Na granicy przedawnienia

Sprawa kilkunastu dziennikarzy oskarżonych o zniesławienie Jana
Kobylańskiego, polonijnego działacza z Ameryki Południowej, jest zagrożona
przedawnieniem – ostrzega sędzia prowadzący proces.

Sędzia Robert Żak z Sądu Rejonowego Warszawa-Mokotów podkreślił na wczorajszej
rozprawie, że oskarżenie wniesione przez Kobylańskiego jest na granicy
przedawnienia karalności. Zarzuty w tej sprawie przedawniają się po sześciu
latach od chwili popełnienia czynu. Dodał, że z tego powodu możliwe jest
umorzenie trwającego ponad dwa lata procesu.
Ewentualnemu umorzeniu sprzeciwiają się strony. Pełnomocnik prezesa Unii
Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej (USOPAŁ) adwokat
Andrzej Lew-Mirski domaga się uznania winy oskarżonych. Z kolei obrońcy
oskarżonych powołują się na zasadę prawną, mówiącą, że jeżeli w sprawie zebrano
wystarczający materiał dowodowy pozwalający wydać wyrok uniewinniający, to taki
wyrok powinien zapaść, a nie orzeczenie o umorzeniu postępowania.
Wczoraj miał zeznawać jako świadek były prezydent Lech Wałęsa, ale nie stawił
się w sądzie. Szef jego fundacji Piotr Gulczyński tłumaczył, że były prezydent
ma liczne obowiązki i z tej racji jego obecność w sądzie przez najbliższe pół
roku "będzie bardzo utrudniona".
Wniosek o przesłuchanie Wałęsy jako świadka złożył mecenas Dariusz Turek,
obrońca oskarżonego w tej sprawie dyplomaty Ryszarda Schnepfa. Argumentuje on,
że były prezydent miałby potwierdzić słowa Schnepfa, za które został on
oskarżony przez Kobylańskiego. Chodzi o twierdzenia dotyczące przeznaczenia
przez polonijnego działacza znacznej sumy pieniężnej na kampanię prezydencką
Wałęsy w zamian za zagwarantowanie wpływu na obsadę stanowisk ambasadorskich w
Ameryce Południowej. – Pomysły na przesłuchanie Lecha Wałęsy to próba
nadszarpnięcia wizerunku mojego klienta – podkreśla Mirski. – To są jakieś
kuriozalne sprawy – dodaje.
Sąd postanowił ponowić wezwanie Wałęsy na 12 sierpnia, a gdyby znów się nie
stawił, ma rozważyć zmianę decyzji i odstąpienie od wzywania świadka.
W ocenie Mirskiego, uwzględnienie wniosku o wezwanie Wałęsy to próba
przeciągnięcia sprawy. Trwający już dwa lata proces według zapowiedzi miał się
zakończyć w marcu. Pełnomocnik Kobylańskiego wskazuje, że w tym procesie trzeba
się odnieść "do dosyć poważnych fundamentalnych kwestii, a nie do potencjalnych
roszad po jakichś wyborach". – Te zarzuty będą się stopniowo przedawniały –
podkreśla adwokat. Dodaje, że liczy na szybkie zakończenie procesu.
Jak na każdą rozprawę do sądu licznie przybyli zwolennicy Jana Kobylańskiego,
którzy manifestowali także przed jego gmachem, apelując o zaprzestanie ataków na
szefa USOPAŁ.
Prezes Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej i były
konsul honorowy Rzeczypospolitej Polskiej poczuł się pomówiony i zniesławiony
szeregiem publikacji prasowych zamieszczonych m.in. w "Gazecie Wyborczej",
"Rzeczpospolitej" czy "Polityce". I skierował prywatny akt oskarżenia przeciwko
kilkunastu dziennikarzom. W sądzie przeleżał ponad trzy lata, zanim rozpoczął
się proces. Oskarżonym grozi do 2 lat więzienia. Kobylański domaga się też, by
każdy z nich wpłacił 100 tys. zł na cel charytatywny.

 

ZB

drukuj