Chrześcijanie są prześladowani codziennie
Z Massimo Introvignem, włoskim socjologiem religii, delegatem OBWE ds.
walki z rasizmem, ksenofobią, dyskryminacją i nietolerancją względem chrześcijan
i wyznawców innych religii, rozmawia Agnieszka Żurek
Jak wygląda obecna sytuacja chrześcijan w Libii w kontekście toczącej się tam
rewolucji?
– Uczestniczyłem niedawno w zebraniu w Rzymie z przedstawicielami naszego rządu,
którzy rozmawiali o sytuacji chrześcijan w Libii z miejscowym biskupem, ks.
Giovannim Martinellim. Ksiądz biskup Martinelli zapewnił nas, że choć
chrześcijanie w Libii z całą pewnością cierpią – jest to w końcu kraj ogarnięty
rewolucją, na ulicach dochodzi do zabójstw, jest niebezpiecznie, to na szczęście
w chwili obecnej nie można mówić o aktach przemocy wymierzonych konkretnie w
mniejszość chrześcijańską. Nie wydaje się, żeby zamieszki miały za cel wywołanie
prześladowań wobec chrześcijan. Oczywiście trzeba pamiętać, że informacje, które
do nas docierają, są bardzo ograniczone. Nawet rządy krajów europejskich nie
mają precyzyjnych danych. Brakuje przede wszystkim wiadomości o tym, jak wygląda
rozmieszczenie oddziałów rebeliantów. Niektóre z tych miejsc są znane, bo
wymienia je sam rząd Kadafiego. Al-Dżazira wylicza nazwiska przywódców
poszczególnych oddziałów, ale nie możemy ocenić, które z nich faktycznie
odzwierciedlają rzeczywistość. Nie wiemy też, jaką wartość mają przekazywane nam
wiadomości. Myślę, że nikt tego nie wie. Różni eksperci na całym świecie próbują
nakreślić mapę geopolityczną opozycji libijskiej, ale chyba jeszcze nikomu się
to nie udało. Trudno zatem oczywiście przewidzieć, kto stanie na czele tej
opozycji. Niektóre z wymienianych nazwisk należą do wojskowych, niektóre do
cywilów. Otwarte pozostaje pytanie, czy nie będziemy mieć do czynienia z
sytuacją: "wszystko zmienia się po to, aby wszystko zostało takie samo" – jak
mówią słowa włoskiej powieści o mafii. Możliwe, że władzę przejmą
przedstawiciele fundamentalistycznego ramienia islamu. Mogą także zwyciężyć
technokraci, którzy zajmują się głównie tym, aby skorzystać na tym ekonomicznie.
Od tego, kto wygra tę wojnę z Kadafim, zależy także los chrześcijan w Libii.
Czy rewolucja w Libii ma przyczyny bardziej ekonomiczne, czy też religijne?
– Myślę, że rewolty w krajach północnej Afryki rodzą się pod wpływem czynników
ekonomicznych. Dyktatury w muzułmańskich krajach arabskich nigdy nie cieszyły
się oczywiście poparciem społecznym. Dopóki jednak gwarantowały obywatelom
możliwość godnego życia, nikt się raczej nie buntował. Kiedy natomiast kraje te
zostały dotknięte przez rezultaty światowego kryzysu ekonomicznego, reżimy
totalitarne – już od pewnego czasu nieposiadające legitymacji społecznej –
zaczęły dodatkowo być postrzegane jako te, które nie są w stanie poradzić sobie
z kryzysem ekonomicznym. W niektórych krajach arabskich doprowadziło to do
dramatycznych konsekwencji. Rewolucje w krajach arabskich mają charakter
spontaniczny. Określenie ich w ten sposób niewiele nam jednak mówi, ponieważ
zawsze tam, gdzie wybuchają spontaniczne rewolucje, nigdy nie są one
autonomiczne. Zawsze potrzebują przywódców.
Jakie scenariusze są zatem możliwe?
– We wszystkich krajach, w których wybuchły obecnie rewolucje, można postawić
cztery hipotezy co do dalszego rozwoju wypadków. Pierwszą możliwością jest
objęcie władzy przez dygnitarzy starych reżimów, którzy będą jedynie usiłować
zmienić swój wizerunek bądź zastąpić stare twarze przywódców – nowymi, bez
wprowadzenia jednak istotnych zmian. Drugą kategorię kandydatów do sprawowania
rządów stanowią technokraci, którzy mają być może kontakty z Bankiem Światowym
lub też z którąś z agend ONZ – jako przykład można tu podać Mohameda El Baradei
w Egipcie. Trzecią możliwością – najbardziej niebezpieczną – byłoby objęcie
władzy przez fundamentalistów islamskich, którzy – szczególnie w Egipcie – mają
potężne wpływy. Czwarta hipoteza zakłada wytworzenie nowej klasy rządzącej,
która miałaby poparcie społeczne. Oczywiście ta klasa polityczna musiałaby
odwoływać się także do religii – jest to konieczne do tego, by posiadać poparcie
społeczne – ale jednocześnie być klasą otwartą na dialog z innymi religiami i z
zachodnimi politykami. Podczas gdy najgorszym rozwiązaniem byłoby objęcie władzy
przez fundamentalistów islamskich, najlepszym rozwiązaniem byłoby wytworzenie
nowych elit – możliwe, że z udziałem większych grup młodych ludzi. Powinni być
to ludzie mocno zakorzenieni w islamie i jako tacy posiadać legitymację
społeczeństwa potrzebną do sprawowania rządów, ale jednocześnie być otwarci na
dialog z Zachodem.
Kraje ogarnięte rewolucją są w stanie wykształcić ten rodzaj elit?
– Niestety, najprawdopodobniej nie będzie to możliwe we wszystkich krajach
północnej Afryki. Nie wiemy na przykład, jak wygląda sytuacja w Libii, bo nie
mamy kontaktu z siłami opozycyjnymi rodzącymi się tam na miejscu. Można
przypuszczać, że z kolei w Egipcie władzę przejmie Bractwo Muzułmańskie. Aby do
tego nie doszło, musiałyby wyłonić się siły zdolne przejąć władzę, ale zarazem
nieprezentujące tak silnie swojego oblicza ekstremistycznego. Jeśli nawet we
wszystkich krajach ogarniętych rewolucją dojdzie do rozpisania wyborów, z
pewnością partie muzułmańskie nie zostaną wyłączone z walki politycznej. Dzisiaj
często partie stricte fundamentalistyczne usiłują zaprezentować swoje "pogodne
oblicze" i przekonać ludzi do tego, że jeśli nawet w przeszłości zdarzały się w
ich historii zachowania noszące charakter ekstremizmu, to dziś jest to już poza
nimi i nie zamierzają dłużej posługiwać się przemocą dla osiągnięcia swoich
celów. Mimo takich deklaracji działania tych partii są trudne do przewidzenia i
Zachód nie powinien spodziewać się po nich niczego dobrego.
W bardzo trudnej sytuacji są wciąż chrześcijanie w Egipcie, znów dochodzi tam
do masowych zabójstw Koptów.
– Pokazuje to, że optymistyczne opinie o tym, iż razem z obaleniem dyktatur
powiew wolności przyniesie większą swobodę także chrześcijanom, są
nieuprawnione. W rzeczywistości nietolerancja wobec chrześcijan, jaką
demonstrują niektóre środowiska muzułmanów, często nie ma nic wspólnego ani z
dyktaturą, ani z demokracją. Paradoksalnie w niektórych kontekstach system
demokratyczny może być dla chrześcijan bardziej niebezpieczny niż dyktatura.
Reżim sprawował kontrolę nad zachowaniami społecznymi, teraz natomiast sytuacja
jest chaotyczna. Z tego chaosu korzystają ekstremiści, którzy już wcześniej
przejawiali wrogość wobec chrześcijan. Fundamentaliści w mniejszym stopniu
obawiają się obecnie policji. Jest to dla chrześcijan w Egipcie bardzo
niebezpieczny moment. Oczywiście można przypuszczać, że w dłuższej perspektywie
– kilku czy nawet kilkunastoletniej – przemiana reżimów totalitarnych w systemy
demokratyczne stworzy bardziej przyjazny klimat także dla chrześcijan, ale
dzisiejsza ich sytuacja wygląda naprawdę groźnie.
Fundamentalizm islamski zbiera też krwawe żniwo w Pakistanie. Kilka dni temu
zginął minister Shabbaz Bhatti, przeciwnik ustawy o bluźnierstwie. Czym w
istocie jest ten akt prawny?
– W wielu częściach świata islamskiego istnieją prawa zabraniające przejścia na
inną religię pod groźbą bardzo ciężkich kar, łącznie z karą śmierci. Na
szczęście narodził się międzynarodowy ruch, który w wielu krajach – nie
wszystkich, nie dotyczy to na przykład Arabii Saudyjskiej – doprowadził do
zniesienia tego prawa. Pozostało jednak prawo dotyczące bluźnierstwa. Ojciec
Święty Benedykt XVI powiedział w sposób bardzo jasny i odważny, wymieniając
nawet wprost nazwę kraju – Pakistan, w swoim orędziu do korpusu dyplomatycznego
z 10 stycznia 2011 r., że tam, gdzie zostały zniesione prawa dotyczące
apostazji, prawa dotyczące bluźnierstwa przejęły ich rolę i są używane do
realizowania tych samych celów. Jeśli muzułmanin zmienia religię i nawraca się –
często na chrześcijaństwo, tak jak w przypadku Asii Bibi – wszystko, co dotyczy
jego nowej egzystencji jako chrześcijanina, jest interpretowane jako
bluźnierstwo. Ojciec Święty w bardzo wyraźny sposób poprosił władze Pakistanu o
uchylenie prawa o bluźnierstwie. Powiedział wprost, że jest ono używane do tego,
żeby prześladować nawróconych na chrześcijaństwo. Stanowisko Ojca Świętego w tej
sprawie mówi, że zniesienie praw dotyczących apostazji nie zmienia nic, jeśli
nie zniesie się także praw dotyczących bluźnierstwa.
Czy apel Ojca Świętego ma poparcie w samym Pakistanie?
– Istnieje w Pakistanie ruch osób dobrej woli – chrześcijan, ale także
muzułmanów wyraźnie popierających stanowisko Papieża. Z drugiej jednak strony
jest tam niestety silnie obecny także ruch fundamentalistów islamskich, którego
członkowie na samą wzmiankę o próbach zniesienia prawa o bluźnierstwie reagują w
bardzo agresywny sposób. Ostatnio mieliśmy tego dowód w postaci zabójstwa
ministra i różnych groźbach wyrażanych nie tylko pod adresem chrześcijan, ale
także wobec polityków muzułmańskich, którzy deklarują wolę działań na rzecz
zniesienia prawa o bluźnierstwie. Myślę, że międzynarodowa opinia publiczna,
która umie się zmobilizować – tak jak w przypadku Asii Bibi – nie powinna żądać
jedynie łaski dla niej samej, ale także zniesienia prawa o bluźnierstwie, które
jest niesprawiedliwe i bardzo niebezpieczne.
Zniesienie tego prawa jest możliwe?
– Nie jest to niemożliwe. Wspólnota międzynarodowa musi jednak odnaleźć wspólny
język. O to apeluje Papież. Zajęcie wspólnego stanowiska odnośnie do
prześladowanych chrześcijan – choćby w obrębie Unii Europejskiej – jest trudne,
nawet jeżeli chodzi jedynie o zaakceptowanie określonych dokumentów. Zdobycie
pod tymi dokumentami podpisów wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej
jest rzeczą bardzo trudną. Im więcej krajów, tym trudniej znaleźć porozumienie.
Potrzeba natomiast, by opinia publiczna wywierała presję na swoich rządzących,
aby oni z kolei zrozumieli, że prawo o bluźnierstwie w prosty sposób prowadzi do
prawnego usankcjonowania aktów dyskryminacji chrześcijan i jako takie powinno
być zabronione.
Można odnieść wrażenie, że opinia publiczna potępia to prawo w teorii,
natomiast w praktyce nic się nie zmienia.
– Tak, zgadzam się z panią. Tylko kilka krajów jest na tym polu bardziej
aktywnych. Cztery państwa europejskie – Włochy, Francja, Węgry i Polska –
podjęły inicjatywę zintensyfikowania działań w obronie prześladowanych
chrześcijan. Niektóre kraje wykazują większą wrażliwość niż inne. Obserwuję
niestety smutne zjawisko. Wydarzyła się tragedia, ktoś ginie, wszyscy się wtedy
mobilizują i składają deklaracje, a później mija kilka dni, inne wiadomości
zajmują uwagę dziennikarzy i prześladowanymi chrześcijanami nie zajmuje się już
nikt. Zbyt często wszystko kończy się na emocjach. Powinniśmy sobie natomiast
zdać sprawę z tego, że chrześcijanie nie są prześladowani od czasu do czasu. Są
prześladowani codziennie.
Politykom brakuje w tej dziedzinie świadomości czy woli podjęcia działań?
– Myślę, że niektóre kraje przejawiają większą niż inne wrażliwość – mam tu na
myśli wspomnianą już przeze mnie czwórkę – Włochy, Francję, Węgry i Polskę. Wola
polityczna jest siłą budowaną przez czynniki społeczne. Jej kształtowanie zależy
od nas wszystkich. Politycy są zależni od głosów swoich wyborców. W miarę zatem
wzrastania świadomości społecznej wyborców wzrasta presja, jaką wywierają na
polityków. Właśnie do nas należy praca nad zwiększaniem świadomości społecznej.
Możemy ją wykonać poprzez pisanie artykułów, tworzenie dokumentów telewizyjnych,
organizowanie kongresów czy udział w manifestacjach. Jest to bardzo potrzebna
praca. Woli politycznej nieraz brakuje, ale w miarę wzrastania świadomości
wyborców dotyczącej prześladowań chrześcijan politycy europejscy będą musieli
coraz bardziej liczyć się z ich opinią w tej sprawie.
Czy chrześcijanie w Pakistanie są zjednoczeni?
– Prześladowania jednoczą. W Pakistanie żyją zarówno katolicy, jak i
protestanci. Współpraca w warunkach prześladowań jest trudna, ale w tych krajach
istnieje to, co Jan Paweł II – jeszcze jako Karol Wojtyła – nazywał "ekumenizmem
krwi". Ekumenizm wypływa tutaj ze wspólnoty bycia prześladowanymi. Jest to
bardzo silna więź.
Jakie zadania stoją zatem przed nami?
– Powinniśmy nagłaśniać wśród opinii publicznej zjawiska prześladowania
chrześcijan i ich skalę. Z kolei opinia publiczna powinna wywierać w tej sprawie
presję na polityków. Rocznie w wyniku prześladowań umiera 170 tys. chrześcijan i
niestety dzieje się to nie tylko wtedy, kiedy piszą o tym gazety. Kiedy ten
temat znika z łamów, chrześcijanie umierają nadal. Poważna polityka rządów
Europy nie powinna być sterowana przez agencje prasowe, ale przez świadomość, że
prześladowania chrześcijan są zjawiskiem ciągłym.
Dziękuję za rozmowę.
