Dajmy pracę Polakom, inaczej zastąpią nas obcy

Czy cudzoziemcy zastąpią Polaków, którzy wyjechali do Europy Zachodniej? Takie plany ma coraz więcej krajowych firm, które naciskają na władze, aby ułatwiały zatrudnianie obcokrajowców. Pod ich naciskiem Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej chce zmienić dotychczasowe przepisy. Otwieranie drzwi dla cudzoziemców grozi jednak nie tylko stagnacją niskich płac w naszym kraju i pogłębieniem zjawiska emigracji Polaków na Zachód, ale też związanymi z tym problemami demograficznymi, a w perspektywie wystąpieniem trudności
z integracją cudzoziemców, jakie obecnie obserwujemy w Europie Zachodniej.

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przygotowało projekt rozporządzenia, które umożliwi obywatelom niektórych państw wykonywanie pracy w Polsce bez uzyskania zezwolenia. Ma to być reakcja na braki pracowników występujące na naszym rynku. Dokument z 30 marca br. umożliwiałby pracę „cudzoziemców pochodzących z państw graniczących z Polską, wykonujących pracę krótkoterminową, w okresie do 3 miesięcy w ciągu kolejnych 6 miesięcy, jeżeli otrzymają oni zarejestrowanie w powiatowym urzędzie pracy”. Ministerstwo idzie jednak jeszcze dalej. W uzasadnieniu projektu stwierdza mianowicie, że „przepis dopuszcza możliwość nawiązania współpracy przez publiczne służby zatrudnienia także z krajami spoza Europy”, a więc np. z Azji. Ministerstwo rozszerza też zakres prac, do których można zatrudniać obcokrajowców. Chodzi o zatrudnienie w rolnictwie, sadownictwie oraz budownictwie. Ułatwienia miałyby obowiązywać do końca 2009 roku.

Jaki jest cel takich działań? Ministerstwo tłumaczy, że „propozycja rozszerzenia zakresu prac związanych z wykonywaniem działalności objętych pozostałymi sekcjami PKD jest wynikiem licznych wniosków i sugestii napływających do MPiPS z organów administracji rządowej i samorządowej, branżowych organizacji samorządowych, a także od parlamentarzystów”. Resort jest zdania, że wskazuje to na brak zainteresowania Polaków podejmowaniem prac krótkoterminowych ze względu na ich uciążliwość i niskie płace. Z tego też powodu ministerstwo ocenia, że ułatwienia będą miały pozytywny wpływ na polski rynek pracy, ze względu na „występujące niedobory siły roboczej m.in. w rolnictwie” oraz że mogą „przyczynić się do złagodzenia skutków odpływu polskich pracowników do pracy w państwach UE”. W piątek również Sejm zmienił przepisy dotyczące cudzoziemców, dopasowując polskie prawo do unijnego. Zmiany przewidują m.in. przekształcenie dotychczasowych wiz wjazdowych na pobytowe krótkoterminowe.

Czy rzeczywiście potrzebne jest nam sprowadzanie pracowników zza granicy w sytuacji, gdy w Polsce wciąż utrzymuje się wysokie bezrobocie?


Niewykorzystany potencjał bezrobotnych


Bezrobocie w Polsce wciąż oscyluje wokół 15 procent. Z danych GUS wynika, że w lutym br. zarejestrowanych było ponad 2,3 mln osób nie mających zatrudnienia, z czego dwie trzecie (ponad 1 mln 796 tys.) wcześniej pracowało, a tylko 324,5 tysiąca miało prawo do zasiłku. Oznacza to, że znaczna większość bezrobotnych potrafi pracować, a nie mając zasiłku musi albo starać się o podjęcie pracy, albo znalazło ją, tyle że „na czarno”. To kolejny problem nękający nasz kraj.

Dane pokazują też, że wśród bezrobotnych jest duża grupa aktywnych zawodowo i wydajnych pracowników. W ubiegłym roku ponad połowę bezrobotnych stanowiły bowiem osoby w wieku 18-34 lat. Czy rzeczywiście brakuje dla nich pracy?

Z oficjalnych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w Polsce mimo dużego bezrobocia jest wiele wolnych miejsc pracy. W ostatnim kwartale ubiegłego roku było ich 242 tysiące.

Jakich pracowników najbardziej brakuje polskiej gospodarce? Dane GUS za II kwartał ubiegłego roku mówią, że najwięcej wakatów było w sektorze przemysłowym, budownictwie i handlu. Brakowało nie tylko specjalistów, ale też techników, robotników przemysłowych, rzemieślników oraz operatorów maszyn i urządzeń. Pracowników poszukuje również administracja oraz branża ubezpieczeniowa. Dotyczy to zarówno sektora prywatnego (190 tys. wakatów), jak i państwowego (52 tys.). Skąd ten paradoks?


Złe szkolnictwo i emigracja?


– Jest duża liczba osób szukających pracy, ale ich kwalifikacje nie przystają do oczekiwań pracodawców – tłumaczy Henryk Michałowicz, ekspert ds. prawa pracy Konfederacji Pracodawców Prywatnych. Według niego, w związku z tym, że pracodawcy muszą sprostać wymaganiom rynku, stawiają też określone, często wysokie, wymagania pracownikom.

Dlaczego ich brakuje? Zdaniem Michałowicza, wina leży po stronie m.in. polskiego systemu szkolenia – zwłaszcza zawodowego, który jest niedostosowany do potrzeb gospodarki. Michałowicz dodaje, że dotyczy to głównie sektora budownictwa. Przyznaje też, że brak wykwalifikowanych osób w niektórych sektorach gospodarki wynika z emigracji wielu z nich do Europy Zachodniej. Proces ten pogłębia szybki wzrost gospodarczy Polski, który wymaga większej liczby pracowników, zwłaszcza fachowców.

Rzeczywiście wielu z nich wyjechało za granicę. Oficjalne statystyki mówią o ok. 600-700 tysiącach tylko po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. Jednak według nieoficjalnych danych, na Zachód wyjechało znacznie więcej naszych rodaków, być może nawet 2 miliony.

– Wywołało to nie tylko brak rąk do pracy, ale odbija się też na sytuacji demograficznej naszego kraju – zwraca uwagę Krystyna Kluza, demograf. – Z tego, co obserwujemy, wyjeżdżają głównie ludzie młodsi, co odbija się na tzw. potencjale rozrodczym polskiej populacji – podkreśla. Większość z nich nie wyjechałaby, gdyby miała pracę i przyzwoite zarobki w Polsce.


Zarobków nie da się podnieść?


Według Michałowicza, pracodawcy nie są w stanie znacząco zwiększyć poziomu płac, ponieważ odbije się to na konkurencyjności polskich firm. W ten sam sposób tłumaczy problemy swojej firmy Jacek Bazan, rzecznik firmy deweloperskiej J.W. Construction, która w ostatnich dniach sprowadziła grupę ok. 60 budowlańców z Tadżykistanu i Uzbekistanu. Dodatkowo około 140 osób przyjedzie w tym tygodniu. – Jeśli podniesiemy pracownikom pensje o 100 procent, ceny mieszkań pójdą w górę, a są i tak duże – przekonuje. Przyznaje jednak, że pracownicy z Azji będą zarabiać mniej niż Polacy.

W tym samym celu Mostostal Zabrze chce zatrudnić od czerwca 350 spawaczy z Chin. Zapłaci im połowę tego, co Polakom.

Profesor Andrzej Kaźmierczak, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej, wskazuje, że pracodawcy zwykle szukają okazji do cięcia kosztów i maksymalizacji zysków. Dodaje, że to przede wszystkim państwo powinno dbać o to, by Polska nie płaciła zbyt wielkich kosztów współczesnych procesów migracji. Musi też starać się zminimalizować skutki wyjazdów Polaków za granicę.


Pracodawcy wzmagają naciski


Właściciele firm, zainteresowani przede wszystkim zyskiem, nie są zdeterminowani, by powstrzymywać wyjazdy polskich pracowników. Dlatego pracodawcy naciskają na MPiPS, by jeszcze bardziej liberalizowało przepisy. Konfederacja Pracodawców Polskich, chwaląc ministerstwo za projekt częściowego zniesienia wymogu uzyskiwania zezwoleń na pracę dla cudzoziemców, domaga się jeszcze szerszego otwarcia rynku na możliwość wykonywania działalności gospodarczej przez cudzoziemców w dziedzinach, w których brakuje pracowników.

Pracodawcy chcą ponadto, by państwo dopuściło prywatne agencje do rekrutowania obcokrajowców do pracy w Polsce. To jednak może pozbawić władze kontroli nad procesem napływu cudzoziemców do naszego kraju, z czym państwo już teraz z trudem sobie radzi.


Imigracja


Na razie władze nie dostrzegają problemu napływu cudzoziemców do Polski. W uzasadnieniu projektu liberalizacji dostępu do naszego rynku pracy MPiPS stwierdziło, że w ubiegłym roku tylko 258 obywateli Ukrainy skorzystało z możliwości podjęcia pracy bez zezwolenia w rolnictwie.

Według ministerstwa, skala przyjazdów obcokrajowców do Polski jest tak mała, że nie ma powodów do niepokoju. Z danych MPiPS wynika, że w ubiegłym roku 10 754 osoby otrzymały zezwolenia na pracę i niewiele mniej w 2005 roku. Najwięcej pozwoleń otrzymali obywatele Ukrainy (3275) oraz Wietnamu (999).

Jednak skala przyjazdów cudzoziemców jest znacznie większa, niż oddają to oficjalne statystyki. W dodatku wielu z nich nie podejmuje niskoopłacanej pracy np. w rolnictwie, ale bardziej dochodową – w handlu. Sprzedając tanie i często marnej jakości towary produkowane w krajach azjatyckich, stanowią konkurencję dla naszych małych i średnich firm, które są największym pracodawcą w Polsce. Wielu cudzoziemców przyjeżdża, by handlować w Polsce często bez stosownych zezwoleń. Dobrze o tym wiedzą choćby strażnicy i służby skarbowe przeprowadzające kontrole na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, których pojawienie się wywołuje popłoch wśród sprzedających tam Chińczyków, Wietnamczyków oraz innych handlarzy ze Wschodu.


Zadbajmy o swoją przyszłość


Zwiększenie imigracji do Polski może również wpływać niekorzystnie na polski rynek pracy. Pracodawcy chcą bowiem w ten sposób utrzymać niski poziom płac, co rzeczywiście będzie sprawiać, iż Polacy, w związku ze wzrostem kosztów utrzymania, nie będą ich podejmować.

Bez ścisłej państwowej kontroli imigracji do Polski oraz rynku pracy

i odpowiedzialnej polityki gospodarczej w przyszłości mogą u nas wystąpić problemy, z jakimi dziś borykają się takie kraje, jak: Francja, Włochy czy Niemcy. Nie ma co czekać, aż skala napływu obcokrajowców do naszego kraju osiągnie taki poziom, jak na Zachodzie. W wyniku dotychczasowych zaniedbań i złego stanu gospodarki straciliśmy i tak dużo ludzi, którzy dziś pracują na utrzymanie wzrostu gospodarczego w bogatych krajach Europy Zachodniej. To, czy Polska będzie tak zasobna jak one, a jednocześnie uniknie problemów z imigrantami, jakich doświadczają, zależy także od tego, jak dziś zadbamy o samych siebie.

Mariusz Bober
drukuj