Błędna liberalizacja Kościoła i Polski
Socjolog i filozof niemiecki Jürgen Habermas rozwija teorię "społeczeństwa
otwartego", tzn. pozostającego w pełnej komunikacji ze współczesnymi kierunkami
życia i myśli. Pojęcie to wielu katolików odniosło także do społeczności
kościelnej, żądając zarazem, by "nowoczesny" Kościół dostosował się odpowiednio
do współczesności, głównie do liberalizmu.
Liberałowie stawiają często zarzut, że Kościół katolicki zachowuje się jak
oblężona twierdza: boi się świata, ucieka od niego i broni się przed
nowoczesnością. To znaczy, że nie chce ustąpić, przynajmniej częściowo, z
"dawnych" prawd wiary, kodeksu etycznego, nauki, tradycji, dyscypliny prawnej i
sposobów działania. Taki Kościół nie przynosi swym członkom spodziewanych owoców
i staje się przeszkodą w budowaniu dziś świata globalnego, pluralistycznego i
ekumenicznego. Nie powinien zatem bronić dawnych swych pozycji, powinien poddać
się pełnej krytyce i samokrytyce, wyłożyć swoje błędy i grzechy i stać się
bliski ludziom jak najbardziej grzesznym.
Jednak są to postulaty wrogie i perfidne, wynikają one albo z nieznajomości
istoty Kościoła Bożego, albo właśnie z chęci zniszczenia go. Owszem, Kościół
winien korzystać w swej ludzkiej szacie ze wszystkich prawdziwych osiągnięć
świata, które pozwalają lepiej interpretować objawienie Boże, ale nie może
wyrzec się swej nadprzyrodzonej tożsamości i porzucić objawienia na rzecz
przemijających, omylnych mniemań ludzkich i "fałszywych baśni" (1 Tm 1, 4).
Przytoczę tu jedno z doświadczeń. Otóż wiele rzekomo obiecująca, marksizująca
"teologia wyzwolenia" w Ameryce Łacińskiej nie przyniosła oczekiwanego ożywienia
Kościoła, lecz parafie, w których była głoszona i realizowana, szybko prawie
całkowicie zamarły (bp Wilson Moncayo Jalil, Santo Domingo, ks. Dariusz
Jaworski). Także blisko nas opierający się na liberalizmie "Reformkatholiken"
(Katolicy reformistyczni) w Niemczech i "Wir sind die Kirche" (To my jesteśmy
Kościołem), świeccy w Austrii, prowadzą Kościół do ruiny.
Dialog, ale bez naiwności
W UE i w Polsce mówi się głośno, że Kościół ma pełną wolność, nic mu z zewnątrz
nie grozi i może się swobodnie rozwijać. Jednak jest to albo oszustwo, albo
głupota. Przyszedł czas, że ks. kard. Stanisław Dziwisz, człowiek pokoju,
dialogu i zgody, musiał publicznie powiedzieć: "Dlaczego pojawiła się wrogość
wobec Kościoła? Dlaczego chce się pozbawić go głosu? Dlaczego chce mu się
odmówić prawa obecności w życiu narodu?" (10.10.2010 r.).
Rzeczywiście, różne wrogie siły zewnętrzne i wewnętrzne przystąpiły, zwłaszcza
po 10 kwietnia br., do systematycznego niszczenia wolności Kościoła, a także
Polski, ugrupowań i instytucji narodowych, jak PiS i NSZZ "Solidarność", a także
ośrodka toruńskiego. W tym samym czasie wielu urzędników UE żali się, że w
Parlamencie Europejskim dochodzą zbytnio do głosu ludzie wierzący, przede
wszystkim z Polski. Uważają zatem, że należy przyspieszyć sekularyzację, a w
końcu ateizację publiczną Polski i w tym duchu oddziałują na różne ugrupowania,
ośrodki i osoby wrogie lub przynajmniej niechętne Kościołowi.
Głoszono dotąd, że w UE masoneria nie ma większych praw niż Kościoły. Ale oto
faktycznie masoneria została, w przeciwieństwie do Kościołów, dopuszczona
oficjalnie do rządów unijnych. Ostatnio, 15 października, najwyżsi dygnitarze UE:
przewodniczący KE José Manuel Barroso, "prezydent" UE Herman van Rompuy i
przewodniczący PE Jerzy Buzek, spotkali się oficjalnie z przedstawicielami
międzynarodowej masonerii, żeby wolnomularstwu nadać pełny status prawny w UE i
pozwolić rozwijać akcje "humanitarne", przy czym przyjęli milcząco antyreligijną
postawę masonerii. Jest to już poważna sprawa, takich i podobnych jest coraz
więcej.
W duchu liberalizmu czynione są ciągle próby pluralizacji Kościoła katolickiego,
żeby go podzielić na różne części w jego substancji i doktrynie, jak to zrobił
protestantyzm, który w ciągu wieków podzielił się na prawie trzysta odłamów. W
Kościele powinna być wielka różnorodność i bogactwo życia, ale wewnątrz musi on
pozostać jeden i ten sam, spójny i niepodzielny, taki, jaki wyłonił się z Jezusa
Chrystusa i Jego dzieła odkupienia. Liberalistyczna i postmodernistyczna idea
pluralizmu nie we wszystkim może być stosowana. Okazuje się ona błędna np. w
wielokulturowości państwowej. Francuzi, Niemcy, Holendrzy, Brytyjczycy, Włosi
biją już na alarm z tego powodu, że coraz liczniejsi imigranci – we Francji jest
ich już 8 milionów, głównie muzułmanów – nie chcą się akulturować, są obcym,
dokuczliwym ciałem w państwie, stanowią siedliska przestępców. Młode pokolenie
imigrantów jest często rozwydrzone, zbuntowane, uprawia chuligaństwo, zażywa
narkotyki, dopuszcza się aktów wandalizmu (palenie samochodów, sklepów, szkół),
nie mówiąc już o ustawicznych kradzieżach. Wieczorami ludzie boją się wychodzić
na ulice. Lepiej te sprawy rozwiązywali starożytni Egipcjanie i Rzymianie,
którzy tzw. barbarzyńców osadzali na wyznaczonych ziemiach, a mężczyzn chętnie
przyjmowali do armii. Kościół katolicki od samego początku uznał za naczelne
zadanie Chrystusowe zachować wewnętrzną jedność i dlatego utrzymał swoją
tożsamość do dziś, a wszystkie inne instytucje z czasem upadły.
Dlatego ludzie przyjmujący pełny liberalizm nie są integralnymi katolikami.
Często ich postawa kompromisu wobec błędu i zła jest zdradą. Niedorzeczna jest
np. opinia pewnego watykanisty (Giacomo Galeazzi), że opóźnianie beatyfikacji
Jana Pawła II jest spowodowane m.in. tym, jakoby "miał obsesję walki z
komunizmem i ateizmem wszelkimi środkami", co miało się przejawiać szczególnie w
popieraniu przezeń takich "fundamentalistycznych" ruchów, jak Opus Dei,
Comunione e Liberazione i Legionari di Cristo (Legioniści Chrystusa). Cóż to
byłby za Papież, czy w ogóle katolik, gdyby popierał komunizm sowiecki i ateizm?
Istotnie, wzorem "otwartości" religijnej dla liberałów, zwłaszcza feministek,
jest np. Szwedka Ewa Brunne, biskup Kościoła ewangelicko-luterańskiego w
Sztokholmie: kobieta, a biskup, ma dziecko – bez głupiego męża – może z in
vitro, nie ma studiów teologicznych i Pismo Święte Nowego Testamentu uważa za
zbiór bajek, z wyjątkiem kilku zdań o Chrystusie ("Duży Format", 25.02.2010 r.).
I zabiera się do reformowania i "odradzania" swego Kościoła. Nie chce być
"oblężoną twierdzą".
Nie jest możliwy jakikolwiek dialog katolików z ludźmi głęboko niemoralnymi, z
nurtem, który nazywają u nas eufemicznie "liberalizmem obyczajowym". Składają
się na niego: powszechne zakłamanie, panseksualizm, demoralizacja dzieci i
młodzieży, przestępczość, brutalność, złodziejstwo, pogoń za pieniądzem,
korupcja, niszczenie rodziny, odrzucanie wszystkich wyższych wartości itd., itd.
Nie sposób wszystkiego wyliczyć. Z przerażeniem odkryliśmy to u naszych band
atakujących czcicieli krzyża przed Pałacem Prezydenckim. Było to coś potwornego,
na dodatek okazuje się, że czynili wszelkie plugastwo za wiedzą i zezwoleniem
pobożnej prezydent Warszawy, a służby porządkowe otrzymały zalecenie, żeby nie
karać nikogo ze zdziczałych napastników. Wtórowały im – i ciągle wtórują – chóry
eseldowców, ateistów i liberałów. I podobno po tym wszystkim władze nasze
spokojnie przystępują do Komunii Świętej. Nie sposób tego pojąć.
Zresztą nieraz całe kręgi społeczne poganieją i dziczeją, co widać dobrze w
internecie, ale nie tylko. Oto np. po otrzymaniu przez Katolicki Uniwersytet
Lubelski wysokiej oceny naukowej od ministerstwa, wyższej niż uzyskana przez
inne uniwersytety lubelskie, rozległy się głosy bardzo podobne do głosu owych
napastników na czcicieli krzyża: że uczelnia katolicka nie powinna mieć ani
praw, ani subsydiów państwowych, że katolicy są obywatelami niższej klasy, że
nauki na KUL, nawet te ścisłe, to mity i bzdury, że cały uniwersytet powinien
zostać wysłany na Marsa itp. Oto nasza "nowa" kultura. Pytanie, czy taka kultura
była już dawniej, a teraz się obnażyła, czy też powstała w 20-leciu.
"Liberalizm obyczajowy", "postępowy" szerzy się niemal wszędzie. Na przykład
niemal wszystkie dziedziny sportu zniszczone są przez korupcję. Oto podobno
Polacy i Ukraińcy dali władzom UEFA, jak podają gazety zachodnie, 11 mln euro za
przyznanie nam Euro 2012, choć finansowo nasze państwo nic na mistrzostwach nie
zarobi, raczej straci. Do czego to prowadzi liberalizm ateistyczny. Z kolei
mistrzostwa świata w siatkówce zostały tak zmanipulowane, że niektóre zespoły
tylko udawały, że grają, by trafić potem na łatwiejszego przeciwnika. A zamiast
braw były gwizdy i buczenie. Dziś już nikt nie kieruje się obiektywizmem. W
liberalizmie nie ma kryteriów obiektywnych, podobnie człowiek zdumiewa się, że
Komitet Noblowski nagrodził trzech ekonomistów, którzy – jak mówią media –
odkryli m.in., że wyższe zasiłki dla bezrobotnych powodują wyższe bezrobocie.
Przecież wie o tym każdy myślący robotnik.
Liberalizm wzmaga zarzuty, także u nas, że katolicy są nietolerancyjni i
nieekumeniczni, w przeciwieństwie do innych wyznań chrześcijańskich. Ale
przypomnijmy sobie, że oto tolerancyjni anglikanie brytyjscy urządzili 30
stycznia 1972 r. w Londonderry "krwawą niedzielę", zabijając 14 katolików,
uczestników marszu pokoju, tylko za to, że byli katolikami, bo nigdy nie
strzelano do pochodów protestanckich, choć często prowokacyjnych. W czasie
trwającego 12 lat procesu żołnierze mówili, że katolicy zagrażali ich życiu.
Dopiero premier David Cameron 15 czerwca 2010 r. przeprosił katolików za
zbrodnię. Ale to i tak coś, u nas nikt nie przeprasza za napaści na czcicieli
krzyża.
Różne inne podstępy
Mówiono nam, że gdy wejdziemy do liberalnej Unii, to nie tylko skorzystamy
gospodarczo, ale i umocnimy naszą tożsamość i suwerenność. Tymczasem nowa
sytuacja gospodarcza doprowadziła do zniszczenia u nas całych dziedzin
gospodarczych i gałęzi przemysłu. Oto okazuje się, że UE traktuje ziemie polskie
nie jako polskie, lecz jako unijne, brukselskie. Między innymi Komisja
Europejska zaskarżyła Polskę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w
Luksemburgu, twierdząc, że polskie prawo geologiczne i górnicze jest niezgodne z
unijnym. Jeżeli ETS przyzna rację Komisji, wtedy może się okazać, że licencje na
poszukiwania u nas złóż gazu łupkowego są wydawane nielegalnie ("Gazeta Polska",
20.10.2010 r.). Teraz przypomina się nam, że José Manuel Barroso już od początku
nakłaniał nasz rząd, żeby nie szukać tego gazu, bo będzie to ze szkodą dla
Rosji. Widać, jak tragiczna jest nasza polityka międzynarodowa, mimo że Lech
Kaczyński nie przyjął dla Polski Karty Praw Podstawowych, ale faktycznie została
już ona u nas podstępnie wprowadzona.
Typową nielogiczność i pokrętność postmarksistowsko-liberalną reprezentuje u nas
SLD. Triumfalny przewodniczący tej partii chwali się na całą Polskę, że tylko
oni nie przejawiają żadnej agresji, tymczasem ciągle, i to coraz gwałtowniej,
atakują katolików stanowiących ok. 95 proc. Narodu i chcą z powrotem odebrać
Kościołowi mienie zrabowane kiedyś przez ich antenatów, teraz odzyskane w dużej
mierze, lecz przez SLD uznane za ukradzione państwu, czyli są oni za całkowitym
zniszczeniem lub obezwładnieniem instytucji Kościoła w Polsce. Podobnie
popieranie zabijania dzieci poczętych, zarówno w aborcji, jak i w metodzie in
vitro, uważają za swój pacyfizm, łagodność i miłość do człowieka. Co się tym
ludziom porobiło w głowach i w sumieniach!
SLD dziedziczy wyraźnie postawę komunistów. Pamiętam, jak w roku 1952 UB zajął
Ojcom Bernardynom w Radecznicy całą posiadłość wraz ze szkołą, do której
uczęszczałem w roku 1944 jako tajnego gimnazjum. Była to kara za popieranie w
czasie wojny AK, a potem WiN. Zbiegającym się chłopom UB powiedział, że
zakonnicy zbudowali tę posiadłość z ich krwawicy, że okradli okoliczne wsie i że
ostatnio poparli bandytów. "Odtąd – dodał – posiadłość i klasztor będą
pożyteczne, bo będą służyły jako szpital dla psychicznie chorych". I tak zostało
do dziś. Oto cała perfidia, odnawiana i dziś. Można też wspomnieć, że SLD
zaskarżył ustawę o święcie Trzech Króli do Trybunału Konstytucyjnego, a zrobił
to z czystej, "nieagresywnej" złośliwości pod adresem katolików, a wbrew swemu
programowi, gdyż święto jest korzystne dla robotników.
Pan prezydent jeszcze raz umocnił swoje liberalne poglądy na stosunki państwo –
Kościół, mianując wielu członków nieboszczki Unii Wolności na wysokie stanowiska
i urzędy państwowe. A pamiętamy, że UW opowiadała się właśnie za liberalizacją
Kościoła, za przejęciem większości władzy w Kościele przez świeckich, za dużym
kompromisem w dziedzinie wiary i moralności, a wreszcie przeciwstawiała się
ideom narodowym Prymasa Stefana Wyszyńskiego (por. A. Nowak, "Nasz Dziennik",
23-24.10.2010 r.). Teraz rozumiemy, że usunięcie przez prezydenta krzyża
upamiętniającego katastrofę smoleńską sprzed Pałacu Prezydenckiego nie było
przypadkowe i nie wywodziło się jedynie z nienawiści do idei Lecha Kaczyńskiego.
W tym kontekście obawiam się, że już i nowy zarząd NSZZ "Solidarność" nie będzie
się troszczył o Polskę i o Kościół, a jedynie o płace dla robotników.
W kraju wybuchła nagle wielka agitacja za metodą in vitro, zapewne po to, żeby
podburzyć ludzi przeciwko Kościołowi i osłabić jego wpływ na wybory samorządowe
i – w przyszłym roku – parlamentarne. W parlamencie złożono sześć projektów
ustawy, z których do dalszego procedowania wybrano pięć. Prezydent i premier już
się opowiedzieli za projektem bardzo liberalnym, choć uważają się za katolików.
Rozumni bioetycy przestrzegają, że zapłodnieniu in vitro towarzyszy zabijanie
licznych innych embrionów. Ludzie nieodpowiedzialni atakują władze kościelne, że
zabierają publicznie głos w sprawach rzekomo czysto politycznych, które do nich
nie należą. Zwolennicy in vitro uważają się za bogów i drwią sobie z Boga
prawdziwego. Nie rozumieją, że embrionów nie można zabijać, i uważają, że te
zakazy wywodzą się z religii, a nie z nauki i rozumu. Ulegają ateizmowi. No i
ciągle ten niski stan intelektualny. Na przykład ktoś dowodzi, że jest niż
demograficzny, a co piąte małżeństwo jest bezpłodne, więc trzeba podnieść
populację, żeby następni mogli otrzymać emeryturę, ale jednocześnie ten ktoś
jest za masową aborcją. Jak podają media, być może połowa społeczeństwa
katolickiego nie widzi problemu w zabijaniu poczętych dzieci, byle
"wyprodukować" sobie dziecko.
Niektórzy powiadają: niech księża nas nie pouczają, bo my mamy swoje sumienie. I
znowu nie rozumieją, że sumienie jest ściśle związane z normami moralnymi,
opiera się na rozumie i musi być kształtowane. Najwięksi zbrodniarze też mieli i
mają sumienie, ale błędne, i co z tego wynika. Jeszcze inni powiadają, że
zezwolenie na in vitro należy wydać, a katolicy po prostu nie muszą z tego
korzystać. Ci ludzie nie mają zmysłu społecznego, nie rozumieją, że złe prawo
pomaga złu i wytwarza złą mentalność społeczną. Warto przypomnieć, że żydowscy
trockiści tak podburzyli młodzież całej Francji w roku 1968, że chcieli
zniszczyć kulturę chrześcijańską, aż prezydent Charles de Gaulle musiał sobie
zapewnić pomoc armii gen. Jacques’a Massu. Podobnie i dziś społeczeństwo
francuskie daje się tak ogłupić, że gotowe jest popełnić samobójstwo państwowe,
byle nie przedłużyć wieku emerytalnego o dwa lata, i w tych protestach biorą
udział nawet dzieci. Jeszcze inni powiadają, że twórca metody in vitro prof.
Robert Edwards przecież otrzymał Nagrodę Nobla, tak jakby nagroda oznaczała
etyczną poprawność. Przypomnę, że i Adolf Hitler po ugodzie monachijskiej w roku
1938, a więc tuż przed wszczęciem przezeń wojny światowej, miał otrzymać
Pokojową Nagrodę Nobla. I co? Nagroda Nobla miałaby oznaczać, że Hitler jest
moralny?
Mentalność społeczna narodu i państwa kształtuje się bardzo długo i jest
niezwykle trudna do udoskonalenia, nawet dla chrześcijan. Oto przykład. Na
początku roku 2010 zrodziła się wspaniała idea, zapewne z sugestii Władimira
Putina, żeby dokonać pojednania Cerkwi rosyjskiej z Kościołem polskim, na wzór
naszego pojednania z Niemcami. Na czele polskiej komisji wstępnej stanął
znakomity dyplomata Prymas Henryk Muszyński, a na czele komisji rosyjskiej
biskup ds. zagranicznych Cerkwi Hilarion. Jednak, niestety, z miejsca powstały
poważne trudności mentalnościowe. Oto wstępna wersja deklaracji ze strony
rosyjskiej proponuje m.in.: po pierwsze – żeby strona polska potępiła rok 1920,
chyba łącznie z przeproszeniem za pobicie Armii Czerwonej, za rzekome
wymordowanie jeńców sowieckich i za odzyskanie ziem za Bugiem; po drugie – żąda
się potępienia i likwidacji unii brzeskiej z roku 1596, odebrania unitom świątyń
i majątków i przekazania ich Cerkwi prawosławnej. Była też przy tym jakaś
przestroga dla prawosławnych, że poważna dyskusja o papiestwie będzie
świętokradztwem. W rezultacie czekamy chyba tylko na wielką ingerencję Ducha
Świętego.
Jeszcze dwa wielkie problemy. Pierwszy to zaciekła agresja społeczna, polityczna
i kulturowa, wypływająca głównie z natury postmarksizmu i liberalizmu. Prym w
tej agresji wiodą SLD, PO i inne ośrodki ateistyczno-liberalne. Walkę na śmierć
i życie z solidarnościowym PiS rozpoczęła w roku 2005 Platforma Obywatelska.
Zdawało się, że ta agresja skończy się po objęciu przez PO pełnej władzy, ale
tak się nie dzieje, przeciwnie: agresja się zaostrza tak, jakby była z jakiegoś
wielkiego mandatu światowego. Do zenitu doszła po śmiertelnym zamachu na
siedzibę łódzkiego Okręgu PiS z wyraźną intencją zabicia Jarosława Kaczyńskiego
i "zamordowania" PiS. Zrodziła się pilna konieczność uspokojenia napięcia,
jednak PO robi tylko gesty pozorowane tak, jakby nie było w niej mężów stanu.
Ale tacy mężowie muszą się znaleźć. Przy tym ogół społeczeństwa zdaje się
sądzić, że w tej walce PO z PiS chodzi tylko o sprawy personalne, i nie
dostrzega, niestety, że chodzi o coś znacznie więcej, a mianowicie o profil i o
przyszłość Polski (Wojciech Kołątaj). Sytuacja wydaje się bez wyjścia: czekamy
na charyzmatycznych przywódców.
Drugi ogromny problem to katastrofa smoleńska i proces jej badania. Sprawy
toczyły się z pewnymi nadziejami. Ale oto od kiedy Rosjanie odmówili nam dostępu
do podstawowych źródeł poznawczych, powstało nieodparte wrażenie, że coś ważnego
świadomie ukrywają, a tylko zwodniczo zrzucają całą winę na pilotów, mgłę, brak
znajomości rosyjskiego oraz na bezpośrednią lub pośrednią ingerencję prezydenta
Kaczyńskiego, co zresztą powiedzieli już godzinę po katastrofie. W tej sytuacji
musi wystąpić wreszcie nasz rząd. I, na Boga, uczyńcie to, bo powstanie ogólna
opinia, że katastrofę spowodowali Rosjanie, choćby nie było to zupełnie tak, i
nasze stosunki z Rosją znowu bardzo się oziębią na dziesiątki lub setki lat, a
obecny nasz rząd będzie w wiecznej niesławie. Żadne obce państwo nie zechce nam
pomóc w badaniach, bo nie zamierzają zadzierać z wielką Rosją. Polityka światowa
jeszcze nie zna słowa "moralność". A Rzeczpospolita Polska, która często
kierowała się moralnością, przegrywała.
****************************
Gdy obserwuje się całość kultury zachodniej, to się dostrzega, że chyli się ona
ku upadkowi, choć może jeszcze obumierać przez paręset lat. Głównym powodem jest
odrzucenie Boga i etyki. Wprawdzie wielka cywilizacja zachodnia podtrzymuje
jeszcze życie kultury duchowej, ale powstaje taki rozziew między jedną a drugą,
że upadek kultury pociągnie za sobą upadek cywilizacji, także technicznej.
Przychodzi zatem zaduma, czy wielcy Sumerowie, Babilończycy, Egipcjanie,
Hebrajczycy i Grecy nie mieli pewnej racji, gdy uczyli, że wielkie kultury i
społeczeństwa z wiekami się degenerują intelektualnie i moralnie, aż przyjdzie
na nie w końcu ogromna katastrofa w postaci kary Bożej: potop, "Oko śmierci",
ogień, kataklizm globu. Platon przekazał podanie, że na 8 tysięcy lat przed
Solonem (VI w. przed Chrystusem) na wyspie Atlantyda istniała bardzo wysoka
cywilizacja, ale z niską kulturą duchową. Jednak po długim czasie ludzie tak się
zdegenerowali, że doszło do kataklizmu wyspy i ocean pochłonął ją na zawsze.
W każdym razie żadna kultura, żadne państwo nie potrwa długo bez mocnej religii
i bez religijnej moralności, bez której "narody popadają w szał" (Jr 51, 7).
Dlaczego tak wielu ludzi nie kocha Boga, Kościoła, Ojczyzny i wszystkich
bliźnich? Trzeba się gorąco modlić za całe społeczeństwo polskie. Trzeba i
politykom wyrywać się z karuzeli spraw małych, przemijających i zwodniczych.
Inaczej przyszłe pokolenia zapomną i o nas jako małych ludziach, a wielkich
egoistach.
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
