Dość pasożytowania na ciele PiS
Z posłem Arturem Górskim (PiS) rozmawia Paulina Jarosińska
Z listem otwartym do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego zwróciła się Joanna
Kluzik-Rostkowska. Apeluje m.in. o zaprzestanie retoryki wojennej, która jej
zdaniem odwraca uwagę od braku dokonań "gnuśnego rządu PO". Pewnie na przekór
jej ambitnym zamiarom krótki liścik został opublikowany w "Rzeczpospolitej"
dopiero na 17. stronie. Czytał Pan ten list?
– Owszem. Niestety, pani Kluzik-Rostkowska stara się pouczać publicznie prezesa
Jarosława Kaczyńskiego, i nie sądzę, by była to dobra metoda do prowadzenia
dialogu. Powiem więcej, jest to dość aroganckie. Poza tym ten list kryje w sobie
fałsz. Z jednej strony pani poseł nawołuje do zaprzestania retoryki wojennej, a
z drugiej – namawia się kolejnych posłów i działaczy terenowych do opuszczenia
Prawa i Sprawiedliwości i wstąpienia w szeregi stowarzyszenia. Joanna
Kluzik-Rostkowska stara się zrobić dobre wrażenie, pokazuje się jako
ucieleśnienie dobroci i łagodności, a prowadzi działania destrukcyjne w PiS,
które zmierzają do osłabienia partii i przejęcia struktur, mówiąc wprost – do
rozbicia naszej partii. Jeszcze niedawno środowisko liberalne pasożytowało na
ciele PiS i obcinało kupony z wpływów politycznych i ideowych, a dziś te wpływy
wykorzystuje do budowania własnej siły politycznej na naszym wieloletnim
dorobku.
Kluzik-Rostkowska uważa, że polem sporu powinno być recenzowanie działań
ekipy Donalda Tuska, co ma być obecnie zasadniczym celem zalążka ruchu
opozycyjnego skupionego wokół niej. Pana zdaniem jest to rzeczywisty cel czy
tylko pozór?
– To środowisko stara się zachować pozory niezależności. Wyszło z partii
opozycyjnej i aby być wiarygodne, musi dalej działać w tym nurcie i w tym duchu
zabierać głos, by przyciągnąć dalszych zwolenników. Nie mam jednak wątpliwości,
że to środowisko nie powstałoby i nie odważyłoby się do tak jawnego działania
przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, gdyby nie miało wsparcia ze strony chociażby
marszałka Sejmu czy nawet samego premiera Donalda Tuska. Bardzo bliskie relacje,
które ostatnio ujawniły się w Sejmie, między panią Kluzik-Rostkowską a premierem
czy Grzegorzem Schetyną, "wylewność" widoczna w tych relacjach, pokazują fikcję
wyrażanego przez nią zamiaru krytyki rządu. Myślę, że PO przygotowuje sobie
przyszłego koalicjanta, a głosowania w Sejmie niebawem to potwierdzą, już
potwierdzają.
W liście posłanka używa sformułowania "środowisko polityczne" na określenie
swojej inicjatywy politycznej. Czy nie jest to wyrażenie na wyrost? Trudno mówić
o jakimś silnym obozie Kluzik-Rostkowskiej.
– Niewątpliwie politycy Platformy Obywatelskiej i liberalne media starają się
stworzyć wrażenie, że jest to duże i poważne środowisko polityczne, że jest to
znacząca przeciwwaga dla Prawa i Sprawiedliwości. Już sama inicjatywa marszałka
Schetyny, aby klub Polska Jest Najważniejsza miał swojego wicemarszałka,
świadczy o tym, że to środowisko jest w sposób sztuczny dowartościowywane, aby
wyrosło na realną alternatywę dla PiS. Nie mam złudzeń, że jest to projekt
skierowany przeciwko naszej partii. Ale jeżeli notowania PSL będą utrzymywały
się na wysokim poziomie, a badania potwierdzą, że stowarzyszenie odbiera głosy
poparcia bardziej PO niż PiS, to jestem przekonany, że miłość mediów i Platformy
Obywatelskiej do nowej formacji bardzo szybko się skończy. Instrument tego
rodzaju jest tylko po to, by go wykorzystać, a później – gdy spełni swoje
zadanie – porzucić. Myślę, że rozłamowcy, jak wielu innych, którzy odchodzili z
różnych partii, skończą na marginesie życia politycznego.
Zdaniem wielu komentatorów, prezes Kaczyński niepotrzebnie pozwolił przyszłym
rozłamowcom podczas kampanii prezydenckiej uwierzyć w swoją siłę i wpływ na
partię, tym samym budząc w nich ambicję…
– Przyjęto pewną strategię na wybory prezydenckie, która była poparta tezą, że
trzeba przyciągnąć głosy bardziej centrowe i liberalne, aby odnieść sukces i do
zrealizowania tego celu zostały wybrane osoby pasujące z racji liberalnych
poglądów i medialności. W trakcie kampanii poczuły one władzę i siłę, to one
decydowały, kogo dopuścić do prezesa i wysłać do mediów, i co Kaczyński ma
mówić. Gdy po kampanii ich wpływ w partii osłabł, gdy uświadomiły sobie, że nie
mają już realnej władzy, zaczęły się buntować, wręcz spiskować – warto tu
wspomnieć chociażby o rozmowach z politykami Platformy Obywatelskiej. A jeśli
weźmie się pod uwagę, że Kluzik-Rostkowska chciała wymóc na prezesie Kaczyńskim
rekomendację na funkcję wicemarszałka Sejmu, to wszystko wydaje się jasne. Nie
Polska jest najważniejsza, tylko niespełnione ambicje i jeszcze raz ambicje.
Biorąc pod uwagę nieprzychylną atmosferę medialną eskalowaną ostatnio jeszcze
mocniej przez koterię Kluzik-Rostkowskiej, to czy uważa Pan, że na dłuższą metę
sam fakt odejścia kilkunastu posłów przyniesie PiS korzyść, czy wprost
przeciwnie?
– W wyniku tych wydarzeń PiS stanie się formacją bardziej zwartą politycznie i
wyrazistą programowo. Jednak nasz sukces będzie zależał od tego, czy będziemy
potrafili te atuty wykorzystać i czy społeczeństwo dostrzeże w nas alternatywę
dla rządów PO. Wiemy, że przez nieprzychylne media trudno się przebić, więc
musimy docierać bezpośrednio do ludzi, prowadzić swoistą pracę
polityczno-organiczną. Jeżeli będziemy opozycją ideową, merytoryczną i
pracowitą, to jestem pewien, że społeczeństwo nie da się nabrać na kolejne
sztuczki marketingowe, na uśmiech pani Kluzik-Rostkowskiej i jej towarzyszy. W
dłuższej perspektywie, gdy nastąpi w PiS stabilizacja, na wiosnę przejdziemy do
politycznej ofensywy, która powinna przynieść nam sukces wyborczy w przyszłym
roku.
Dziękuję za rozmowę.
