Czas na „Czarną Księgę Adama Michnika”
Z Ireną Lasotą, publicystką mieszkającą w USA, rozmawia Bogusław Rąpała
Od kilkunastu lat Adam Michnik pozywa do sądu dziennikarzy i komentatorów,
redaktorów i naukowców…
– W każdym normalnym kraju nazywałoby się to zastraszaniem ("intimidation"),
nakładaniem kagańca ("muzzling free speech") i wywołałoby zorganizowany protest
organizacji dziennikarskich oraz grup broniących praw człowieka. Zwłaszcza że
jest to pozywanie ludzi niezamożnych, zajmujących się pracą naukową, którzy na
dodatek mają trudności z zarabianiem na życie, ponieważ znaleźli się na "czarnej
liście", przez bogatego człowieka, za którym stoi duże przedsiębiorstwo
medialne. Uważam, że już dawno nadszedł czas, by powstał po angielsku tekst o
zagrożeniach dla wolności słowa w Polsce. Coś w rodzaju "Czarnej Księgi Adama
Michnika", w której krótko, ale dokładnie, opisane byłyby wszystkie przypadki,
kiedy Michnik podawał, skutecznie czy nie, dziennikarzy i autorów do sądu,
żądając przeprosin i odszkodowań. Tę "Czarną Księgę" należałoby wysłać do
różnych organizacji dziennikarskich i wolnościowych na świecie z prośbą o
zajęcie stanowiska. Gdyby coś takiego powstało, zgłaszam swoją gotowość do
pilotowania tego w co najmniej kilku znanych organizacjach.
Znała Pani Michnika z okresu opozycyjnej działalności w PRL…
– Poznałam go w czasach uniwersyteckich. Pisał o tym Jacek Kuroń w książce
"Wiara i wina": "Irena Lasota i jej grupa w 1967 r. zarzucali Adasiowi i jego
przyjaciołom elitaryzm, zamykanie się w swoim kręgu, w 'salonie’… – to właśnie
była grupa, która powstała w opozycji do Adama Michnika, Seweryna Blumsztajna,
Jana Lityńskiego i Janka Grossa". W następnych wydaniach fragment ten został
usunięty. To chyba dowód na to, że mam zasługę jako najstarszy
"antymichnikowiec" w Polsce. Po roku 1989 pisałam czasami coś na jego temat i na
temat "Gazety Wyborczej".
Jak odebrała Pani wiadomość o przyznaniu Michnikowi Orderu Orła Białego?
– Wydaje mi się, że wszystko, co można było powiedzieć w tej sprawie, zostało
powiedziane przed tą wiadomością i po niej. Wystąpienie z kapituły Andrzeja
Gwiazdy i Bogusława Nizieńskiego jest również wymownym głosem w toczącej się
dyskusji.
Pani postanowiła udać się na wewnętrzną emigrację?
– Obawiam się, że wszystkie głosy na ten temat, obojętnie jakie: zachwalające
czy negujące tę decyzję, nie wniosą nic nowego do dyskusji, a mogą sprawiać
wyłącznie przyjemność Adamowi Michnikowi. A już na pewno tak się dzieje, jeśli
krytyczne głosy pojawiają się w "Naszym Dzienniku". Myślę natomiast, że
zabolałoby go dużo bardziej, gdyby krytyczny wobec niego artykuł ukazał się w
jakiejś przychylnej mu do tej pory gazecie albo poza granicami naszego kraju,
np. w Stanach Zjednoczonych. Natomiast wszelkie próby oceny różnych zachowań
Adama Michnika podejmowane na rodzimym podwórku nie mają dla niego znaczenia lub
sprawiają mu przyjemność, dają jemu samemu i jego przyjaciołom poczucie, że
spełniają oni jakąś misję.
Za co został odznaczony Adam Michnik?
– No więc właśnie, tu można by zgadywać. A ja najchętniej spytałabym o to
prezydenta, samego Michnika, a potem ludzi, którzy wiedzą, jakie są procedury
przyznawania tych odznaczeń. Nie jestem osobą kompetentną, żeby odpowiedzieć na
to pytanie, mogę jedynie się domyślać. Problem w tym, że całe życie polityczne w
Polsce polega głównie na odgadywaniu złych motywów przeciwnika.
Niemniej jednak nominowanie Michnika do Orderu Orła Białego przez Bronisława
Komorowskiego wzbudziło wiele kontrowersji…
– Prawie każda seria odznaczeń, zaczynając od tych przyznawanych przez
prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, wzbudzała olbrzymie opory i protesty, co
jest niespotykane w innych krajach. Powiedzmy sobie szczerze, że nagrodzenie
kogoś Legią Honorową czy Orderem Imperium Brytyjskiego może raz na
dziesięciolecie wywołać dyskusję publiczną. W Stanach Zjednoczonych tego rodzaju
ordery zwykło się przyznawać osobom, co do których panuje co najmniej konsensus.
Przechodzi Pani całkiem obojętnie wobec faktu przyznania Orderu Orła Białego
Michnikowi?
– Moje myślenie jest teraz skoncentrowane na tym, co robię: czytam właśnie
archiwa IPN i nie mogę zrozumieć tego, jak ktoś mógł bronić ludzi, którzy za
pieniądze sprzedawali swoich przyjaciół. Mam na myśli Lesława Maleszkę,
współpracownika Adama Michnika. Nieważne jest, czy się go lubi, czy nie, ważne,
że broni kogoś, kto się sam przyznał, że za pieniądze i w złych celach donosił
na innych Służbie Bezpieczeństwa. A co się tyczy innych rzeczy, wymaga to
znacznie głębszego przeanalizowania całej biografii postaci, chociażby pod kątem
jej porównania z osobami, którym do tej pory przyznano Order Orła Białego.
Dziękuję za rozmowę.
