Do sądu po „łosiowe”
Żyjące w ogromnej liczbie na terenie województwa podlaskiego łosie, żubry
i bobry, dzikie zwierzęta chronione, niszczą państwowe i rolnicze lasy oraz
doprowadzają do zalewania pól uprawnych i łąk. Mimo licznych apeli i próśb
resort środowiska nie wyraża zgody na ich odstrzał selekcyjny. Rolnicy idą więc
do sądu – i wygrywają.
Gdzie rolnicy mogą szukać pomocy? Zdaniem leśników – u reprezentanta Skarbu
Państwa w regionie, czyli u wojewody. Ten może przedstawić problem ministrowi,
ale jego rzecznik odsyła raczej do Ministerstwa Środowiska. Rzecznik tego
resortu – do Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, a rzecznik GDOŚ do
Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Rolnicy nie mają czasu na zabawę w
berka, bo muszą wykarmić swoje rodziny, dlatego idą prosto do sądów.
Ostatnie pozwy, które zaledwie kilka dni temu trafiły do Sądu Rejonowego w
Grajewie, złożyło 14 rolników, którym łosie zniszczyły młode lasy. Od Skarbu
Państwa, reprezentowanego w tym przypadku przez ministra środowiska, domagają
się za poniesione szkody od kilku do ponad 56 tysięcy złotych. Do ubiegania się
przed sądem o odszkodowania rolników zachęcił prawomocny wyrok, jaki w czerwcu
ub.r. wydał Sąd Okręgowy w Białymstoku. Nakazał on, aby Skarb Państwa wypłacił
rolnikowi ze wsi Downary koło Moniek ponad 2,3 tys. zł z odsetkami za
zniszczenie przez łosie należącego do niego młodego sosnowego lasu o powierzchni
około 4 hektarów. Precedensowy proces rolnika z Downar z uwagą obserwowali
gospodarze ze wsi położonych w bezpośrednim sąsiedztwie Biebrzańskiego Parku
Narodowego (m.in. gmina Goniądz, Mońki), największej ostoi łosi w Polsce. Teraz
to właśnie oni pozywają Skarb Państwa, a kolejni rolnicy przygotowują się już do
wystąpienia na drogę sądową.
Problem jest szczególnie widoczny w północno-wschodniej części Polski, gdzie
żeruje trzy czwarte z ogólnej liczby około 6 tys. polskich łosi. Najwięcej tych
zwierząt, około 600-700 sztuk, żyje w Biebrzańskim Parku Narodowym, a dokładnie
w dolinie Biebrzy. Ich liczba ciągle wzrasta. Łosie najmocniej szkodzą lasom
zimą, kiedy głodne ogryzają młode drzewka.
– To duży problem. Łosie zimą wychodzą z Parku, bo tam nie mają co jeść, i idą
do gospodarskich lasów. Zimową porą w 95 procentach łosie żywią się igliwiem
sosnowym – tłumaczy nadleśniczy dr inż. Edward Komenda, szef Nadleśnictwa
Knyszyn. Najbardziej cierpią na tym młode lasy sosnowe rolników. Każdej zimy
niszczonych jest ich około 300 hektarów. Mniej strat ponoszą lasy państwowe,
gdyż stosuje się tam specjalne zabezpieczenia. – To ogromne koszta, ale musimy
grodzić drzewka czy inaczej je chronić przed apetytem łosi, bo bez tego nic nie
wyrośnie – mówi nadleśniczy.
Mniej siatek
Młode lasy sosnowe chroni się przed łosiami, ogradzając je specjalną zaporą,
tzw. siatką leśną. Organizacje ekologiczne naciskają na decydentów, żeby nie
grodzić młodniaków przed zwierzyną, ponieważ utrudnia to jej migracje. Naciski
te są tak skuteczne, że leśnicy, a także rolnicy mogą zabezpieczać coraz
mniejsze ich obszary. Istnieje też inny problem, który stwarzają królowie
biebrzańskich bagien. Wchodzą one często na ruchliwe drogi krajowe. Z tego
powodu w województwie podlaskim dochodzi do coraz większej liczby wypadków z
udziałem łosi. Wiele z nich kończy się niestety tragicznie, toteż coraz głośniej
rozwiązania tego problemu zaczynają domagać się kierowcy.
Problemy podlaskim rolnikom sprawia również działalność bobrów (zwierzęta pod
ochroną), które niszczą gospodarskie pola, łąki oraz stawy rybne (rozkopują
groble). Niebezpieczne jest też podkopywanie przez te zwierzęta nasypów
kolejowych czy podwalin przęseł mostów. Podniesiony w wyniku ich działalności
stan wód często sprawia, że drogi miejscami są zalewane i nieprzejezdne. W całej
północno-wschodniej części Polski żyje 20 tys. tych zwierząt, czyli połowa
wszystkich polskich bobrów. – Budują tamy, kopią rowy – tak że ciągniki się
zapadają. Poza tym przez to następuje zalewanie łąk i niektórzy rolnicy musieli
zrezygnować z hodowli bydła – mówi Lech Myszkowski, inspektor do spraw rolnictwa
w gminie Nowinka, położonej niedaleko Augustowa.
Gdzie przenieść bobry
Już kilka miesięcy temu z prośbą o odłowienie lub odstrzał bobrów do resortu
środowiska zwrócili się m.in. mieszkańcy sześciu wsi z gminy Nowinka (m.in.
Ateny, Walne, Danowskie) niedaleko Augustowa. – Minister środowiska
odpowiedział, że bobry chroni prawo Unii Europejskiej i nie można do nich
strzelać. Odłowienie też nie wchodzi w grę, ponieważ wszystkie województwa mają
na swoim terenie tyle tych zwierząt, że nie chcą ich więcej – relacjonuje
Myszkowski.
Na bobry zaczynają się też skarżyć leśnicy. Z zasady w lasach zwierzęta te są
pożyteczne: pomagają utrzymać właściwy poziom wód, tworzą bagna i leśne
jeziorka, które stanowią wodopoje dla zwierząt i zapewniają wodę roślinom.
Leśników niepokoi jednak zbyt duża, ich zdaniem, liczba bobrów, które są pod
ochroną i praktycznie nie mają naturalnych wrogów (wilki), więc dalej szybko się
mnożą.
W 2010 roku Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku wypłaciła
rolnikom za szkody poczynione przez zwierzęta chronione 2,3 mln zł, rok
wcześniej 1,7 mln zł – trend jest więc wzrostowy. Szkód jest tak wiele, że
pieniądze kończą się zwykle już w połowie roku. Wtedy RDOŚ występuje o
przyznanie środków z rezerwy budżetowej. Ale czy te znajdą się też w dobie
kryzysu?
W województwie podlaskim najwięcej szkód czynią bobry. Na odszkodowania wydaje
się tu około 80 proc. środków przeznaczonych na rekompensaty za działalność
wszystkich dzikich zwierząt będących pod ochroną. Za szkody bobrowe w 2010 roku
wypłacono 1,8 mln zł, wpłynęło ponad 1,2 tys. wniosków z powiatów:
białostockiego, monieckiego, sokólskiego i suwalskiego. W tym roku rolnicy
złożyli już 84 wnioski. Na szczęście nie wszystkie bobry powodują straty w
rolniczych gospodarstwach, czyni to zaledwie około 3 procent stanowisk bobrów.
Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby szkodzić zaczęły wszystkie.
Ministerstwo wprowadza zakaz polowań także na zwierzęta nieobjęte ochroną.
Obowiązuje on od niedawna w otulinie Białowieskiego Parku Narodowego. Wywołuje
to protesty tutejszych rolników, ponieważ już teraz dziki, których jest tu bez
liku, powodują ogromne szkody w ich uprawach. To problem także dla kół
łowieckich, na które państwo zrzuciło obowiązek płacenia odszkodowań za dzicze
szkody. Ich przedstawiciele mówią o pustej kasie i widmie bankructwa.
Również żubry, których w Puszczy Białowieskiej według naukowców jest za dużo i
wręcz się w niej nie mieszczą, wychodzą żerować na rolnicze pola. W tym roku
wnioski o odszkodowania złożyło już ponad 50 rolników z regionu. Za tak zwane
żubrowe Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska musi wypłacić prawie 350 tys.
złotych.
Adam Białous
