Blaski i cienie kryzysu ekonomicznego
Kryzys na rynkach finansowych wywołuje różnorakie skutki gospodarcze, społeczne i polityczne. Ma również istotny wpływ na Polskę oraz naszą pozycję w relacjach międzynarodowych. Ostatni szczyt Unii Europejskiej ujawnił to z całą wyrazistością. Państwa starej Unii doświadczają już negatywnych skutków kryzysu, co stwarza przed Polską szansę na wykorzystanie sytuacji i zabezpieczenie naszych żywotnych interesów.
Po szczycie zarówno prezydent, jak i premier zgodnie oświadczyli, że nasz kraj odniósł sukces, gdyż uzyskaliśmy prawo weta w stosunku do pakietu klimatyczno-energetycznego i odłożenie ostatecznej decyzji do grudnia. Gdyby nie było globalnego kryzysu, to już bylibyśmy przegłosowani kwalifikowaną większością i przed Polakami jawiłaby się perspektywa nawet drastycznej podwyżki cen energii elektrycznej w najbliższych latach i dramatycznego osłabienia gospodarki polskiej.
Polsce udało się zbudować koalicję krajów Europy Środkowowschodniej: Węgier, Słowacji, Bułgarii, Rumunii, Litwy, Estonii, Łotwy, a także Włoch. W dokumencie końcowym szczytu lakonicznie napisano: „Celem jest znalezienie odpowiednich rozwiązań dla wszystkich sektorów europejskiej gospodarki i dla wszystkich krajów członkowskich, mając na względzie sytuację każdego z nich”. Na razie – do kolejnego grudniowego szczytu UE – topór wiszący nad Polską został powstrzymany.
Jest jednak jeszcze kilka innych ważnych kwestii, w tym poważne zagrożenie związane z traktatem europejskim, niezałatwione sprawy polskich stoczni czy kwestia udziału energii odnawialnych w ogólnym bilansie energetycznym. Od dobrej woli i umiejętności polskich polityków będzie zależało, czy Polska wykorzysta koniunkturę i rozwiąże te problemy zgodnie z naszym narodowym interesem, czy też nie. Pozostaje również problem wdrożenia działań antykryzysowych w Polsce, bo już dają się odczuć w naszym kraju negatywne skutki kryzysu.
Pakiet klimatyczno-energetyczny
Istotą pakietu klimatyczno-energetycznego jest ograniczenie przynajmniej o 20 proc. emisji CO2 do atmosfery do 2020 roku przez kraje członkowskie UE. Dla Polski oznacza to w praktyce dekarbonizację i zawalenie się naszej energetyki w 94 proc. opartej na węglu, którego – jak wiadomo – mamy ogromne złoża. Wdrożenie pakietu oznaczałoby przynajmniej 100-procentową podwyżkę cen prądu. Bruksela bowiem proponuje, by kraje, które przekraczałyby narzucone licencje emisyjne, nabywały „dodatkowe” kwoty na specjalnych giełdach już od 2013 roku. Musielibyśmy kupować głównie od Francji, która masowo wykorzystuje energetykę atomową, ma „luzy” emisyjne i dlatego najbardziej lansuje pakiet. Szacunkowa cena 1 tony emisyjnej wynosiłaby przynajmniej 100 euro. Przyjęcie pakietu skutkowałoby także osłabieniem bezpieczeństwa energetycznego Polski, bo zmusiłoby nas do zwiększenia importu gazu z Rosji. Oczywiste jest przecież, że Moskwa eksportu surowców energetycznych używa do celów politycznych.
Co ciekawe, pakiet ma uzasadnienie bardziej ideologiczne niż naukowe, bo oparty jest na nieudowodnionej naukowo hipotezie, że za ocieplenie klimatu odpowiada zwiększenie emisji gazów cieplarnianych. Zdecydowana większość krajów świata, w tym najwięksi emitenci gazów cieplarnianych: USA, Rosja, Chiny, Indie, a także ponad 100 innych krajów, na razie nie ma zamiaru radykalnie ograniczać emisji i osłabiać swoich potencjałów gospodarczych. Natomiast narzucające pakiet kraje Unii Europejskiej chcą go wykorzystać do osłabienia gospodarek krajów opartych na tradycyjnej energetyce, by doprowadzić do zmniejszenia ich PKB od 1 aż do kilku procent.
Na ostatnim szczycie w Brukseli Polsce bardziej sprzyjał światowy kryzys gospodarczy – zmuszający Brukselę do refleksji nad społecznymi, politycznymi oraz gospodarczymi kosztami pakietu i stawiający ambitne plany eurokraktów pod znakiem zapytania – niż dalekowzroczność naszych polityków. Trudno nie przypomnieć, że w marcu 2007 r. na szczycie UE nie kto inny jak prezydent Lech Kaczyński zgodził się, w zamian za doraźne korzyści polityczne, na deklarację, która, co prawda, sugerowała konieczność uwzględnienia specyfiki danego kraju, ale dała zielone światło do opracowania pakietu klimatyczno-energetycznego.
Eurokraci działali zgodnie z zasadą: dajesz palec – biorę całą rękę. Prace nad tym dokumentem trwały jeszcze w czasach gabinetu Jarosława Kaczyńskiego i zostały ogłoszone w styczniu 2008 roku, a więc w trzecim miesiącu rządów nowej koalicji. Obecnie i prezydent, i premier starają się przeciągnąć sprawę w czasie, by także na grudniowym szczycie UE w Nicei nie zapadły ostateczne decyzje. Liczą, że w ten sposób dotrwają przynajmniej do 1 styczna 2009 r., kiedy prezydencję w Unii po Francji przejmą Czechy, które również kontestują pakiet, bo ich gospodarka jest także oparta na węglu.
Jednakże determinacja prezydenta Sarkozy’ego jest ogromna i stąd będą olbrzymie naciski na Polskę, by przedstawiciele naszego kraju ulegli na szczycie nicejskim w grudniu br. za ewentualne drobne korekty. Miejmy nadzieję, że nie dadzą się sprzedać za jakieś doraźno-taktyczne propagandowe gadżety. Paradoksem jest, że im większe będą skutki kryzysu, tym większa będzie szansa na zneutralizowanie pakietu klimatyczno-energetycznego.
Moskwa i traktat lizboński
Prezydent Sarkozy, kierujący w tym półroczu pracami Unii Europejskiej, chciał również przeprowadzić na szczycie brukselskim decyzję o wznowieniu negocjacji z Rosją na temat nowego porozumienia o współpracy. Jak wiadomo, rokowania z Rosją zostały zawieszone po jej zaangażowaniu militarnym w Gruzji, a warunkiem wznowienia rozmów było wypełnienie planu pokojowego. Pecunia olet czy non olet? Prezydent Sarkozy w obliczu kryzysu ekonomicznego przełknął już upokorzenia, jakich doznał w sierpniu i wrześniu od duetu Miedwiediew – Putin i obecnie nie widzi już przeszkód, by doszło do zacieśnienia współpracy gospodarczej z Rosją, bo Moskwa, jak twierdzi, wycofała wojska ze stref buforowych. Ponadto przekonywał, że trzeba rozmawiać ze wschodnim sąsiadem Unii, chociażby o bezpieczeństwie energetycznym.
Wznowienie rokowań z Moskwą zostało jednak zablokowane przez Polskę, kraje bałtyckie, Szwecję i Wielką Brytanię. Przedstawiciele tych państw zwracali uwagę, że Rosja nie wypełniła jeszcze planu pokojowego i nie wycofała swoich wojsk na pozycje sprzed wojny. W Abchazji i Osetii Południowej wciąż przebywa 3 razy więcej wojsk, niż przewidują to wcześniejsze ustalenia. Analizując „twarde” stanowisko „koalicji północnej” składającej się z krajów nadbałtyckich, Wielkiej Brytanii i Polski, obserwatorzy uważają, że nie dojdzie do wznowienia negocjacji także w najbliższym czasie. A to oznacza, że decyzje w tej sprawie nie zapadną też na szczycie Unia Europejska – Rosja zaplanowanym na połowę listopada.
Na brukselskim szczycie odbyła się także krótka debata o traktacie lizbońskim stanowiącym ogromne zagrożenie dla Polski.
Prezydent Francji Nicolas Sarkozy – jako szef kraju sprawującego prezydencję Unii Europejskiej – potwierdził „przywiązanie liderów Unii Europejskiej” do eurokonstytucji. Po zakończeniu szczytu zapowiedział, że w grudniu wybiera się w tej sprawie do Polski. Przy okazji podejmie również kwestie pakietu klimatyczno-energetycznego. Chce spotkać się z prezydentem Lechem Kaczyńskim, by przekonywać go do złożenia podpisu pod traktatem z Lizbony. Oświadczył: „Mam nadzieję, że do grudnia wszystkie kraje (poza Irlandią) ratyfikują traktat. Jadę zresztą 6 grudnia do Polski”.
Na szczycie UE wbrew zapowiedziom nie przyjęto rozwiązania w sprawie „nieudanego” referendum irlandzkiego. Premier Irlandii Brian Cowen poinformował jedynie o powodach odrzucenia traktatu przez Irlandczyków oraz o powołaniu w irlandzkim parlamencie specjalnej podkomisji, która będzie szukać rozwiązania. Zapowiedział, że na kolejnym szczycie w grudniu przedstawi partnerom plan działań, czyli to, czy i kiedy Dublin powtórzy referendum. Najwyraźniej znajdujący się między młotem nastawionej eurosceptycznie irlandzkiej opinii publicznej a kowadłem krytyki eurobiurokracji irlandzki premier wykorzystał kryzys gospodarczy i fakt, że tak naprawdę był on głównym tematem szczytu jako bardzo dogodny pretekst do gry na czas.
Lech Kaczyński deklaruje podpisanie traktatu lizbońskiego, ale dopiero, jak go ratyfikują wszystkie pozostałe kraje członkowskie UE. „Polska nie będzie blokowała traktatu” – oświadczył prezydent Polski. Dziwne, że głowa państwa polskiego deklaruje poparcie dla traktatu tak bardzo dla nas niekorzystnego, i to w sytuacji, gdy obecny kryzys gospodarczy sprzyja podjęciu działań zmierzających do jego unicestwienia. Poza Irlandią eurotraktatu nie ratyfikowała jeszcze Szwecja, a w Czechach i w Niemczech jest on badany przez trybunały konstytucyjne. Istnieje zatem cień nadziei, że ten szkodliwy dla Polski i dla Europy dokument trafi tam, gdzie powinien – czyli do kosza na śmieci.
Jeszcze nie ma traktatu lizbońskiego, a prounijna propaganda jak mantrę powtarza, że Polska w ramach Unii może zachować swoją tożsamość kulturową i moralną. Tymczasem okazuje się, że Unia Europejska, wykorzystując zamieszanie związane z kryzysem ekonomicznym, już zmierza do tego, by „tylnymi drzwiami” wprowadzić do polskiego prawa uznawanie związków homoseksualnych. Według serwisu tvp.info, europosłowie z frakcji liberałów, socjalistów i Zielonych zbierają podpisy pod zmianami w przepisach europejskich, aby związki partnerskie zawarte w państwach UE, które pozwalają na takie związki, były obowiązkowo uznawane w pozostałych państwach Unii. Chodzi o sytuację, gdy np. dwóch panów zawiera związek partnerski w Holandii, gdzie jest to legalne, a potem przeprowadzają się do Polski, która nie uznaje małżeństw osób tej samej płci. Autorzy zmian powołują się na zasadę swobodnego przepływu osób w Unii oraz na to, że coraz więcej krajów UE decyduje się na legalizację związków partnerskich, a więc kraje „mniej liberalne” powinny uznawać prawodawstwo tych bardziej liberalnych. Obecnie już 15 z 27 krajów Unii w różnym stopniu uznaje związki osób tej samej płci. W ten sposób powstaje bardzo groźny mechanizm nacisku, który ma „rozmiękczyć” kraje „niepostępowe”.
Kryzys ekonomiczny i stocznie
Dominującym tematem w pierwszej części szczytu była sprawa reakcji na globalny kryzys sektora finansowego. Rada Europejska przyjęła 14 artykułów dotyczących sytuacji na rynkach finansowych i kryzysu finansowego. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy cieszył się, że wszystkie 27 krajów „bez wyjątku” poparło na środowym szczycie decyzje podjęte przez państwa strefy euro w odpowiedzi na kryzys 12 października w Paryżu. Ich przywódcy porozumieli się wówczas w sprawie udzielania do końca przyszłego roku gwarancji na kredyty międzybankowe, które są warunkiem sprawnie działającego systemu bankowego. Uzgodnili też, że w razie konieczności rządy będą zasilać kapitałowo instytucje finansowe, którym grozi upadłość. Od 13 października kolejne rządy ogłaszały swoje narodowe plany antykryzysowe, których łączna wartość sięgnęła astronomicznej sumy 2,2 biliona euro – cztery razy tyle, ile wynosi analogiczny amerykański pakiet sekretarza skarbu Henry’ego Paulsona.
Przyjemnie i łatwo rozdaje się „swoim instytucjom” i „swoim ludziom” pieniądze europejskich podatników. Eurokraci mają w tym ogromną wprawę. Na przykład na kilka dni przed brukselskim szczytem londyńska prasa poinformowała o niewiarygodnie wysokiej odprawie, jaką otrzyma od Unii Europejskiej były brytyjski komisarz handlu Peter Mandelson. Wraca on z Brukseli do Londynu, aby objąć tekę ministra gospodarki w rządzie Partii Pracy. Mandelsonowi przysługuje od Komisji odprawa, zwrot kosztów przeprowadzki oraz pakiet emerytalny – w sumie milion funtów (ponad 4,5 mln zł) po czterech latach pracy. Dziennik „Daily Telegraph” ujawnił, że były komisarz handlu będzie przez trzy lata dostawał 6,5 tys. funtów miesięczne jako „wyrównanie strat” po odejściu z Komisji, mimo że zrezygnował sam na rok przed końcem kontraktu. Za 10 lat, kiedy osiągnie wiek emerytalny, zacznie też pobierać 35 tys. funtów gwarantowanej rocznej emerytury. Zdaniem ekspertów, jego fundusz emerytalny musi więc wynosić co najmniej 750 tys. funtów. Dziennik „The Guardian” pisze o oburzeniu wielu posłów Partii Pracy, którzy powołują się na obecną rządową kampanię przeciwko absurdalnie wyśrubowanym pensjom i premiom bankierów. Dyrektor organizacji Sojusz Podatników powiedział „Guardianowi”, że Peter Mandelson powinien odmówić przyjęcia tych pieniędzy wyjętych z kieszeni obywateli Unii. Ale rzecznik odchodzącego komisarza oświadczył, że lord Mandelson nie zamierza się zrzekać niczego, co mu się prawnie należy.
Ministrowie finansów krajów UE, by zmyć odium ratowania prywatnych instytucji publicznymi środkami, omawiali także „najbardziej prorynkowe rozwiązania, aby zapewnić bezpieczeństwo depozytów i utrzymać wzrost gospodarczy w całej UE”. Kraje unijne chcą także dążyć do ujednolicenia polityki i zasad nadzoru finansowego na poziomie światowym. Minister finansów Jacek Rostowski poinformował, że zapadła decyzja, iż narodowe nadzory finansowe krajów UE będą się spotykały co miesiąc, co stanowi absolutne novum. Gołym okiem widać, że globalny kryzys finansowy zmusił Unię Europejską do istotnej korekty polityki gospodarczej. O konieczności zwiększenia interwencjonizmu państwa mówią już obecnie prezydent Francji Nicolas Sarkozy, znany wcześniej z retoryki neoliberalnej, i kanclerz Niemiec Angela Merkel.
Rząd belgijski, holenderski i luksemburski zdecydowały się jeszcze we wrześniu na udzielenie pomocy publicznej w wysokości 11,2 mld euro, by ratować Bank Fortis przed upadkiem. Rząd niemiecki został gwarantem wartej 35 mld euro akcji ratunkowej dla banku hipotecznego Hypo Real Estate. Przyjął też 13 października największy w powojennej historii Niemiec opiewający na 470 mld euro plan ratunkowy dla systemu finansowego. Zakłada on udzielenie rządowych poręczeń dla banków na sumę 400 mld euro. Kwota 70 mld euro przeznaczona zostanie na bezpośrednie wsparcie banków i instytucji ubezpieczeniowych, które popadną w tarapaty w związku z kryzysem na rynkach finansowych.
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia
Okazuje się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Bruksela dogmatycznie zaleca kurację neoliberalną nowym członkom Unii, a do starych stosuje inne kryteria. Recepta, jaką zastosowały rządy i banki centralne, jest powszechnie w gremiach ekonomistów uznawana za standardową. W grę wchodzi gwarantowanie depozytów, dokapitalizowanie banków, jakaś forma nacjonalizacji, a także podjęcie próby poprawy płynności banków. Za wyjątkowe można uznać to, że kraje zdecydowały się na skoordynowane działania, co świadczy o skali obecnego kryzysu, który na dodatek przypadł w okresie cyklicznego spowolnienia gospodarki światowej i na razie nikt nie wie, czy podjęte działania przyniosą oczekiwane efekty.
Gdy inni ratują swoje gospodarki przy pomocy środków państwowych, to Polska jest zmuszana do zwrócenia udzielonej stoczniom pomocy publicznej. Niemcy mogły ratować przy pomocy środków publicznych nie tylko stocznie w dawnym DDR, ale również swój sektor finansowy. Podobnie Francja czy Belgia mogą ratować ważne dla nich sektory gospodarcze. Premier Donald Tusk po szczycie powiedział, że Komisja Europejska nie chce podjąć negatywnej decyzji w sprawie polskich stoczni, tylko znaleźć dla nich „wspólne rozwiązanie”.
Dodał, że obecnie nie ma pozytywnej odpowiedzi w sprawie stoczni, jest za to wskazana droga, która może oznaczać uratowanie polskiego przemysłu stoczniowego. „Spróbujemy wykorzystać tę ścieżkę, jaką komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes i cała Komisja Europejska podpowiadają, (…) aby wyodrębnić z jednej i drugiej stoczni coś, co najskuteczniej może działać dalej jako stocznie i odciążyć to od zadłużeń, które – z punktu widzenia Komisji – na tych stoczniach spoczywają”. Dodał, że to rozwiązanie będzie polegało na „decyzjach krajowych”, które zmienią formalny charakter stoczni, ale nie zmienią istoty tych przedsiębiorstw.
Jednak – jak wynika z informacji „Gazety Wyborczej” (17.10.2008 r.) – Komisja nie zaakceptowała polskich planów restrukturyzacji i inaczej niż premier Tusk widzi ich przyszłość. Według brukselskich urzędników, stocznie mają zostać zlikwidowane, a ich majątek ma zostać sprzedany (i pieniądze zwrócone do budżetu) firmom, które być może zdecydują się na produkcję czegoś innego. Na łamach „GW” unijna komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes tłumaczy, dlaczego kraje unijne mogą pompować miliardy euro w sektor bankowy, a Polska nie może wspierać swoich stoczni. Jej zdaniem, bez wsparcia rządów poszczególnych krajów runąłby cały sektor finansowy. Natomiast stocznie są wspierane od lat – mówi Kroes. Komisarz co prawda zaznaczyła, że w przypadku banków jest to pomoc jednorazowa. Po otrzymaniu wsparcia banki będą musiały poddać się restrukturyzacji i funkcjonować bez pomocy publicznej, ale siła banków jest znacznie większa niż polskich stoczni i polskiego rządu.
Rząd się zawsze wyżywi
Rząd polski również zyskuje na kryzysie. Zawsze może osłabienie naszej gospodarki i kłopoty ekonomiczne zwalić na globalny kryzys. Z drugiej strony wbrew zapewnieniom rządu, który uchyla się od podjęcia zdecydowanych działań antykryzysowych i twierdzi, że Polska jest dobrze zabezpieczona, kryzys jest groźny dla naszej gospodarki. Co prawda w Polsce nie stosowano na dużą skalę ryzykownych i skomplikowanych produktów finansowych, ale jesteśmy ściśle powiązani z gospodarką europejską. Superoptymistyczne prognozy na poziomie 4,8 procent wzrostu PKB na przyszły rok przypominają zaklinanie rzeczywistości. Dobrze będzie, jeśli wzrost wyniesie 2,5-2,8 proc., a w pesymistycznych prognozach nawet 1,3 proc., co w sytuacji Polski oznacza stagnację.
Pozostający pod kontrolą Włochów Bank PKO SA przetransferował 1 miliard euro z Polski do siebie. Pozostający w ponad 70 proc. w rękach zagranicznych polski sektor bankowy będzie doświadczał coraz częściej drenaży pieniądza z firm-córek w Polsce do ich macierzystych instytucji na Zachodzie. Taka sytuacja jest już na Węgrzech, gdzie również zdecydowana większość banków została przejęta przez obcy kapitał. Forint leci na łeb, na szyję, indeksy giełdowe spadają w sposób lawinowy. Węgry już pociągają w dół inne kraje regionu, w tym Polskę, bo jesteśmy w jednym koszyku, i jeśli inwestorzy z Wall Street wyprzedają akcje, to jednocześnie w Budapeszcie i w Warszawie. A u nas już zaczyna brakować środków kredytowych w obrocie międzybankowym. Banki boją się sobie nawzajem pożyczać, mimo korzystnego oprocentowania takich pożyczek. Stopień zadłużenia społeczeństwa i nieściągalności części udzielonych kredytów nie jest mały. W ostatnich tygodniach wzrosło oprocentowanie kredytów. Drastycznie zostały zaostrzone kryteria ich przyznawania. A gospodarka bez kredytów zaczyna wyhamowywać. Oszczędzający w II i III filarze emerytalnym stracili od kilku do kilkunastu procent wartości gromadzonych na swoich kontach środków.
Słabnie złoty, za to rosną kursy euro, dolara, franka szwajcarskiego i brytyjskiego funta. Cieszy to polskich eksporterów (ale do czasu, bo Zachód pogrąża się w recesji i będzie mniej importować), a martwi tych, którzy wzięli kredyty w obcych walutach, a przede wszystkim każdego konsumenta, bo słabszy złoty oznacza wzrost cen artykułów importowanych. Polacy potracili oszczędności w funduszach inwestycyjnych, doświadczają, co to znaczy, gdy banki w połowie inwestycji mieszkaniowej wstrzymują kredyty. Ruszyła inflacja, zaczyna się zmniejszać eksport, który był motorem napędowym polskiej gospodarki w ostatnich latach. Podstawą jej dynamicznego wzrostu było także z jednej strony spożycie wewnętrzne, a z drugiej – inwestycje.
Kryzys oznacza tymczasem zmniejszenie spożycia wewnętrznego, bo w czasach kryzysu ludzie trzymają się za kieszeń, a inwestorzy wstrzymują inwestycje i czekają na wyjaśnienie sytuacji. I właśnie według byłego wiceministra finansów w rządzie Tuska prof. Stanisława Gomułki, największy niepokój jest związany z inwestycjami. Osłabną one w związku z trudnościami w znalezieniu finansowania przez firmy – chodzi zarówno o kredyt bankowy, rynek długu, jak i o możliwości emisji akcji. Tu również można wskazać zmniejszenie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Ich spowolnienie już widać w danych Narodowego Banku Polskiego. Słabość inwestycji przełoży się na sytuację w budownictwie. W 2009 roku można oczekiwać, że sektor ten znów będzie miał negatywny wkład we wzrost produktu krajowego brutto. A inwestycje infrastrukturalne (choćby związane z Euro 2012) nie skompensują spowolnienia w budownictwie mieszkaniowym i komercyjnym („Parkiet”, 20.10.08). Tymczasem zaczyna wzrastać bezrobocie, polska gospodarka nabiera zadyszki i jawi się przed nią pespektywa kilkuletniej recesji.
Oficjalna propaganda sukcesu i obietnice o „drugiej Irlandii” (która notabene jest obecnie jednym z najbardziej dotkniętych kryzysem państw europejskich) coraz bardziej rozmijają się ze społecznymi odczuciami. Ogromne poparcie dla rządu, który twierdzi, że jest dobrze, zaczyna już spadać. Politycy lekceważący kryzys nie zdają sobie chyba sprawy, jakie skutki ekonomiczne, społeczne i polityczne wywoła kryzys w Polsce. Kłócą się i nie są w stanie nawet wspólnie i z determinacją działać, by przynajmniej w pełni wykorzystać środki unijne, co poprawiłoby infrastrukturę w naszym kraju i złagodziło negatywne skutki kryzysu.
Ignorowanie problemu kryzysu przypomina pamiętne „trzeba się było ubezpieczyć” premiera Włodzimierza Cimoszewicza podczas ogromnej powodzi latem 1997 roku. Rządy się niby zmieniają, ale władza w każdym systemie ma tendencje do odrywania się od rzeczywistości, gdyż nie odczuwa na własnej skórze negatywnych skutków otaczającej rzeczywistości. No cóż, najwyraźniej nadal obowiązuje uniwersalna zasada, o której w obliczu kryzysu lat 80. w Polsce z brutalną szczerością mówił Jerzy Urban, że „rząd się zawsze wyżywi”.
Jan Maria Jackowski
