Duszpasterstwo pana Jourdain

Wyraz "snob" jest zlepkiem dwóch łacińskich słów: "sine nobilitate", czyli
bez szlachetności. Brak szlachetności snob nadrabia pozerstwem, to znaczy
udawaniem kogoś, kim nie jest, przy czym koncentruje się przede wszystkim na
zewnętrznych znamionach szlachetności, też zresztą osobliwie pojmowanej. W ten
np. sposób rosyjski polityk narodowości prawniczej ("matka Rosjanka, ojciec
prawnik") Włodzimierz Wolfowicz Żyrinowski snobuje się na Rosjanina; pije więcej
wódki, nikomu nie daje się prześcignąć w wielkoruskim patriotyzmie – podobnie
jak sportretowany w "Lalce" Bolesława Prusa hrabia Anglik – ten, co zamiast
"tak" mówił "tek". Po wojnie niektórzy Polacy na emigracji w Anglii snobowali
się na Anglików: bardzo pili herbatę, bardzo chodzili w "burberry" – i tak
dalej. Znakomitym literackim portretem snoba jest Pan Jourdain – bohater komedii
Moliera "Mieszczanin szlachcicem". On też koncentruje się przede wszystkim na
znamionach zewnętrznych, chociaż nie do końca, bo – co prawda ze snobizmu,
niemniej jednak – zatrudnia filozofa, od którego dowiaduje się, że mówi prozą.

Snobizm może objawiać się w najróżniejszych postaciach; na przykład niektórzy
duchowni snobują się na skromność ("moja skromność jest znana na całym
świecie"), a znowu inni – na tzw. otwartość. Dotyczy to zwłaszcza tak zwanych
młodych, wykształconych z wielkich miast, którzy pozostają sobą nawet po
zakonnym nowicjacie i kapłańskich święceniach. Widać to szczególnie na
przykładzie stosunku do polityki. Obecnie jest rozkaz, by duchowni i w ogóle
Kościół polityką się nie zajmowali – ale praktycznie oznacza to tylko tyle, że
potępiony jest jedynie pewien rodzaj politycznego zaangażowania, podczas gdy
inny – symetryczny – został uznany za wzorzec postawy apolitycznej i
zatwierdzony do naśladowania. Nawiasem mówiąc, postulat apolityczności Kościoła
wydaje się dziwaczny zwłaszcza w kontekście – po pierwsze – nieustannego
podkreślania, że Kościołem są wszyscy – i duchowni, i świeccy – a po drugie – w
kontekście nawoływań, by świeccy – a więc przecież Kościół – angażowali się
politycznie. Na własny użytek rozszyfrowuję go zatem w ten sposób, że obóz
forsujący tzw. laickość republiki próbuje w ten sposób zneutralizować swoich
przeciwników. Ogromną przysługę wyświadczają mu w tym właśnie snobi. Wystarczy
ich tylko przekonać, że polityczne zaangażowanie to "obciach" i "żenada". Jest
to stosunkowo łatwe, bo snobi, jak wiadomo, za wszelką cenę starają się ukryć
swoje kompromitujące braki, a najprostszym sposobem jest poddanie się dyktatorom
intelektualnych standardów, decydujących, co jest obciachowe, a co nie.
Przykładu takiego zachowania dostarczył niedawno przewielebny ojciec Paweł
Gużyński OP, oświadczając w rozmowie z rzuconą na religijny odcinek frontu
ideologicznego panią Katarzyną Wiśniewską z "Gazety Wyborczej", że "nieraz
siostrom zakonnym w ramach pokuty zakazuję słuchania Radia Maryja, żeby nie
zastępowało im osobistego życia duchowego". Niby słusznie, bo osobistego życia
duchowego nie powinno nikomu zastępować jakiekolwiek radio, ale wydaje się, że
wśród osób konsekrowanych jest bardzo wielu takich, którym osobiste życie
duchowe zastępuje "Gazeta Wyborcza" albo inne, podobne wydawnictwa. Wprawdzie
przewielebny ojciec Gużyński nigdy mi się nie zwierzał, ale wydaje mi się, że o
ile "Gazeta Wyborcza" całego życia duchowego może mu nie zastępuje, o tyle
polityczne rozeznanie – już z całą pewnością. "Czy rolą Kościoła jest
aprobowanie uchwalanych przez Sejm podatków?" – pyta retorycznie. Ależ
oczywiście – ale dlaczego zaraz "aprobowanie"? Gdyby Kościół miał uchylać się od
moralnej oceny podatków i innych form wyzysku ludzi przez państwo, to byłby
ludziom potrzebny jak psu piąta noga. Ale nie tylko na tej podstawie sądzę, że
przewielebnemu ojcu Gużyńskiemu "Gazeta Wyborcza" zastępuje polityczne i nie
tylko polityczne rozeznanie. Sądzę tak również na podstawie charakterystyki,
jaką wystawił słuchaczom Radia Maryja: "Tym ludziom brakuje miłości, pokoju,
RACJONALNEJ OCENY RZECZYWISTOŚCI [podkr. S.M.], co pozwala mi powiedzieć, że
wpływ Radia Maryja na jego słuchaczy nie przynosi realnie chrześcijańskich
owoców". Jak bowiem przewielebny ojciec Paweł Gużyński pojmuje racjonalną ocenę
rzeczywistości, można wnioskować choćby z postulatu, jaki we wspomnianej
rozmowie kieruje do Radia Maryja – by mianowicie "nie odbierało staruszkom
szczęśliwej i pogodnej starości". Słowem – "po co babcię denerwować, niech się
babcia cieszy!" – jak w swoim czasie śpiewał Wojciech Młynarski. Ale Młynarski,
jak to się mówi, "chłostał biczem satyry", tymczasem przewielebny ojciec
Gużyński, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z sensu swojej wypowiedzi, mówi
serio. To jest ta "racjonalna ocena rzeczywistości", to są te "realnie
chrześcijańskie owoce"! No i cóż można na to powiedzieć? Nigdy nie byłem
"staruszką", ale na miejscu takiej "staruszki" nie powierzyłbym jego
kierownictwu nawet duszy od żelazka, a cóż dopiero – własnej. Podobnie
chrześcijańskie nastawienie do "staruszek" i w ogóle – słuchaczy Radia Maryja,
demonstrowali przybyli w swoim czasie na Krakowskie Przedmieście "młodzi
wykształceni" o aparycji alfonchów, żeby na wezwanie pewnego kuchcika dać odpór
znienawidzonym "moherom" – ale tamci mieli na tyle taktu, że przynajmniej nie
przebierali się w habity.

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj