Branka smoleńskich rodzin na zeznania

Z Danutą i Zdzisławem Moniuszkami, rodzicami tragicznie zmarłej w
katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem stewardesy Justyny Moniuszko,
rozmawia Adam Białous

Udostępniono Państwu informacje
zebrane podczas śledztwa w sprawie katastrofy, w której zginęła Justyna?

Zdzisław
Moniuszko
: – Mieliśmy wgląd do materiałów sprawy, tak jak wszystkie
rodziny ofiar. Ale co z tego, skoro w tym, co widzieliśmy, nie ma nic
nowego, dosłownie nic, czego byśmy już nie wiedzieli. To tylko takie
formalności i przerzucanie papierów. Bo trzeba znaleźć, wśród dziesiątek
teczek, akta sprawy swojej bliskiej osoby, a to trwa. Dla nas jest to
tylko niepotrzebne rozdrapywanie ran. O tym, co było ważne, powiadomiono
nas dopiero po czasie. Na przykład o tym, że można było być przy
zamykaniu trumien. Dopiero niedawno powiedziano to rodzinom ofiar. A z
rozmów z innymi bliskimi ofiar wiemy, że każda rodzina chciała być
obecna przy zamykaniu trumien.

Uważają Państwo postulat
ekshumacji ciał ofiar tej tragedii, zgłaszany przez wielu ich bliskich,
za zasadny?

Danuta Moniuszko: – Rozumiem rodziny bliskich
ofiar tragedii, które żądają ekshumacji zwłok, ponieważ mają ku temu
poważne powody. Tak jak pani Gosiewska, która przekazała tym, którzy
składali ciało jej męża do trumny, ostatnie ubranie. Później otrzymała
to ubranie z powrotem. Ona nie wie nawet, w czym pochowali jej męża –
czy w godnym stroju. Przy zamykaniu pierwszych 30 trumien był m.in.
ksiądz, była modlitwa i wszystko odbyło się w należyty sposób. Ale co
było przy zamykaniu następnych trumien – tego rodziny nie wiedzą i nikt
im nie chce powiedzieć. My mieliśmy to szczęście, że naszą córkę ubrano w
strój, który przygotowałam. Przynajmniej tak napisano w protokołach
opisujących złożenie ciała do trumny, które czytaliśmy. Chcielibyśmy się
dowiedzieć prawdy, jak było. Chcemy coraz bardziej. Zaraz po
katastrofie nie byliśmy w stanie czytać dokumentów dotyczących sekcji
zwłok naszej córki. Teraz, gdy upłynęło trochę czasu, chcemy poznać ten
opis, ale czynione są nam w tym przeszkody.

Jaka jest Państwa
ocena działań prowadzonych przez stronę polską dla ustalenia przyczyn i
przebiegu katastrofy?

Z.M.: – Na pewno nie jesteśmy
zadowoleni z tego, co zrobił do tej pory rząd dla wyjaśnienia sprawy
tragedii, w której zginęła nasza córka. Mówienie, że wszystko zostało
zrobione jak należy, kiedy nic nie wiadomo i można snuć tylko męczące
domysły, jest dla nas sytuacją daleką od komfortowej. A te podziękowania
składane przez przedstawicieli polskiego rządu rosyjskim służbom, które
miały zabezpieczyć miejsce katastrofy, a wiadomo, że tego nie zrobiły,
te przeprosiny pana Pawła Grasia za mówienie prawdy o kradzieżach
dokonywanych na tym uświęconym dla nas męczeńską śmiercią naszych
bliskich miejscu – to wszystko nas po prostu bardzo boli i woła o pomstę
do nieba. Był u nas redaktor jednej z niemieckich gazet i mówił nam, że
w ich kraju media ciągle podtrzymują wersję dotyczącą domniemanych
przyczyn katastrofy, jaką zaraz po niej podała strona rosyjska. Czyli
m.in. że samolot podchodził cztery razy do lądowania, że piloci nie
słuchali ostrzeżeń wieży, że nie rozumieli po rosyjsku, że nie było
awarii samolotu, a wszystkiemu winni byli piloci itd. Czy do tej pory
nasze władze nie powinny tych kłamstw, które funkcjonują w
międzynarodowej opinii publicznej, zdementować, ostro zareagować?
Przecież jak nam to przedstawiał ten redaktor z Niemiec, to mi się z
przerażenia włosy jeżyły na głowie.
D.M.: – Powiadomiono nas
właśnie telefonicznie z warszawskiej prokuratury wojskowej, że strona
rosyjska chce ponownie przesłuchać członków rodzin ofiar smoleńskiej
tragedii – że dostali z Moskwy zestaw pytań, na które trzeba
odpowiedzieć. My nie wierzymy, iż rosyjskie władze chcą nam pomóc w
dojściu do prawdy, więc chcieliśmy odmówić udzielania odpowiedzi na te
dziwne pytania, z którymi już mieliśmy do czynienia, kiedy nas
przesłuchiwano zaraz po tragedii. Warszawska prokuratura powiadomiła nas
jednak, że strona rosyjska nie uzna naszej odmowy i że musimy
koniecznie udzielić odpowiedzi. Na razie zostawiono nas w spokoju, bo
mąż jest poważnie chory i musi być w Białymstoku, aby poddać się
zabiegom medycznym. Ale widzimy, że nie odpuszczą. Niepokoi nas ten
przymus, nie rozumiemy takiego podejścia.

Dziękuję za
rozmowę.

drukuj