Dodrukujemy sobie euro

Chaos w eurostrefie, wobec którego zbladły perspektywy pozyskania
zewnętrznej pomocy finansowej dla chylącej się do upadku wspólnej waluty,
powitał przybyłych na szczyt G20 przywódców dwudziestu największych gospodarek
świata. Europejski Bank Centralny i FED puszczają maszyny drukarskie w ruch.

Rozpoczęty wczoraj w Cannes szczyt G20 zdominowała sprawa Grecji i
zapowiedzianego przez premiera tego kraju Jeoriosa Papandreu referendum w
sprawie przyjęcia pakietu pomocowego. Według przywódców eurostrefy, wynik
referendum w praktyce przesądzi o tym, czy Grecja pozostanie w strefie euro. W
przeddzień szczytu kanclerz Angela Merkel i prezydent Nicolas Sarkozy naradzali
się z przedstawicielami międzynarodowych instytucji finansowych nad nowymi
scenariuszami ograniczenia strat, które niepomiernie się zwiększą wskutek
decyzji Grecji. Jeśli Grecy nie przyjmą pomocy finansowej na spłatę swojego
zadłużenia oraz planu drastycznych oszczędności budżetowych, wierzyciele, tj.
banki europejskie i instytucje publiczne, już w najbliższych dniach nie zobaczą
swoich pieniędzy, a Grecja znajdzie się poza strefą euro. To ostatnie
oznaczałoby powrót Grecji do drachmy zdewaluowanej do euro w stosunku np. 1
drachma równa 15 centów. Przeliczenie długów tego kraju po takim kursie
naraziłoby jej wierzycieli na dalsze 80-90-procentowe straty. Scenariusz ten
spędza sen z powiek przywódców eurostrefy, którzy dwoją się i troją, by jednak
wycisnąć z Greków spłatę nawet za cenę zafundowania tamtejszemu społeczeństwu
kilkudziesięciu lat biedy i wyrzeczeń.

Papandreu na dywaniku
Premier Papandreu, pomysłodawca referendum, wezwany został do Cannes na dywanik.
Merkel i Sarkozy ostrzegli, że dopóki nie rozstrzygnie się ostatecznie, czy
Grecja pozostaje w eurostrefie, kraj nie dostanie od europejskich partnerów ani
euro. To potężny środek nacisku, ponieważ oznacza, że rząd w Atenach, któremu w
połowie grudnia skończą się pieniądze, nie miałby z czego wypłacić pensji dla
budżetówki. Mimo to jedynym efektem nacisków na greckiego premiera jest jego
decyzja o przyspieszeniu terminu rozstrzygającego referendum, które miałoby się
odbyć już 4 grudnia. Czy się odbędzie – nie wiadomo, bo nawet w rządzącej partii
PASOK ma ono przeciwników. Przeciwko referendum wypowiedział się minister
finansów Grecji Ewangelos Wenizelos, a i sam premier Papandreu oświadczył, że
może anulować głosowanie, jeśli opozycja wesprze program oszczędności
budżetowych. Dlatego nie jest pewne, czy w piątkowym głosowaniu nad wotum
zaufania Papandreu utrzyma się przy władzy oraz czy parlament zaakceptuje
decyzję o rozpisaniu referendum. Trwają naciski przeciwników, by premier podał
się do dymisji. BBC podała, iż Papandreu może ogłosić dymisję już po południu,
choć wcześniej rzecznik rządu dementował tego rodzaju informacje. Alternatywą
dla jego rządu mógłby być rząd koalicyjny pod kierunkiem byłego wiceszefa
Europejskiego Banku Centralnego Lukasa Papademosa, który odrzuciłby referendalne
plany i poddał kraj trudnej terapii. Zdaniem greckiego publicysty Jasona
Manolopulosa, źródłem greckiego zadłużenia i deficytu finansów publicznych jest
dysfunkcjonalny i przeżarty korupcją model sprawowania władzy. Długi, których
spłatą Europa chce obciążyć greckie społeczeństwo, wykreowane zostały w dużej
mierze przez skorumpowanych urzędników organizujących ustawiane przetargi
publiczne. Bez reformy systemu rządzenia Grecja, jego zdaniem, nie jest w stanie
funkcjonować w strefie euro, nawet jeśli zredukowane zostaną jej długi i uzyska
wsparcie finansowe.

Euro bez wyjścia
W debatę nad kryzysem greckim włączyła się Komisja Europejska, która
oświadczyła, że traktat nie przewiduje procedury wyjścia kraju ze strefy euro. –
Grecja musiałaby opuścić Unię Europejską – poinformowała KE.
Według unijnego eksperta think-tanku Benedicty Marzinotto, opuszczenie Unii
przez Grecję i powrót do drachmy sprawi, że kraj ten znajdzie się w kompletnej
izolacji, poza strefą wolnego handlu i przepływu osób, pozbawiony zaufania
rynków i dopływu funduszy ze Wspólnoty. – Grecja wyjdzie z Unii jako bankrut,
ponieważ nie otrzyma ostatniej transzy pomocy – 8 mld euro, nie będzie w stanie
refinansować swego długu i wypadnie z rynku – ocenia ekspert. Ale przyznaje, że
własna, słaba waluta pozwoliłaby Grecji uzyskać wzrost gospodarczy i zarabiać na
eksporcie. Kraj ten wytwarza 2 proc. PKB eurostrefy i odpowiada za 4 proc. PKB
jej długów.
Wczoraj rano przed otwarciem szczytu G20 zebrał się w sprawie Grecji miniszczyt
złożony z przywódców Niemiec, Francji, Hiszpanii i Włoch oraz przedstawicieli
Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Rady Europejskiej i Komisji Europejskiej.
Przywódców z całego świata przybyłych do Cannes na szczyt G20 powitał, jak
widać, kompletny chaos w eurostrefie. Nic więc dziwnego, że – wbrew
wcześniejszym zapowiedziom – nie spieszyli się ze składaniem deklaracji pomocy
dla pogrążonych w kryzysie krajów wspólnej waluty.
– Europa musi przede wszystkim sama rozwiązać problem swojego zadłużenia –
powiedział prezydent Chin Hu Jintao po rozmowie z prezydentem Francji. Paryż
bardzo liczył na chińską ofertę zaangażowania w Europejskim Funduszu
Stabilizacji Finansowej. Według chińskiego prezydenta, szczyt G20 musi wysłać w
świat jasny sygnał konieczności utrzymania wzrostu i stabilizacji gospodarczej.
Chiny dysponują nadwyżką walutową w kwocie 3,2 bln USD. Ich dotychczasowe
zaangażowanie w Europie wynosi ok. 550 mld euro. Na G20 goszczą przywódcy
prężnie rozwijających się krajów wschodzących – Chin, Indii i Brazylii, także
przywódcy Federacji Rosyjskiej.
– Chiny ustawiły się z boku i patrzą, "jaka piękna katastrofa" – ocenia Janusz
Szewczak, główny ekonomista SKOK.
– Kraje wschodzące nie są skłonne ryzykować wchodzenia w EFSF, ponieważ jest on
skonstruowany na wzór credit default swap, bardzo ryzykownego instrumentu
pochodnego – uważa Jerzy Bielewicz, prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek".
Rzecz w tym, że Fundusz ubezpiecza straty inwestorów za pomocą gwarancji
ufundowanych przez kraje, które same są zagrożone kryzysem. Tego rodzaju
"ubezpieczenie" okaże się kompletnie bezwartościowe, jeśli w eurostrefie ruszy
domino bankructw – uważa finansista.
Tymczasem w Chinach nasila się presja społeczna na chiński rząd, aby nie
angażował rezerw w pomoc dla eurostrefy. Setki tysięcy chińskich internautów
postuluje w swoich wpisach, aby rząd zajął się społecznymi i gospodarczymi
problemami wewnętrznymi Kraju Środka, zamiast inwestować w europejskie
gospodarki dobrobytu.
Wobec kurczenia się możliwości pomocy krajów wschodzących Europejski Bank
Centralny pierwszego dnia urzędowania nowego szefa – Włocha Mario Draghi,
obniżył stopy procentowe do 1,25 proc., co jest jednoznaczne z rezygnacją z
walki z inflacją i przyjęciem przez EBC za główny cel pobudzenia gospodarki i
walki z bezrobociem.
– Zważywszy, że obecna inflacja na poziomie 3 proc. grubo przekracza cel
inflacyjny Europejskiego Banku Centralnego i jest najwyższa od trzech lat,
decyzja o obniżce stóp jest dowodem na rozpaczliwą sytuację w eurostrefie, która
znajduje się na granicy recesji – uważa Jerzy Bielewicz.
W tym samym dniu szef amerykańskiego FED Ben Bernanke nakreślił plany kolejnej,
trzeciej fali "luzowania monetarnego". Oznacza to, że obaj szefowie banków
centralnych puszczają właśnie prasy drukarskie w ruch.

Małgorzata Goss

drukuj