Czy szybko do euro?

Profesor Urszula Grzelońska, zapowiadana na następczynię obecnego prezesa NBP, zapytana w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, czy należy szybko przyjąć euro, mówi, że pod wpływem opinii różnych ekonomistów nabrała wątpliwości. W następnym zdaniu konkluduje, że skoro nie mamy jasności, czy zyskalibyśmy na przyjęciu nowej waluty, to może lepiej byłoby tego nie robić, by dalej stwierdzić, że powinniśmy zrobić to jednak jak najszybciej, a ostatecznie przyznać, że nie jest już taka pewna, czy zalety mogą przeważać nad wadami przyjęcia europejskiej waluty.

Wolę takie niezdecydowanie niż megalomańską pewność siebie, prezentowaną przez niektórych pracowników NBP, którym arogancja przyćmiewa rozum, czy ochoczo doradzających pseudoekspertów, faktycznie powiązanych z różnymi grupami interesów, żywo zainteresowanymi włączeniem Polski do systemu nowej waluty.

Ekonomista często musi rozpatrywać różne sprzeczne racje i z trudem jest w stanie znaleźć złoty środek będący dla nich kompromisem. Moim zdaniem, problem przyjęcia euro wiąże się z dwiema ważnymi kwestiami: po pierwsze, ze skutkami dla relacji handlowych i finansowych z zagranicą, zwłaszcza z krajami Unii Europejskiej, i po drugie, z konsekwencjami dla naszych portfeli. O pierwszym mówi się dużo, a drugie wszyscy skrzętnie przemilczają.

Niewątpliwie przyjęcie euro miałoby ważny pozytywny efekt w postaci uproszczenia naszych stosunków handlowych. Zmniejszyłoby ryzyko związane z wahaniami kursu walutowego i przyczyniło się nieco do spadku stóp procentowych. Niewątpliwie wyeliminowałoby niebezpieczeństwo tak zwanego ataku na walutę, czyli wyrafinowanej machlojki międzynarodowych kół finansowych, które chcą zgarnąć tanim kosztem rezerwy walutowe przez manipulację rynkiem finansowym danego kraju, co prowadzi do znacznego spadku wartości jego pieniądza. Wielokrotnie było to realizowane z tragicznymi skutkami.

Nie możemy jednak ograniczać się tylko do tych korzyści z przejścia na euro i nie mieć na uwadze negatywnych skutków dla stanu naszych portfeli. Rzecz w tym, że proces rozwoju gospodarki rynkowej w Polsce i integracji z Unią Europejską jest nieuchronnie związany ze stopniowym umacnianiem naszego pieniądza. Przejawia się to w tym, że cena euro stopniowo spada. Na przykład w okresie 2003-2005 jego wartość spadła z 4,39 do 4,03 zł, a obecnie wynosi 3,8 zł. Oznacza to, że gdybyśmy w 2003 r. zamienili złoty na euro, to za każde 1000 zł posiadanych oszczędności otrzymalibyśmy 228 euro, a obecnie 263 euro. Ten proces umacniania złotego mógłby trwać jeszcze kilka lat, aż nastąpi zrównanie ceny rynkowej z ceną, którą ekonomiści nazywają ceną według parytetu siły nabywczej, odzwierciedlającą relacje cen.

W 2005 r. różnica między kursem rynkowym euro a kursem według parytetu siły nabywczej wynosiła około 80 procent. Oznacza to, że gdybyśmy nie spieszyli się z zamianą złotego na euro i dotrwali do dojścia kursu rynkowego do kursu parytetowego, to moglibyśmy za 1000 zł otrzymać około 400 euro, czyli o połowę więcej niż obecnie. Szybka zamiana złotego na euro uszczupliłaby zatem nasze oszczędności i spowodowałaby spadek realnej ilości pieniądza w gospodarce z bardzo niekorzystnymi skutkami: nie tylko dostaliby po kieszeni ciułacze, ale i ucierpiałaby cała gospodarka.

Co ważne, ten proces dochodzenia do kursu parytetowego nie powinien być za szybki, gdyż szczególnie dla tych, którzy żyją z eksportu, zbyt mocny złoty jest bardzo niekorzystny. Potrzebny jest czas, aby wszyscy mogli się dostosowywać, by eksporterzy mogli zwiększyć wydajność, to zaś wymaga czasu i korzystnych kredytów; nic nie da się zrobić bez pieniędzy. Propagatorzy szybkiej zamiany złotego na euro kompletnie nie rozumieją znaczenia tego czynnika czasu.

Powyżej poruszone kwestie dotyczą naszej gospodarki bezpośrednio. Istnieje wszak jeszcze jeden ważny aspekt, wynikający z narzucania nam niekorzystnej polityki pieniężnej. Przyjęcie euro oznaczałoby, że zostalibyśmy poddani ogólnoeuropejskiej polityce realizowanej przez Europejski Bank Centralny, która mogłaby być dla nas mało korzystna. Trzeba sobie brutalnie powiedzieć, że w ramach Unii Europejskiej jesteśmy krajem Trzeciego Świata. Przypomnijmy, że świat dzielił się na kraje pierwszego świata – wysoko rozwinięte kraje kapitalistyczne, drugiego świata, do których zaliczano kraje socjalistyczne, i kraje Trzeciego Świata, nazywane też rozwijającymi się. Te drugie zostały wyeliminowane, gdyż socjalizm upadł, ale teraz kraje postsocjalistyczne trudno byłoby zaliczyć do świata wysoko rozwiniętego, są w gruncie rzeczy krajami rozwijającymi się w ramach Unii. My sami mamy w wielkości dochodu narodowego na głowę mieszkańca zapóźnienie mniej więcej trzykrotne, a w zarobkach nawet większe, w niektórych profesjach i dziesięciokrotne. To oznacza, że musimy gonić kraje Unii Europejskiej, dynamizować rozwój gospodarki.

Jeśli zatem zdarzy się tak, że na przykład warunki panujące w największych krajach Unii będą skłaniały Europejski Bank Centralny do „ściągania cugli” – hamowania wzrostu przez zwiększanie stóp procentowych, to dla nas będzie to niekorzystne. Jednolita polityka UE może być dla krajów rozwijających się Unii bardzo niekorzystna, a własny pieniądz dający możliwości prowadzenia własnej polityki pieniężnej stanowiłby pewną barierę chroniącą przed jej negatywnymi skutkami.

W takich sprawach polityka musi być zatem bardzo ostrożna i kierować się dawno temu odkrytą zasadą, że pośpiech jest dobry tylko przy łapaniu pcheł, i nie powinno być w niej miejsca na niskie kompetencje i arogancką pewność siebie.

prof. Jerzy Żyżyński
drukuj