nauczyciel wchodzi –
dziewczęta wstają i błyskawicznie następuje podjęcie tematu lekcji – bez
konieczności uciszania klasy. W zwykłych francuskich szkołach sztuką jest
przekonanie uczniów, by usiedli.
W MELH przez cały dzień, w klasach i na korytarzach, nadintendentka pilnuje
swojej "twierdzy". Czyni to tak samo jak jej poprzedniczki, które wszystkie z
wyjątkiem dwóch w ciągu dwustu lat były stanu wolnego. Nadintendentka cały swój
czas poświęca szkole. Zwraca uwagę na sposób noszenia się swoich uczennic,
instruuje, jak nosić mundurek, poprawia szarfę. Dba o to, żeby uczennice nosiły
się dyskretnie, by nie przyciągały uwagi – "dzięki temu się nie wyróżniają
ubiorem". Cała formacja w MELH uczy wyrażania szacunku. Przyjmuje to formę
swoistej obowiązkowej choreografii – tj. krok w tył – wobec nauczyciela. W
szkole, na równi z matematyką, dziewczęta uczą się muzyki i śpiewu. Mają własną
orkiestrę.
Czy taka placówka to archaizm, czy wzór do naśladowania dla współczesnej
młodzieży? MELH jest marzeniem profesorów. Tutaj stosuje się zasady edukacji,
które, ich zdaniem, powinny być takie same wszędzie, to znaczy: zmierzać do celu
pracy, by ją skończyć, okazywać sobie i profesorowi wzajemny szacunek i
uprzejmość.
MELH to szkoła publiczna z internatem, do której rodzice dopłacają 180 euro
miesięcznie (czesne prywatnych liceów w Warszawie to minimum 200 euro za samą
naukę). Dla rodziców i dla dziewcząt ta tradycyjna szkoła jest gwarancją
osiągnięć. Tutaj dziewczęta odnajdują możliwość intensywnej koncentracji uwagi
na nauce. – Taka praca nie byłaby możliwa w szkole, w której nikt nikogo nie
słucha – podkreślają zgodnie dziewczęta i ich rodzice.
Każdego roku MELH przesłuchuje cztery razy więcej chętnych, niż szkoła ma
miejsc. Począwszy od stycznia, raz w tygodniu kolejne kandydatki zasiadają
twarzą w twarz z nadintendentką. Podczas takiego spotkania każda z kandydatek
musi przekonać do siebie kierowniczkę, która w rozmowie nie zwraca się do jej
rodziców, ale wprost do kandydatki – pyta o racje, dla których wybrała MELH, o
jej zamiłowania, o osiągnięcia szkolne.
Nadintendentka zapowiada, że determinacja do pracy jest na tyle ważna, że jeśli
w trakcie czasu nauki nie widzi takiej determinacji u uczennicy, to prosi
rodziców o zmianę szkoły.
Wołanie o powrót do tradycyjnej edukacji
Zderzenie modelu współczesnej edukacji z modelem tradycyjnym reprezentowanym
przez MELH ukazuje klęskę reformatorów pokolenia ´68. Dostrzec ją można przede
wszystkim przez pryzmat zgniłych owoców, jakie wydała: tworzenie
eksperymentalnych, zamkniętych szkół ostatniej szansy (np. w Craon),
wprowadzenie policji do szkół, zsyłka resocjalizacyjna do Namibii (pomysł
niemiecki), coraz poważniejsze zmagania z dyscypliną, spadek umiejętności
posługiwania się językami żywymi, zanik nauki łaciny i greki jako języków
uniwersalnych w naszej kulturze, problemy z bezpieczeństwem w drodze do szkoły.
Wszystko tylko nie edukacja…
Na tle sytuacji we Francji jeszcze wyraźniej widać antyedukacyjne absurdy
systemu oświaty w Polsce: konieczność wielogodzinnych dojazdów do szkół,
rozbicie nauczania na 4 segmenty po 3 lata (czyli zredukowanie rzeczywistego
czasu nauki), stałe modyfikacje podręczników, szkół, nauczycieli, klas,
programów, strategii nauczania. Po 11 latach działania reformy i reform tej
reformy doświadczamy, że system zawiódł nauczycieli, rodziców i uczniów.
Wprowadził destabilizację i przeszkadza w nauce. Jest wyrazem albo braku dobrej
koncepcji, albo wyrachowanej koncepcji "braku". Z takiej sytuacji mogą być
zadowoleni wyłącznie biurokraci, producenci podręczników i kursów – wszak taka
zmienność i problematyczność materii to szansa na grube pieniądze.
Aldona Ciborowska
Autorka jest doktorem nauk prawnych, publicystką.
