Boimy się, co będzie dalej…
…tak mówią mieszkańcy Mościc Dolnych w województwie lubelskim,
których gospodarstwa zostały zalane przez Bug. Tragedii dopełnia fakt, że do
powodzi doszło podczas trzaskających mrozów. Skuta lodem wieś z przerażeniem
myśli o roztopach, które mogą zniszczyć cały dorobek życia
mieszkańców.
Mościce Dolne leżące na terenie gminy Sławatycze wchodzą w skład jednych z
najciekawszych i najpiękniejszych terenów chronionych nad Bugiem. Pierwotnie
wieś tworzyli w XVI w. osadnicy holenderscy, których sprowadzono do regulacji
rzeki. Dzisiaj znajduje się tutaj kilkadziesiąt gospodarstw. Ich stosunkowo
bliskie położenie względem rzeki doskwiera mieszkańcom w okresie wiosennym,
kiedy te tereny są regularnie podtapiane. Dotąd nie zdarzyło się jednak, by Bug
wylał w okresie zimowym. Jak w takich warunkach radzą sobie powodzianie?
Lód jest wszędzie
Ze Sławatycz droga do Mościc Dolnych wiedzie przez Liszną. Na pierwszy rzut
oka nie widać nic niepokojącego. Naszą uwagę zwracają dopiero liczne samochody
ustawione wzdłuż drogi. Gdy podjeżdżamy bliżej, okazuje się, że należą do
strażaków i żołnierzy. Pod zalegającym wokół śniegiem znajduje się gruba warstwa
lodu. Strażacy sprawdzają pod nim głębokość wody i rozbijają lód, by udrożnić
jej spływ pod mostkiem.
Wjeżdżamy do Mościc Dolnych. Ostrożnie pokonujemy
niewielki odcinek drogi i musimy się zatrzymać. Tu już jest krucha warstwa lodu,
a pod nią mniej więcej pół metra wody. Parkujemy więc na poboczu.
Z jednego z
domów wychodzą dwie dziewczyny, które zgadzają się oprowadzić nas po zalanych
terenach. – Na razie mróz nam sprzyja, możemy chodzić po lodzie. Wokół jest
bardzo dużo wody, na pewno po pas. Najgorszy był pierwszy dzień, gdy wody stale
przybywało; baliśmy się, że wedrze się do domu. Na szczęście tak się nie stało –
opowiadają Monika i Dorota.
Dotarcie do ich domu to nie lada przeprawa.
Trzeba ostrożnie stawiać kroki, iść gęsiego i nie zbliżać się do drzew, bo przy
nich lód jest najsłabszy. Dodając sobie otuchy, nasłuchujemy, czy lodowa tafla
nie pęka. W pierwszej chwili trudno pojąć ogrom tragedii, jaka dosięgła wioskę.
Uzmysłowi nam to widok kolejnych gospodarstw położonych bliżej rzeki, do których
może dojechać jedynie amfibia. Żołnierze, którzy w tym dniu jadą na drugi koniec
wsi zwanej Mościcami Karolinami, by ewakuować zwierzęta z zalanych gospodarstw,
nie chcą nas jednak ze sobą zabrać. Próbujemy więc sami tam dotrzeć samochodem,
lecz po pewnym czasie zaczynamy grzęznąć.
Pozostaje jeszcze jedna możliwość.
Pójść po lodzie, którego grubość miejscami sięga dwóch metrów. Trochę się
wahamy. Po krótkim namyśle decydujemy jednak, że skoro nie ma innej drogi, to
trzeba spróbować. Gdyby lód bardzo trzeszczał, zawrócimy…
Jak na wyspie
Trudno oprzeć się wrażeniu, że zalane gospodarstwa w Mościcach Dolnych
wyglądają niczym wyspy pośród lodu, zupełnie odcięte od świata.
W oborze u
pani Krystyny cicho, żadnych zwierząt, jedynie pies ujada koło domu. Wszystkie
sprzęty rolnicze, w tym ciągnik, zalane na wysokość około metra i ścięte lodem.
Pani Krystyna nie chce na początku z nami rozmawiać. Za bardzo przeżywa
tragedię, która spotkała jej rodzinę. – Jest nam bardzo ciężko. Gdy ładowali na
amfibię nasze zwierzęta, które stały po brzuch w wodzie, by wywieźć je do
pobliskiej Lisznej, płakałam. Boimy się, co będzie dalej – mówi, nie kryjąc
łez.
Woda podeszła prawie pod sam próg domu, zalała wszystkie budynki
gospodarcze, zagrażając życiu zwierząt. Później wszystko ściął lód, odcinając
gospodarstwo pani Krystyny od innych. – Woda szła wałem, na szczęście leżał
śnieg, więc nie miała takiego rozpędu i rozlewała się powoli. Było u nas wtedy
30 stopni mrozu. Woda więc od razu zamarzała. Coś takiego przeżywa się chyba raz
w życiu – dodaje pani Krystyna. Choć ma już 70 lat i jest schorowana, nie chce
się ewakuować, o co prosi ją i innych mieszkańców wójt Sławatycz. Pani Krystyna
nie wyobraża sobie bowiem opuszczenia domu i pozostawienia całego dobytku.
Wierzy, że wszystko dobrze się skończy. – Tylko wiara nas trzyma –
dodaje.
Podobnie myślą panie Marianna i Janina, właścicielki kolejnych
zalanych gospodarstw, do których udało nam się dotrzeć. U pani Marianny jedna z
obór stoi wyżej niż pozostałe budynki. W niej znalazły na razie schronienie
wszystkie zwierzęta. Do tej niżej stojącej, w której było kilkadziesiąt świń,
woda wdarła się w nocy z niedzieli na poniedziałek w ubiegłym tygodniu. Na
szczęście właściciele gospodarstwa w porę zorientowali się, co się dzieje. Syn
pani Marianny – Arkadiusz, zdołał uratować topiące się świnie. W tej chwili
obora skuta jest wewnątrz lodem na wysokość prawie dwóch metrów. Wokół budynków
zaś lód sięga półtora metra.
– Jak będzie ciężko, to będziemy musieli wywieźć
bydło. Ale jak zostawić domostwo? Chyba tylko wtedy, gdy już będziemy musieli
uciekać – dodaje pani Marianna. Za jej domem znajduje się stare koryto Bugu,
które całkowicie wypełniła woda. Co będzie, gdy przyjdą roztopy?
Na razie
jednak mieszkańcy wioski czekają na rozwój sytuacji. W nocy wychodzą sprawdzać
grubość lodu, czy nie zaczyna pękać, czy woda na Bugu się nie podnosi. Robią
zapasy podstawowych produktów, by wystarczyło ich na dłuższy czas.
– Mam już
prawie 80 lat, ale jakoś sama sobie radzę. Kupiłam sól, zapałki, chleb, cukier,
makaron. Mam kartofle, które wyciągnęłam przed zalaniem z piwnicy, drewno na
opał – wylicza samotnie mieszkająca pani Janina. Nie chce wyjeżdżać do córek
siostry, które proponują jej mieszkanie. – Trzeba wytrwać do końca, a nie
uciekać przed wodą. Człowiek musi sobie z biedą radzić, nie może się poddawać –
mówi z uśmiechem.
Co na to władze?
Wróciliśmy do Sławatycz, by spytać wójta gminy Dariusza Trybuchowicza, w jaki
sposób rozwiązany zostanie problem zatoru na Bugu, który spowodował powódź, i na
jaką pomoc mogą liczyć mieszkańcy Mościc Dolnych oraz kolejnych wiosek
zagrożonych powodzią, jak chociażby Hanna.
Wójt informuje nas, że według
wstępnych szacunków zalaniu uległo do tej pory ok. 1000 hektarów. Na szczęście
wody już nie przybywa. Dla zagrożonych gospodarstw jedynym rozwiązaniem jest
ewakuacja ludzi i zwierząt.
– Pewnie słyszał pan od mieszkańców, że tragedia,
która ich spotkała, to z winy wójta… – żartuje Trybuchowicz. – Raczej pana
chwalili, mówili, że się pan o nich troszczy – odpowiadam. Na pytanie, czy
sposobem na pozbycie się zatoru, nie byłoby wysadzenie w niektórych miejscach
lodu w powietrze, wójt powołuje się na ekspertyzy specjalistów ze sztabu
kryzysowego. Ich zdaniem, lodu nie można rozbijać, bo może to przynieść więcej
szkód. Poza tym Bug jest rzeką graniczną i nie można bez zgody strony
białoruskiej podejmować żadnej ingerencji.
Wtóruje mu Włodzimierz Stańczyk,
dyrektor wydziału bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego lubelskiego urzędu
wojewódzkiego, który dodaje, że lodu nie byłoby gdzie spławiać. – Bug jest na
całej długości od ujścia do Wisły aż pod Sławatycze zamrożony pełną pokrywą
lodową. A nawet gdyby była możliwość spławienia lodu, być może zatopilibyśmy
Kodeń, Terespol czy inne miejscowości położone w dole rzeki – podkreśla
Stańczyk.
W Sławatyczach aż do odwołania pozostanie amfibia, by w razie
potrzeby przy jej pomocy ewakuować ludność i zwierzęta. Na miejscu nad sytuacją
mają czuwać zastępy państwowej straży pożarnej, straży granicznej, wojska i
policji. Od ludzi, którzy nie zdecydowali się na opuszczenie domostw, zażądano
pisemnego potwierdzenia, że zostają w zalanych gospodarstwach z własnej
woli.
Mieszkańcy są przekonani, że dla władz to bardzo wygodna sytuacja.
Podejrzewają, że decyzja o nierozbijaniu lodu w celu usunięcia zatoru wiąże się
z ochroną bobrów, których w Bugu jest bardzo dużo. Gdy tworzył się zator i
głośno zaczęto mówić o wysadzeniu lodu, głos sprzeciwu podnieśli ekolodzy,
którzy nie pozwolili na interwencję zagrażającą tym zwierzętom.
Niedaleko od
Mościc na Bugu są cztery mosty – jeden w Sławatyczach (przejście graniczne) i
trzy w Terespolu: dla aut osobowych, tirów i kolejowy. Gdy za jakiś czas przy
dużej wodzie ruszy kra, mosty na pewno będą zagrożone.
Wyjeżdżamy ze
Sławatycz poruszeni dramatem Mościc Dolnych. Mamy wrażenie, że mieszkańcy
zalanych gospodarstw pozostali zdani sami na siebie, że ważniejsze od ich dobra
jest dobro bobrów. Brak zabezpieczenia na wypadek podobnych sytuacji kryzysowych
jest tutaj też poważnym zaniedbaniem. Po stronie polskiej nie ma bowiem wału
przeciwpowodziowego, choć – jak twierdzi wójt Sławatycz – miał być sypany. –
Wszyscy pytają: co na wiosnę? Nie wiem. Spodziewamy się najgorszego – mówi
Dariusz Trybuchowicz. Trudno więc dziwić się mieszkańcom Mościc Dolnych, że
czują się osamotnieni; budynki części z nich nie są ubezpieczone od powodzi. Nie
chcą myśleć, co będzie, gdy przyjdzie ocieplenie i woda wedrze się do ich domów.
Pozostaje jedynie nadzieja, że tak się nie stanie. Ale czy to wystarczy?
Piotr Czartoryski-Sziler
