Jaka piękna katastrofa

Czas się przyznać, że projekt pod tytułem Unia Europejska, jak wiele
innych takich sztucznych tworów, pod wpływem szerzącego się socjalizmu
zbankrutował. Szczyt Unii Europejskiej pokazał pustkę, jaka trawi europejskie
elity. Wiara w to, że dalej można podtrzymywać europejski socjalizm, znów
wygrała ze zdrowym rozsądkiem. Zamiast przeprowadzić odważne reformy, z
porzuceniem euro na czele, mamy próbę wyciągnięcia pieniędzy z kieszeni
podatnika.

Umowa zamiast traktatu
Dobra wiadomość po szczycie jest taka, że część państw z Wielką Brytanią na
czele porzuciła już wiarę w europejski projekt. David Cameron, premier Wielkiej
Brytanii, nie zgodził się na zmianę traktatu lizbońskiego zezwalającą na
kontrolowanie przez Komisję Europejską budżetów narodowych. Trzy inne państwa
Unii: Szwecja, Węgry oraz Czechy, postanowiły najpierw przeprowadzić debatę w
swoich parlamentach nad brukselskimi propozycjami. Jeżeli ktoś łudził się, że
Donald Tusk jest zdolny w jakiejkolwiek sprawie sprzeciwić się osi Berlin –
Paryż – Bruksela, to się rozczarował. Nasz premier w ciemno przyjmuje wszystko,
o co go poprosi Angela Merkel, nawet jeśli, jak to było w przypadku traktatu
lizbońskiego, nie miał okazji przeczytać, co podpisuje.
Przygotowana umowa międzyrządowa zakłada wpłatę przez 23 państwa ok. 200
miliardów euro do Międzynarodowego Funduszu Walutowego w celu ratowania
bankrutujących państw strefy euro. Drugi ważny punkt to poddanie budżetów
narodowych kontroli Komisji Europejskiej, jeśli deficyt budżetowy przekroczy 3
procent produktu krajowego brutto. W takim przypadku Komisja miałaby możliwość
opiniowania, a nawet zatwierdzania budżetów narodowych. Na chwilę obecną tylko
trzy państwa, które zadeklarowały podpisanie tych umów międzyrządowych, mają (za
2010 rok) deficyty niższe niż 3 procent PKB: Estonia, Finlandia i Szwecja.
Wszystkie pozostałe nie radzą sobie z szybko rosnącym zadłużeniem. Polska miała
7,9 procent deficytu, co odpowiada 110 miliardom złotych. By uzmysłowić sobie,
jak wielka to liczba, można przyjąć, że starczyłoby dla 110 tysięcy Polaków, by
stali się milionerami. W następnym roku (jeśli deficyt się nie zmniejszy)
kolejne 110 tysięcy mogłoby zostać milionerami.

Euro i tak zbankrutuje
Umowy międzyrządowe mają być podpisywane na wiosnę przyszłego roku, jest więc
wystarczająco dużo czasu na przeprowadzenie w Polsce debaty publicznej, tak by
wywrzeć nacisk na premiera, żeby jednak wycofał się z tych ustaleń. Po pierwsze,
jeśli 23 państwa mają wpłacić około 200 miliardów euro do Międzynarodowego
Funduszu Walutowego, to – jak łatwo policzyć – na Polskę (której gospodarka
stanowi około jednej dwudziestej wszystkich państw deklarujących podpisanie tych
umów) przypadnie około 10 miliardów euro. Jakim prawem Polacy mają zapłacić ok.
45 miliardów złotych za to, by ratować o wiele bogatsze od siebie Włochy czy
Grecję? Na każdego pracującego (ok. 16 milionów Polaków) przypadnie rocznie 3
tysiące złotych. Jak premier Tusk z ministrem Rostowskim wytłumaczą, że
miesięcznie każdy pracujący Polak ma zapłacić 250 złotych w podatkach na
ratowanie europejskiego socjalizmu? Czy dlatego przygotowywane jest podniesienie
wieku emerytalnego do 67. roku życia, byśmy pracowali dłużej na wylegującego się
w słoneczku sześćdziesięcioletniego emeryta greckiego pobierającego
czterokrotnie wyższą emeryturę niż polski emeryt? To są pytania, które warto w
najbliższym czasie zadać panu premierowi. Tym bardziej że te 200 miliardów euro
niczego nie rozwiąże. Warto to zestawić z zadłużeniem europejskich bankrutów:
Włochy – 2 biliony euro długu, Francja – 1,5 biliona euro, Hiszpania – 650
miliardów euro. Te 200 miliardów może co najwyżej odrobinę pomóc Grecji – 350
miliardów euro długu, Portugalii – 160 miliardów euro czy Irlandii – 150
miliardów euro długu. 200 miliardów euro, na które mamy się zrzucić, starczy co
najwyżej na zapłatę odsetek, i to zaledwie w ciągu jednego roku.
Jednak groźniejsze od składki na ratowanie bankrutów jest oddanie budżetu
krajowego pod kontrolę Brukseli. Resztki suwerenności, jakie Polska miała po
podpisaniu traktatu lizbońskiego, mogą zostać utracone bezpowrotnie. Nic nie
wskazuje na to, poza niewiele wartymi zapewnieniami ministra finansów Jana
Vincenta-Rostowskiego, żeby Polska w najbliższym czasie miała mieć budżet z
deficytem poniżej 3 procent PKB. W końcu "Polska w budowie" kosztuje, a nasz
premier, niczym pierwszy sekretarz Edward Gierek, postanowił wykorzystać
zagraniczne kredyty na realizowanie swoich inwestycyjnych planów. Już raz
skończyło się to bankructwem kraju, dlaczego te same działania miałyby tym razem
przynieść inny skutek? Podpisując taką umowę międzyrządową, premier Tusk wyprze
się możliwości ustalania budżetu kraju. To już nie debata parlamentarna będzie
decydować o tym, w którą stronę przesuwać pieniądze zebrane od podatników, ale
debata na szczeblu rząd – Komisja Europejska. Jest to jawne zaprzeczenie
demokracji oraz suwerenności. Jeżeli o naszych wydatkach ma decydować niewybrane
w żadnych demokratycznych wyborach urzędnicze ciało z Brukseli, to oczywiste
jest, że Polska i pośrednio Polacy tracą możliwości decydowania o sobie samych
we własnym kraju. Jeżeli brukselski urzędnik uzna jakieś wydatki za nieważne, to
po prostu każe je skasować. Jeżeli z kolei stwierdzi, że brakuje czegoś w
budżecie (np. większej promocji dobrodziejstw unijnych), to nakaże przesunąć
środki z jednej puli do drugiej.
Te pseudoreformy niewiele pomogą. Euro i tak zbankrutuje, choćby dlatego że
powstało wbrew naturze ludzkiej. Nie da się prowadzić z Frankfurtu (siedziba
Europejskiego Banku Centralnego) jednej polityki pieniężnej dla siedemnastu
różnych narodów o różnym stopniu rozwoju gospodarczego oraz różnej kulturze. To,
co w danej chwili może być dobre dla Niemiec, nie musi być dobre dla Grecji
(tani kredyt) czy Portugalii. Im szybciej europejskie elity to zrozumieją, tym
lepiej. W przeciwnym razie może się okazać, że niedługo nie będzie już co
ratować.

Marek Łangalis
ekspert gospodarczy Instytutu Globalizacji
 

drukuj