„Dzień sądu” w Starogardzie
Jan Krzysztof Bielecki, późniejszy premier rządu, w 1981 r. jako doradca
Komisji Krajowej NSZZ "S" pobierał pensję ponad 11 tysięcy złotych. Po 13
grudnia solidaryzował się ze strajkującymi tylko połowicznie
Kiedy wspominamy pierwsze dni stanu wojennego w Polsce, to nasza myśl biegnie
najczęściej ku górnikom z kopalni "Wujek", którzy za opór przeciwko zamachowi
stanu i zamachowi na nasze prawa obywatelskie i polityczne zapłacili życiem.
Nieraz spotykam się z pytaniem: "Co właściwie działo się w tym czasie w
Stoczni Gdańskiej, w kolebce "Solidarności"", gdzie zaczynał się wielki Sierpień
´80? Czy nikt jej nie bronił?
Strajk w kolebce "Solidarności" został proklamowany niemal natychmiast po
wprowadzeniu stanu wojennego i był równie piękny jak tamten sierpniowy. Tylko że
tym razem pod historyczną Bramą nr 2 gromadzili się nie mieszkańcy Gdańska – z
kwiatami i portretami Jana Pawła II – lecz zomowcy, tajniacy i "kawaleria
Jaruzelskiego" – czołgi. Tak jak w Poznaniu w 1956, tak jak w Gdyni w 1970.
Można powiedzieć, że historia Polski w tym symbolicznym, szczególnym miejscu
zataczała koło. Jaruzelski zafundował nam powtórkę z historii, takie déjá vu.
Na terenie Stoczni Gdańskiej ukonstytuował się Krajowy Komitet Strajkowy,
którego przewodniczącym był Mirosław Krupiński (wiceprzewodniczący Komisji
Krajowej NSZZ "S"), a członkami Antoni Macierewicz i działacze Komisji Krajowej
"S": Andrzej Konarski, Eugeniusz Szumiejko, Jan Waszkiewicz i Aleksander
Przygodziński. Komitet proklamował strajk generalny na terenie całej Polski –
dopóki władze komunistyczne nie uwolnią wszystkich aresztowanych
("internowanych") i nie odwołają nielegalnego stanu wojennego.
W jednym z komunikatów Komitetu, datowanym na wtorek, 15 grudnia, i sygnowanym
przez Jana Waszkiewicza, czytamy: "Mimo wejścia oddziałów ZOMO na teren Stoczni
i apelu o jej opuszczenie przez załogę, strajk kontynuuje większość załogi.
Symbolu, jakim jest dla całej Polski i świata Stocznia Gdańska, robotnicy nie
pozwolili zniszczyć. Trwa też opór zakładów w całym kraju. Akcję należy
prowadzić do skutku, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Jeszcze Polska nie
zginęła!".
Stocznia Gdańska i rejon Portu Gdańskiego były pacyfikowane trzykrotnie, za
każdym razem z użyciem wielkich sił milicyjno-zomowskich. Pierwszy raz było to w
nocy z 13 na 14 grudnia. Kilkuset zomowców i komandosów zaatakowało I rejon
portu. Nie złamało to oporu ani nie przestraszyło stoczniowców i portowców. Tym
bardziej że w poniedziałek, 14 grudnia, i następnego dnia ciągle przybywali do
stoczni pracownicy trójmiejskich zakładów pracy – jako ich delegaci, tak jak w
sierpniu 1980 r., oraz studenci. Ci studenci szczególnie podnosili na duchu
stoczniowców, bo byli żywym dowodem na to, że ich strajk ma charakter
powszechny, ogólnonarodowy.
Anna Solidarność
Wielkie moralne znaczenie miało przybycie do stoczni w poniedziałek, 14
grudnia, śp. Anny Walentynowicz (zginęła w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r.) –
zdecydowanej zwolenniczki strajku solidarnościowego, aż do odwołania stanu
wojennego. O tym, jaką siłę duchową miała ta niewysoka kobieta, świadczy
późniejsze zeznanie sądzonego za udział w "nielegalnym strajku" studenta
Politechniki Gdańskiej Witolda Merkela. Odpowiadając na pytanie, dlaczego nie
wyszedł ze stoczni i nie zrezygnował z udziału w nielegalnym strajku,
odpowiedział z rozbrajającą szczerością: "Usiłowałem opuścić teren Stoczni.
Widziałem jednak kręcącą się (!) Walentynowicz Annę i postanowiłem nie
wychodzić, aby Jacka nie narażać na jakiekolwiek przykrości z jej strony" (!).
Drugi atak na stocznię nastąpił we wtorek, 15 grudnia, krótko po północy.
Uczestniczyło w nim prawie tysiąc zomowców i milicjantów ze Szczytna. Napastnicy
aresztowali wiele osób, kilka tysięcy strajkujących zmuszono do opuszczenia
stoczni. Tu trzeba powiedzieć, że Krajowy Komitet Strajkowy zabronił stawiania
czynnego oporu uzbrojonym po zęby zomowcom i milicjantom. Gdyby nie to, polałaby
się krew tak jak w "Wujku". Przywódcy strajku mieli jednak wysokie poczucie
odpowiedzialności za ludzi, którzy im zawierzyli – w przeciwieństwie do
przedstawicieli junty Jaruzelskiego.
Decydujący atak nastąpił rankiem 16 grudnia – z użyciem ponad tysiąca
milicjantów i zomowców, helikopterów (!) i czołgów. Jeden z czołgów staranował
historyczną Bramę nr 2 – w sierpniu 1980 roku ustrojoną kwiatami i portretami
Jana Pawła II, wieszczącą Polakom zwycięstwo. Na rozległym terenie stoczni
rozpoczęły się polowania na ostatnich uczestników strajku. Aresztowano ich i
prowadzono do historycznej Sali BHP. Zomowcy za pomocą pałek zawracali historię
do punktu wyjścia sprzed Sierpnia…
Aresztowanych trzymano w sali przez wiele godzin na stojąco, aby ich
przestraszyć i zmiękczyć. Wkrótce się okazało, że najwytrwalszymi i
najliczniejszymi uczestnikami strajku byli ludzie młodzi: stoczniowcy,
pracownicy innych zakładów pracy i kilkuset studentów z Wyższej Szkoły Morskiej
w Gdyni, z Uniwersytetu Gdańskiego i z Politechniki Gdańskiej.
Sądy "wojenne"
Dzień wcześniej, podczas posiedzenia Egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w
Gdańsku, sekretarz KW PZPR Mieczysław Chabowski domagał się "sądów wojennych"
(!) dla uczestników strajku. Zatrzymani w kolebce "Solidarności" mieli wkrótce
stanąć przed takimi sądami. Było ich jednak za dużo, żadne sądy w Gdańsku nie
byłyby w stanie ich "przerobić". Władze komunistyczne postanowiły więc sięgnąć
po rezerwy "ludowej sprawiedliwości": kolegia do spraw wykroczeń. Ich członkami
byli na ogół lokalni działacze partyjni, ormowcy i ludzie różnych profesji,
oddani władzy, przez nią typowani do tych kolegiów, zatwierdzani przez lokalne
"rady narodowe" wybierane w kontrolowanych głosowaniach, nazywanych wyborami.
Kolegia na co dzień zajmowały się pijakami, awanturującymi się w miejscach
publicznych. Teraz miały bronić "ludowej ojczyzny" przed "ekstremistami".
Narzędziem tej obrony stał się dekret o stanie wojennym, zwłaszcza artykuł 50
ust. 1, w którym była mowa o "nielegalnych strajkach". Ten "dekret" został
uznany przez Trybunał Konstytucyjny (dopiero w tym roku!) za nielegalny,
niekonstytucyjny. Wnioskował o to rzecznik praw obywatelskich śp. Janusz
Kochanowski (zginął w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r.). Wszystkie oparte na nim
"sądy" były więc nielegalne!
Dokumentacja haniebnych rozpraw przed ówczesnymi kolegiami do spraw wykroczeń
była w całej Polsce niszczona. Były to organa działające przy prezydentach i
naczelnikach miast. Zainteresowani zadbali, by ślady ich działalności nie
przeniknęły z piwnic lokalnych urzędów do archiwów państwowych. Nie wszystkie
jednak zniszczono.
Tak trzeba
W Starogardzie Gdańskim opiekę nad archiwaliami urzędu miejskiego sprawowała
kadrowa, która okazała się osobą szczególnie odpowiedzialną. Zdawała sobie
sprawę z tego, że dokumentacja "sądów" przed kolegium w okresie stanu wojennego
ma wartość historyczną. Krystyna Hoppe powiązała wszystko sznureczkami i
zaniosła do piwnicy, gdzie mieściło się archiwum urzędu miejskiego. Kiedy
nadszedł odpowiedni czas, po roku 1990, zawiozła wszystko do Archiwum
Państwowego w Gdańsku. Tak uratowała się dokumentacja wroniego "dnia sądu",
który odbył się nad częścią uczestników strajku w Stoczni Gdańskiej – w piątek,
18 grudnia 1981 roku, na terenie starogardzkiego urzędu miejskiego.
Chwila prawdy
Mówią niektórzy, że nie należy ufać dokumentom wytworzonym przez instytucje
peerelowskie, zwłaszcza przedstawicieli "ludowej sprawiedliwości". Mówią to
najczęściej ci, którzy te dokumenty współtworzyli. Dziś chcieliby je spalić lub
"zabetonować"…
Jednak protokoły starogardzkie uświadamiają nam, że te dokumenty mają
bezcenną wartość. Są świadectwem siły ducha ludzi, którzy decydowali się na opór
mimo atmosfery zastraszenia, jaka towarzyszyła Polakom od rana pamiętnego 13
grudnia. Są też świadectwem braku poszanowania elementarnej sprawiedliwości
dziś. Ludzie skazani na bezwzględny areszt lub na wysokie grzywny za udział w
"nielegalnym strajku", w naszym imieniu, w obronie naszych praw nie otrzymali do
dziś zadośćuczynienia. Nie oddano im nawet pieniędzy wpłaconych na "grzywny"!
Po upokarzającym "kruszeniu" na stojąco, w nocy z 16 na 17 grudnia, duża
grupa strajkujących w Stoczni Gdańskiej (ponad 120 osób) została przewieziona
więziennymi budami (z zasłoniętymi oknami) do odległego o 50 km Starogardu
Gdańskiego. Był tam zakład karny (obecnie areszt śledczy), jeszcze z czasów
niemieckich. Aresztowanych przywieziono do Starogardu o 4 nad ranem 17 grudnia.
Przez cały dzień esbecy i milicjanci z Gdańska "pracowali" nad nimi,
przesłuchując i strasząc. Nie mieli możliwości jakiejkolwiek pomocy prawnej.
Wcześnie rano 18 grudnia przewożono ich w kajdankach (!) do pobliskiego
gmachu urzędu miejskiego, gdzie odbywały się "sądy".
Niektórzy z "sądzonych" byli załamani i przygnębieni. Trudno się temu dziwić.
W domu czekały małe dzieci, było 6 dni do Wigilii Bożego Narodzenia. Jednak
większość stających przed kolegium zachowała się w sposób, który zasługuje na
najwyższy szacunek. Zdawali sobie sprawę, kim są członkowie kolegium.
Publiczności nie było, można się było powstrzymać przed ideowymi deklaracjami,
przyjąć postawę "pragmatyczną". A jednak silniejsze od "rozsądku" było poczucie
dumy z udziału w solidarnościowym strajku w takim miejscu jak Stocznia Gdańska!
Więc mówili to, co każdy z nas chciałby wtedy powiedzieć.
Zbigniew Gach, młody (29 lat), ale już bardzo znany dziennikarz z tygodnika
"Czas" (zlikwidowanego w stanie wojennym), powiedział dumnie, że był w stoczni
podczas strajku, bo zadaniem dziennikarza jest być tam, gdzie dzieją się ważne
sprawy. Za brak pokory dostał maksymalną grzywnę 5 tysięcy złotych. Więcej niż
jego ówczesne miesięczne zarobki. Ryzykował areszt bezwzględny, ale powiedział
to, co należało, choć w domu czekali na wspólne święta żona i kilkuletni synek.
24-letni Czesław Adaszyński, monter ze stoczni, odpowiedział na zarzuty
spokojnie i godnie: "Na teren Stoczni wszedłem, by wspierać okupujących i
wspólnie z nimi strajkować". Dodał, że przy wejściu porządkowi ostrzegli go, że
nie będzie mógł wyjść do zakończenia strajku. "Zgodziłem się na to".
19-letni Jarek Antczak z Tczewa pracował w stoczni dopiero dwa miesiące. Ta
praca miała dla niego wielkie znaczenie. Pierwsze własne pieniądze. A jednak od
"świętego spokoju" silniejszy był głos solidarności. 15 grudnia przyjechał do
Gdańska. Wieczorem, mimo obawy przed karą, podjął decyzję. Jestem z wami. Jestem
jednym z was.
21-letni student Uniwersytetu Gdańskiego Marek Bajkowski powiedział przed
kolegium stanowczo: "Przebywałem w Stoczni z własnej woli, a także w związku z
apelem wydanym przez Komitet Strajkowy Stoczni Gdańskiej". Mimo że nie miał
stałych dochodów, dostał 5 tysięcy grzywny "z zamianą na 50 dni aresztu".
21-letni Piotr Ciepły, student Politechniki Gdańskiej, wygłosił przed
kolegium swoje ideowe credo: "Z całą świadomością udałem się na teren Stoczni
Gdańskiej, by przyłączyć się do grupy strajkujących stoczniowców. Obecnie
postąpiłbym tak samo. (…) Poszedłem do Stoczni, biorąc ze sobą tylko śpiwór.
Chciałem być po prostu ze stoczniowcami"!
Zeznanie Wiesława Kielana oddaje atmosferę zastraszania: "Najbardziej
upokarzającą część kary już przeszedłem w drodze – od momentu zatrzymania mnie,
do osadzenia w tutejszym więzieniu. Zarówno pod względem fizycznym (używanie
gazu, bicie po twarzy i bicie pałką), jak i psychicznym (straszenie bronią).
Mariusz Butowski mówił o biciu przez ZOMO i o wyzwiskach
Wspierałam mojego chłopca…
Niektóre odpowiedzi "sądzonych" są głęboko wzruszające, bo pochodzą od ludzi
bardzo młodych i szczerych. Świadczą o ich ideałach.
19-letnia studentka Bożena Anna Derengowska przyznała, że bała się, bo
wiedziała, że stocznia jest atakowana przez ZOMO, ale "miałam na Stoczni
bliskiego chłopca i postanowiłam go wspierać"… Czy ludzie, którzy wyłudzili od
rodziców Anny 5 tysięcy grzywny, pozostaną bezkarni? Chyba tak, skoro sam
Jaruzelski nie został do dziś ukarany, nawet symbolicznie.
Tadeusz Jabłoński, student filologii polskiej IV roku Uniwersytetu
Gdańskiego, nie ukorzył się przed kolegium, choć mogło to oznaczać
uniemożliwienie obrony przygotowanej już pracy magisterskiej. Dostał dwa
miesiące aresztu bezwzględnego.
22-letni student gdańskiej AWF Piotr Jahołkowski odpowiedział z młodzieńczą
wrażliwością, że zdecydował się na wejście do stoczni, by "pokonać swoją
słabość", czyli strach! Ale to nie był jedyny powód: "Miałem w stosunku do
robotników dług wdzięczności, bo nie brałem udziału w wydarzeniach
sierpniowych"… Miał poczucie winy z tego powodu! Czy ci, którzy go "sądzili",
mieli poczucie winy?
Solidarny na 50 procent
Jedna z osób stających przed starogardzkim kolegium wywołuje swym zeznaniem
zdumienie, nawet po latach. Jan Krzysztof Bielecki, późniejszy premier rządu,
wówczas doradca Komisji Krajowej NSZZ "S" (z wysoką miesięczną pensją ponad 11
tysięcy), nie tylko "wnosił o łagodny wymiar kary", ale na pytanie, dlaczego
brał udział w nielegalnym strajku, odpowiedział: "Przyczyną mojego pozostania na
Stoczni było w połowie solidaryzowanie się ze strajkującymi, a drugą przyczyną
była późna pora na wyjście, a nadto nie bardzo chciano wypuszczać ze Stoczni"…
Może to była tylko wypowiedź "taktyczna", "rozsądna" ale mimo wszystko przykra,
jeśli zważyć, kim był Bielecki w "Solidarności".
"Sędziowie"
Dzięki zachowanej dokumentacji wiemy, jak nazywali się starogardzcy gorliwi
"sędziowie" amatorzy z kolegium do spraw wykroczeń ("spisane będą czyny i
rozmowy"!). Ktoś mi niedawno powiedział, że "z tej historii starogardzianie nie
mogą być dumni". Czyżby? Z tej historii nie mogą być dumni ci konkretni ludzie.
W mieście nie brakowało wówczas internowanych, ofiarnych ludzi organizujących
pomoc dla internowanych czy kolportujących podziemne wydawnictwa, zawierające
słowa otuchy. Ci ludzie "sądzili" na własny rachunek. Na pewno mieli świadomość,
że uczestniczą w represjach politycznych, są ich narzędziem, a jednak zgodzili
się na to. Czy mogli odmówić? Mogli. Nie wymagało to wielkiego bohaterstwa,
pretekstów do takiej odmowy nie brakowało. Wystarczył bierny opór. Mogli na
przykład odmówić sądzenia mieszkańców Trójmiasta, skoro powołano ich do
zajmowania się wykroczeniami na terenie ich miasta. Mogli argumentować, że ich
zadaniem jest zwalczanie pospolitych przestępstw, na politycznych się nie
znają… Mogli odmówić, ale nie odmówili. Co decydowało? Dieta za udział w
posiedzeniach przydała się pod choinkę? Nadzieja na lepsze ustawienie się w
pracy i wynikające z tego korzyści w okresie stanu wojennego, który zapowiadał
się na bardzo długo? Chyba nie względy ideowe i przekonanie, że "sądzą"
przestępców! Tylko oni sami (większość żyje) mogą sobie odpowiedzieć dziś na te
pytania, ale my też mamy prawo ich pytać i moralnie osądzić.
We wronim "dniu sądu" w Starogardzie Gdańskim, w piątek, 18 grudnia 1981 r., w
roli "sędziów" wystąpili: Jerzy Papieczka (przewodniczący składu), Lidia Krźger,
Ewa Becker, Andrzej Jakubowski ("oskarżyciel publiczny"), Władysława Stasiak
(przewodnicząca składu), Stanisław Mikołajczak, Józef Landowski, Wanda
Wyszałkowska ("oskarżycielka"), Bogdan Wódkowski ("oskarżyciel"), Jan Szworak
(przewodniczący składu), Janusz Wąsala, Roman Spierewski, Ryszard Onasch
("oskarżyciel"), Małgorzata Dałek (przewodnicząca składu), Wojciech Owsiany,
Edmund Zaborowski, Tadeusz Bielecki ("oskarżyciel"), Jarosław Bobeł
(przewodniczący składu), Krystyna Talarska, Zbigniew Mazurowski, Zygmunt Urban
("oskarżyciel"), Gerard Klein (przewodniczący składu), Zbigniew Sikora, Henryk
Danielewicz, Ryszard Stefanowicz ("oskarżyciel"), Edmund Gojk. Uczestnicy
solidarnościowego strajku byli "sądzeni" przez siedem "pracowitych" składów
starogardzkiego kolegium. "Sądy" odbywały się od 6 rano do wieczora!
* * *
Starogardzki, wroni "dzień sądu" zasługuje na książkę i nie wątpię, że taka
powstanie. Tym bardziej że wokół całej sprawy zdarzyło się coś niezwykle
pięknego. Niektórzy z sądzonych, wypuszczeni krótko przed godziną milicyjną, nie
mając szans na powrót do Gdańska o właściwym czasie, znaleźli schronienie na
plebanii kościoła św. Wojciecha w Starogardzie. Pomoc organizował ks. proboszcz
Jan Kahl. Wiadomo, że pomógł także finansowo, zwłaszcza studentom, którzy nie
mieli pieniędzy na grzywnę. Bez tego nie mogli opuścić więzienia.
Piotr Szubarczyk Instytut Pamięci Narodowej, Oddział
Gdańs
