Duży dostaje więcej

Raport Komisji Europejskiej o dopłatach bezpośrednich do rolnictwa

Dopłaty bezpośrednie miały wspierać przede wszystkim małe i średnie gospodarstwa – takie były przynajmniej założenia. Tymczasem z danych Komisji Europejskiej wynika, że w Polsce, podobnie jak w innych krajach członkowskich, najwięcej pieniędzy trafia do wielkich gospodarstw, których pozycja na rynku i tak jest o wiele lepsza.

W Unii Europejskiej dopłaty są znaczącym elementem wsparcia dla rolnictwa. Z jednej strony, podnoszą kondycję ekonomiczną gospodarstwa, dając rolnikowi dodatkowe środki finansowe (w Polsce przeciętnie jest to około 500 zł na hektar gruntów rocznie), ale z drugiej – jest to instrument, który ma służyć utrzymaniu stosunkowo niskich cen żywności produkowanej w Europie. Oczywiście, instrumentów pomocy dla rolnictwa jest więcej, jednak mało która kwestia wywołuje takie emocje jak dopłaty bezpośrednie.


Wielcy dostają najwięcej


Nie tak dawno ogromne dyskusje wywołała w zachodniej Europie informacja o tym, kto czerpie najwięcej z unijnej kasy w postaci dopłat bezpośrednich. Okazało się, że miliardy euro zamiast do właścicieli gospodarstw rodzinnych trafiają na konta latyfundiów, których właścicielami są często giganci przemysłu spożywczego. Ogromne subsydia pobiera także królowa angielska, wielu przemysłowców, dla których posiadanie ziemi nie wiąże się z działalnością rolniczą, a częściej z inwestycją w nieruchomości, chęcią posiadania posiadłości na wsi. Nic więc dziwnego, że wielką konsternację wśród rzeszy drobnych farmerów wywołały informacje, że ponad połowa funduszy na dopłaty bezpośrednie trafia do wąskiej, kilkuprocentowej kasty posiadaczy wielkich gospodarstw.

Wydawało się, że Polska ze swoją tradycyjną strukturą agrarną, według wielu – zacofaną, gdzie przeciętne gospodarstwo ma około 7-8 ha powierzchni, jest wolna od takich zjawisk. Jednak z raportu Komisji Europejskiej wynika coś zgoła innego. Okazuje się, że niespełna 6 proc. polskich rolników pobiera aż 40 proc. unijnych dopłat bezpośrednich, czyli około 3,5 mld złotych. Co więcej, tylko 0,6 proc. gospodarstw, wśród których są te największe, dostaje aż 14 proc. unijnej i krajowej pomocy (część dopłat bezpośrednich jest finansowana z naszego budżetu). Oznacza to, że 9 tys. gospodarstw dostanie za ten rok aż 1,4 mld złotych (!), czyli na jedno gospodarstwo przypadnie średnio po blisko 160 tys. złotych.

– Te liczby nie powinny dziwić, bo przecież dopłaty bezpośrednie są uzależnione od tego, ile kto ma hektarów ziemi. Tak więc im większe gospodarstwo, tym więcej dopłat trafi na konto właściciela – tłumaczy Arkadiusz Ozimek, doradca rolny. – I dopóki system dopłat będzie w ten sposób skonstruowany, nic się nie zmieni – dodaje.

Dlatego rolnicy czasami skarżą się, że według nich dochodzi do takich paradoksów, iż dopłaty otrzymuje osoba, która jest tylko posiadaczem ziemi, ale jej nie uprawia. Do tej grupy zalicza się np. „rolników z Marszałkowskiej”, czyli osoby dysponujące często ogromnymi funduszami, które w przeszłości kupowały grunty na wsi tylko z myślą o wyciąganiu dopłat.

Często ogromne pieniądze trafiają do wielkich przedsiębiorstw rolnych, nierzadko będących własnością zagranicznych inwestorów, dla których jest to dodatkowa pomoc, umacniająca ich pozycję na rynku kosztem drobnych producentów. Zdarza się też, że dopłaty otrzymują zakłady kompletnie niezwiązane z rolnictwem, które jednak „odziedziczyły” jakieś nieruchomości rolne np. podczas procesu prywatyzacji.


Zmienić system?


Ponieważ problem dopłat stał się ogólnoeuropejski, co jakiś czas pojawiają się pomysły, aby coś w tym zakresie zmienić. Jednak dotychczasowe działania Komisji Europejskiej są mało skuteczne, a w dodatku dla Polski niekorzystne (jak choćby odebranie dopłat obszarowych sadownikom, którzy w ten sposób staną się mniej konkurencyjni wobec producentów owoców ze starej UE). Pewne działania, co trzeba zauważyć, podejmowane są też w Polsce. Przykładem może być sprawa wprowadzenia dopłat paszowych. Można mieć pewne zastrzeżenia do trybu prac nad nowymi dopłatami w resorcie rolnictwa i do pewnych szczegółowych rozwiązań, ale sama idea jest jak najbardziej słuszna: żeby pieniądze z tytułu dopłat do łąk i pastwisk trafiały tylko do tych rolników, którzy hodują zwierzęta (np. krowy, konie, owce). W ten sposób przynajmniej części dopłat zostaną pozbawieni „rolnicy z Marszałkowskiej”.

Najdalej idące propozycje reformy systemu dopłat w UE mówią nawet o tym, aby w ogóle odejść od płacenia „za hektary” na rzecz dopłat do produkcji.

– To jednak i tak wiele zmieni, bo przecież wielkie gospodarstwa mają także ogromną produkcję – podkreśla Arkadiusz Ozimek. – Dlatego wskazane byłoby stosowanie różnych preferencji przy dopłatach dla średnich i małych gospodarstw kosztem tych dużych – dodaje.

Jednak najwięksi farmerzy mają doskonale zorganizowany lobbing i zapewne takim pomysłom się przeciwstawią. Dlatego przynajmniej w ciągu kilku najbliższych lat nic się nie zmieni, ale UE na pewno czeka gorąca debata w sprawie dopłat.

Krzysztof Losz
drukuj