Dywizjon 303 w internecie
Wielu Polaków walczyło w czasie drugiej wojny światowej na zachodnich frontach, lecz informacje na temat ich bohaterstwa nie były dotychczas dostępne dla wszystkich. Jednak dzięki inicjatywie pasjonatów historii dokumenty o walkach polskich pilotów sukcesywnie są udostępniane na stronie orb.polishaf.pl, a ich kopie do własnej dyspozycji może otrzymać każdy za niewielką odpłatnością. Anglojęzyczna strona działa pod patronatem Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie.
„Czas wojny nie sprzyja ponoć sprawozdawczości, a jednak na całym świecie w archiwach przechowywane są miliony kartek dokumentów powstałych właśnie w czasie ich trwania. Nie wszyscy mają do nich dostęp. Przyczyny tego stanu rzeczy są różne – koszty, odległość, brak czasu, itd. Nie każda osoba zainteresowana – a niezajmująca się zawodowo historią – może do nich dotrzeć” – informuje na portalu koordynator projektu Jacek Kutzner. „Pomysł był prosty – tłumaczy Kutzner – skrzyknąć grupę ludzi, pasjonatów historii Polskich Sił Powietrznych, i z ich pomocą przenieść do sieci treść dzienników działań bojowych (Operations Record Books – ORB) polskich dywizjonów walczących na zachodzie Europy w latach 1940-1945”.
Koordynator podkreśla, że dokumenty tego rodzaju stanowią podstawowe źródło wiedzy o historii każdej jednostki, jednak – jak zaznaczył – nie jest to źródło wyczerpujące i nie zawsze pozbawione błędów. Zdaniem twórców portalu, dokumenty są raczej „początkiem drogi” w dalszych poszukiwaniach. Informacje, które są publikowane na orb.polishaf.pl, pochodzą z dokumentów zgromadzonych w brytyjskim The National Archives oraz zbiorach specjalnych Centralnej Biblioteki Wojskowej w Warszawie. Były sporządzane w języku angielskim, dlatego – jak zwracają uwagę twórcy serwisu – nie każdy może do nich dotrzeć. – To bardzo ważne, zniesienie językowej bariery umożliwia rozpropagowanie wojennej historii polskich skrzydeł na całym świecie – informuje Jacek Kutzner.
ORB zawierają opisy codziennych wydarzeń w każdym z dywizjonów wraz z załącznikami i komentarzami. Pomysł stworzenia serwisu narodził się pod koniec maja 2007 roku, a pierwsze publikacje pojawiły się już w lipcu tego samego roku. Jak zaznaczył w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” koordynator Piotr Mikołajski, przed powstaniem tego projektu pojawiało się wiele sceptycznych głosów. – Zarzuty były najróżniejsze, od błahych po bardzo poważne. Jednym nie pasowała forma serwisu czy język angielski, w którym dokumenty były pisane. Kolejnym nie podobało się przepisywanie danych na stronę internetową, woleliby zdjęcia dokumentów. Jeszcze inni sugerowali łamanie praw autorskich oraz złą wolę i zamiar umyślnego wprowadzania błędnych danych. Na szczęście nie przejmowaliśmy się krytyką i robiliśmy swoje – powiedział Mikołajski.
Jak stwierdził, ciężko w projekcie udostępniającym oficjalne dokumenty natrafić na przełomowe informacje, jednak zwrócił uwagę na szczególnie ciekawe notatki dotyczące powojennych losów polskich lotników. – Szczególnie interesujące są te napływające z Indii czy Pakistanu, bo i tam po II wojnie trafili Polacy – podkreślił. Przyznał, że twórcy portalu otrzymują od rodzin lotników sporo korespondencji z wyrazami wdzięczności.
Zdaniem Piotra Mikołajskiego, realizacja tego typu projektów jest możliwa dopiero w ostatnich latach ze względu na upowszechnienie dostępu do internetu. Pozwala to na podział prac, dzięki czemu kolejne zadania realizowane są szybciej i kosztują znacznie mniej. – To o tyle istotne, że biorąc pod uwagę ogrom różnych dokumentów oraz rozległość tematyki, ich upublicznianie w podobnej formie to praca na dziesięciolecia dla setek zespołów badawczych – powiedział Mikołajski. – W ten sposób można upowszechnić dokumenty Polskiej Marynarki Wojennej, przedwojennej policji, Korpusu Ochrony Pogranicza, Polskich Sił Zbrojnych w ZSRS czy Armii Polskiej na Wschodzie – dodał.
Zdaniem historyka prof. Grzegorza Kucharczyka, to bardzo cenna inicjatywa społeczna, jeśli chodzi o sprawy badawcze, ale również pożyteczne upowszechnianie wiedzy czy udostępnianie informacji rodzinom. Uważa on, że takimi projektami powinny się już wcześniej zająć instytucje państwowe. – Instytucje państwa polskiego powinny się zajmować również odszkodowaniami dla obywateli polskich poszkodowanych przez nazistowskie Niemcy, lecz tego się nie robi, dlatego powstają oddolne inicjatywy ludzi, którzy tym się zajmują. To jest podobny przypadek – powiedział historyk. Z kolei Piotr Mikołajski podkreślił, że gdyby projekt realizowała oficjalna instytucja, pochłaniałby o wiele większe koszty. – Powiedzmy, że powstaje instytut upubliczniania dokumentów historycznych zatrudniający dziesięciu archiwistów mających realizować takie inicjatywy. Znając realia, zatrudniałby drugie tyle personelu technicznego, pomocniczego oraz administracji. Przy ostrożnych wyliczeniach należałoby nań wydawać jakieś 2 mln zł rocznie. Tych dziesięciu archiwistów mogłoby prowadzić najwyżej dziesięć podobnych projektów. Tymczasem te same 2 mln zł to kwota wystarczająca na regularne comiesięczne wsparcie w wysokości 1000 zł dla około 150 zespołów tworzących podobne serwisy – podkreślił koordynator projektu.
Wojciech Kobryń
