Co znaczy „zrzut zakończyłem”

"Zrzut zakończyłem" (ros. zakoncził wybrosku) to jedno z najbardziej
tajemniczych słów zapisanych przez rejestrator pokładowy Tu-154M podczas
ostatnich minut tragicznego lotu do Smoleńska. Podpisany jedynie słowem "bort"
(załoga, lot, dosł. pokład) nadawca komunikatu pozostaje niezidentyfikowany.
Rosyjscy specjaliści z MAK w żaden sposób nie wyjaśnili znaczenia tego
określenia w swoim raporcie.

Słowa zostały zapisane o godz. 8.28 czasu warszawskiego. Polski tupolew jest od
około pięciu minut nad terytorium Federacji Rosyjskiej, znajduje się już w
obszarze kontroli lotniska Siewiernyj występującego w łączności wojskowej pod
kryptonimem "Korsarz" na wysokości 1500 m i ma radiostację ustawioną na
częstotliwości 124 MHz. Ktoś z załogi jakiegoś samolotu zawiadamia, że zakończył
zrzut. Następnie padają słowa "zniżanie na wschód". Frazy te z pewnością nie
należą do prowadzonej w tym samym czasie rozmowy drugiego pilota, ppłk. Roberta
Grzywny z załogą polskiego Jaka-40, znajdującego się już na ziemi. Nie mają
również sensu w kontekście korespondencji z kierownikiem lotów w Smoleńsku.
Według ekspertów, z którymi rozmawialiśmy, rosyjskie określenie "wybroska"
dotyczy wyłącznie zrzutu ludzi (desant) lub towarów (tara). Nie ma mowy o
zrzucie paliwa, na co rosyjska terminologia lotnictwa wojskowego ma inne
wyrażenie "sbros topliwa" lub "sbros goriucziego". Nie wiemy oczywiście, co
konkretnie zostało zrzucone i z jakiego samolotu. W transkrypcji głosów
nagranych przez rejestrator jest wiele fragmentów korespondencji różnych statków
powietrznych, które najczęściej, zgodnie z prawidłami łączności radiowej, same
się przedstawiają, podając numery lotów. Eksperci MAK przygotowujący
transkrypcję umieścili te numery w kolumnie, w której wskazany jest autor
wypowiedzi. Słowa "zrzut zakończyłem, zniżanie na wschód" podpisano ogólnikowym
"bort", oznaczającym dosłownie "pokład", a w szerszym znaczeniu załogę samolotu
lub sam samolot. Ten sam "bort" mówi jeszcze po kilku sekundach "Pozwolili"
(ros. razrieszczili) i więcej już się nie odzywa.

Która maszyna?
Można wykluczyć, by coś podobnego powiedział ktoś z załogi polskiego samolotu.
Tu-154M nie nadaje się do zrzutów. Natomiast wykonuje się je z licznych, innych
samolotów rosyjskich. Maszyny przeznaczone do zrzutów mają specjalne rampy z
transporterami, z których wyrzuca się zasobniki z ładunkiem. Może to być broń,
amunicja, a nawet odpowiednio zabezpieczone pojazdy. Rampy lub drzwi desantowe
dla spadochroniarzy posiadają odpowiednie wersje samolotów dużych rosyjskich
samolotów transportowych, odrzutowego Iła-76, turbośmigłowego An-22 oraz
mniejszych transportowców An-12 i An-26. Zrzutów ładunków dokonywać można
również z bombowców, takich jak Tu-95 czy Tu-160, w którego lukach bombowych
zamiast bomb mogą znajdować się inne pojemniki z innym ładunkiem.
Samolotem, który przychodzi na myśl, jest Ił-76 pułku transportowego z
Taganrogu, który niecałą godzinę wcześniej próbował wylądować w Smoleńsku.
Jednak miał on odlecieć do Moskwy i jeżeli tak się rzeczywiście stało, to nie
wchodzi on w grę. Jak wynika z transkrypcji, żaden samolot cywilny nie prowadził
wówczas korespondencji na częstotliwości 124 MHz. Radiostacja, z której padły
słowa o zrzucie, musiała zatem wejść na to pasmo tylko na chwilę, być może przez
pomyłkę, a przez cały czas kontaktować się ze swoimi przełożonymi na zupełnie
innej częstotliwości, na przykład wojskowej.
Słów "zrzut zakończyłem" nie zarejestrowała radiostacja lotniska Siewiernyj, co
świadczy o tym, że pochodzą one z maszyny znajdującej się nieco dalej. W grę
wchodzą odległości nawet przekraczające 100 kilometrów. Jednak MAK, gdyby
chciał, może z łatwością ustalić, czy np. odbywały się jakieś ćwiczenia wojskowe
na okolicznych lotniskach lub poligonach, w których uczestniczyli
spadochroniarze, lub prowadzono inny desant powietrzny.
Odpowiednio przygotowany zrzut może odbywać się z miejsc znacznie oddalonych od
miejsca przeznaczenia. Znając wysokość, prędkość i kurs samolotu, a także
wiedząc, jak szybko i w którą stronę wieje wiatr, można tak zaplanować zrzut,
aby ładunek wylądował nawet kilkadziesiąt kilometrów dalej, a przy tym wyznaczyć
punkt docelowy dość precyzyjnie. Dotyczy to również desantu siły żywej. W tym
celu zaopatruje się żołnierzy wojsk powietrzno-desantowych w specjalne
spadochrony, kombinezony i maski tlenowe. Takie zrzuty wykonuje się w wojskach
na całym świecie w ramach ćwiczeń, ale także operacji specjalnych, o których
przebiegu i celach opinia publiczna nigdy się nie dowiaduje.

Błędy w stenogramie
Sens prawie wszystkich pozostałych wypowiedzi załóg innych samolotów, zapisanych
przez rejestrator głosu Tu-154M, wydaje się zrozumiały. Zgłaszają się one do
kontroli lotów, podają swoje numery, wysokości, a dyspozytorzy przekazują im
standardowe polecenia. Słowa, które padły na częstotliwości lotniska, nad którym
nie powinno być żadnego innego samolotu, zastanawiają.
Oprócz szeregu innych hipotez należy wziąć pod uwagę także możliwość zupełnie
błędnego odczytania tych słów przez MAK. Jak się dowiedzieliśmy ze źródeł
zbliżonych do polskiej komisji badającej przyczyny katastrofy, dotyczy to bardzo
wielu fraz. Komisja korzysta z pomocy ekspertów fonoskopii Centralnego
Laboratorium Kryminalistyki Komendy Głównej Policji. Z kolei na zlecenie
prokuratury pracuje Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie, którego specjaliści
również odczytali z zapisów więcej zdań niż Rosjanie, a wiele z nich
zinterpretowali zupełnie inaczej. Jak nas poinformował kpt. Marcin Maksjan z
Naczelnej Prokuratury Wojskowej, do zakończenia badań fonoskopijnych prokuratura
nie zajmuje się zapisami rejestratora dźwiękowego.
Przykładem odmiennego odczytania zapisu dźwiękowego są słowa dowódcy załogi mjr.
Arkadiusza Protasiuka do dyrektora protokołu dyplomatycznego MSZ Mariusza Kazany,
które według MAK brzmią "Jak się okaże, to co będziemy robili?", co Polacy
odczytali jako "Tak że proszę pomyśleć nad decyzją, co będziemy robili". W
pewnym momencie padają słowa niezidentyfikowanej osoby "Tutaj jest pięknie z tej
strony". W transkrypcji MAK w miejscu tego zdania znajduje się tylko "z boku" i
informacja, że reszta wypowiedzi jest niezrozumiała. Bywa też odwrotnie. Słów
"wkurzy się jeśli…", wpisanych przez MAK do swojego stenogramu nie ma w
polskiej dokumentacji. Również stwierdzenia przypisywanego przez Rosjan gen.
Andrzejowi Błasikowi "mechanizacja skrzydeł przeznaczona jest do…" nie wykryli
nasi specjaliści. Są jedynie słowa "mechanizacja skrzydeł" powtarzane przez
nawigatora i drugiego pilota w ramach odczytywania listy czynności przed
lądowaniem.
Zaskakuje brak zainteresowania tym tematem. Nie tylko MAK nie skomentował zdania
o zrzucie – a przecież padło ono na krótko przed katastrofą, również strona
polska nie domagała się wyjaśnienia tej kwestii. Wśród około dwustu pytań i
wniosków, jakie Polska skierowała do MAK po katastrofie do 7 października 2010
r., nie ma pytania o zagadkowy "zrzut".

 

Piotr Falkowski

drukuj