Bitwa na życiorysy
Mówiący dziś jednym głosem rząd i największe koncerny medialne wytyczyły
sobie i reszcie naśladujących je ośrodków medialno-politycznych dwa cele. Po
pierwsze, skupić się na zakwestionowaniu kombatanckiej przeszłości Lecha i
Jarosława Kaczyńskich, w tym ich legitymacji do udziału w kluczowym dla historii
najnowszej dyskursie nad korzeniami przemian w Polsce. Po wtóre, wykreować
kobiecy symbol Sierpnia, uprawniony, by zająć miejsce przynależne do tej pory
kontestującej rzeczywistość postkomunistyczną Annie Walentynowicz. Symbol zdolny
poprowadzić narrację historyczną wedle kursu obranego po 1989 roku.
Nie wszystkie elementy stalinowskiej metody "polityki historycznej" były
wynalazkiem Józefa Stalina. Ingerencja w przeszłość w celach legitymizacji
władzy stanowiła już dawniej istotny element polityki i przypomina choćby czasy
cesarstwa rzymskiego, gdy wstępujący na tron cesarze burzyli popiersia swoich
poprzedników. Ponowne nasilenie tego rodzaju praktyk Polacy obserwują dziś na
ekranach odbiorników telewizyjnych. Z tą różnicą, że obecne są kontynuacją
praktyki stalinowskiej, a nie rzymskiej.
"Jest człowiek, jest problem, nie ma człowieka, nie ma problemu…" – mawiał
Stalin, najbardziej pragmatyczny z bolszewików. Ale bynajmniej nie ograniczał
się on do zabójstw i teraźniejszości. By podnieść współczynnik efektywności,
sięgał do przeszłości. Mordował pamięć o ludziach, stosując mechanizm
przemilczenia, wymazywania i fabrykowania świadectw. Z encyklopedii i słowników
wymazywano biogramy, z rzadka zadowalano się usuwaniem fragmentów. Inne
życiorysy zyskiwały nieznane świadkom "zasługi".
Ofensywa w wykonaniu Krzywonos
Im dalej od historycznych wydarzeń Sierpnia, im więcej ukazuje się materiałów na
temat sporów polityczno-ideowych w łonie polskiego ruchu antykomunistycznego z
lat 70. i 80., im bardziej nabrzmiewa spór polityczny w Polsce, tym śmielsze
stają się zamachy na pamięć pokoleń. Pretekstem do kolejnej ofensywy na pamięć
historyczną było wystąpienie uczestniczki Sierpnia ’80, Henryki Krzywonos, na
jubileuszowym zjeździe NSZZ "Solidarność" z okazji 30-lecia powstania związku.
Do zabrania głosu skłonił podobno Krzywonos fragment wypowiedzi Jarosława
Kaczyńskiego, w której nie tylko przypomniał on rolę swojego brata w
wydarzeniach rozgrywających się wówczas w Stoczni Gdańskiej, lecz wskazał
również na ważny spór merytoryczny, którego Lech Kaczyński był uczestnikiem.
Czynny politycznie Jarosław Kaczyński wciąż ma możność przebicia się ze swoim
przekazem do mediów. Zawdzięcza to sprawowanej przez siebie funkcji. Wspólnie z
bratem Lechem, zajmując stanowisko premiera i prezydenta RP, zdołali wprowadzić
do dyskusji ważną część nieopowiedzianej dotychczas historii wyrażanej głosami
np. Joanny i Andrzeja Gwiazdów, Kornela Morawieckiego czy Antoniego
Macierewicza. Nie ma co ukrywać – jest to interpretacja, do której braciom
Kaczyńskim było w ciągu ostatnich dwóch dekad bliżej. Niemniej jako suwerenni
obywatele suwerennego państwa mieli prawo wyrażać tego typu poglądy. Co więcej –
mieli prawo toczyć w ich obronie spór.
Ale jakby na przekór tym truizmom, pod pozorem okolicznościowego wystąpienia,
część dawnych opozycjonistów postanowiła odebrać Jarosławowi Kaczyńskiemu nie
tylko prawo głosu, ale i godność. Zamazać treść jego wystąpienia, ogniskując
uwagę Polaków na formie prezentowanej przez Krzywonos.
Festiwal zakłamania
Nawiązując do Sierpnia ’80 na Wybrzeżu, Władysław Frasyniuk stwierdził: "Ja bym
musiał powiedzieć: Jarek, pier… nie było cię tam!". Znaczenie Lecha
Kaczyńskiego postanowił zredukować także ówczesny działacz Komitetu Obrony
Robotników Bogdan Borusewicz słowami: "Pojawił się na dwa dni przed zakończeniem
strajku i nie musiał nikogo reprezentować z grupy doradców".
Stawkę podbił Bogdan Lis, w okresie "karnawału 'Solidarności’" współpracownik
Lecha Wałęsy: "Lech Kaczyński z nikim w naszym imieniu nie negocjował, bo na
stoczni był może godzinę, może godzinę 15 minut". Ale zwycięzcą wyścigu okazał
się oczywiście sam Wałęsa: "Lech Kaczyński był daleko, daleko, jeszcze dalej, w
ogóle nie liczącym się działaczem w tamtym czasie, a Jarosław w ogóle nie był w
związku 'Solidarność’". Podsumowując te głosy, jeden z trzech młodych
inspiratorów strajku w stoczni – Jerzy Borowczak, uznał, że rola Lecha i
Jarosława Kaczyńskich w Sierpniu ’80 była bez znaczenia i bracia jako
opozycjoniści zaistnieli dopiero później, w 1988 roku.
Wysyp takich i podobnych wypowiedzi powinien sprowokować wielką dysputę
historyczną wśród badaczy dziejów. Nie nastąpiła, choć nie wymagała prawie
żadnego wysiłku. Dostęp do materiałów stoi otworem zarówno dla udającego
leniwego Normana Daviesa, który wyjawił, że nic nie wie na temat losów Lecha
Kaczyńskiego w stoczni, jak i zaiste leniwego, publicznie chełpiącego się
powiększającą się listą nieprzeczytanych publikacji, Andrzeja Friszkego. Każdy z
wymienionych powyżej działaczy, poza Frasyniukiem, minął się z prawdą. Każdy z
nich, poza Borusewiczem, rozpoczął działalność antykomunistyczną później niż
bracia Kaczyńscy. Każdy z nich, poza Lechem Wałęsą, zajmował przynajmniej
równorzędną do Kaczyńskich pozycję w strukturach podziemnej "Solidarności" w
latach 80. Sprowokujmy więc kilka pytań i wyjaśnień.
Jak powinien był zachować się Władysław Frasyniuk na obchodach rocznicy Sierpnia
w Gdyni, słysząc słowa Lee Feinsteina, ambasadora USA w Polsce, o wkładzie w
narodziny "Solidarności" Lecha Wałęsy, Anny Walentynowicz i Jacka Kuronia? Czy
słysząc nazwisko Kuronia, powinien był wykrzyknąć: "Nie było go tam!"? Wszak
Kuroń siedział wówczas w więzieniu, a o jego uwolnienie zabiegał w stoczni m.in.
Lech Kaczyński.
A gdzie był wówczas Frasyniuk? Frasyniuk był naonczas tam, gdzie… Jarosław
Kaczyński – we Wrocławiu. 26 sierpnia w stolicy Dolnego Śląska zastrajkowała
komunikacja miejsca. Tak ruszyła fala strajkowa, która objęła swym zasięgiem
cały region. Na czele tutejszego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego stanął
Jerzy Piórkowski, dopiero na początku marca 1981 roku zastąpił go we władzach
regionu Frasyniuk – kierowca Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego.
Jarosław Kaczyński odwiedził we Wrocławiu siedzibę lokalnego MKS mieszczącego
się w zajezdni autobusowej przy ul. Grabiszyńskiej, gdzie spotkał się m.in. z
Piórkowskim. Frasyniuk, jako jeden z setek ówczesnych strajkujących, może o tym
nie pamiętać. Kaczyński przebywał też w jednym z największych wrocławskich
przedsiębiorstw – Państwowej Fabryce Wagonów, gdzie dostarczył paczkę z
"bibułą". Autorzy przewrotnych głosów: "Jasne, a może to Kaczyński, a nie
Wałęsa, przeskoczył w Sierpniu płot", uspokoją się nieco, gdy się dowiedzą, że
istotnie na teren PaFaWagu Kaczyński przedostał się, przeskakując ogrodzenie.
W tym czasie Lech Kaczyński wspólnie z Bogdanem Borusewiczem, który powinien o
tym pamiętać, współpracował z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym w stoczni i
pośredniczył w rozmowach komitetu z "ekspertami". Jak wyjaśnia Andrzej Gwiazda,
Kaczyński służył strajkującym radą z dziedziny prawa pracy, ponieważ był wtedy
jedyną osobą, która się na tym znała. Jeszcze przed przyjazdem 23 sierpnia do
stoczni Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka Kaczyński szykowany był na
członka zespołu ekspertów Wolnych Związków Zawodowych. Oprócz Kaczyńskiego i
Borusewicza mieli się w nim także znaleźć: Mariusz Muskat, Piotr Kapczyński,
który sprowadził z Warszawy do zespołu Jadwigę Staniszkis, oraz pomysłodawca
tego gremium – Krzysztof Wyszkowski. O projekcie wiedziała gdańska SB. Zgodnie z
powyższym należy potwierdzić słowa Jarosława Kaczyńskiego, iż jego brat przez
wiele dni toczył merytoryczne boje ze skłonnymi do daleko idącego kompromisu z
komunistami "ekspertami". Informuje o tym wcale nie uboga literatura.
Lech Kaczyński – współzałożyciel WZZ
Gdyby naciągać życiorysy Kaczyńskich, można by stwierdzić, że swą przygodę z
opozycją zaczęli już w 1968 r., biorąc udział w słynnym wiecu 8 marca.
Rozpoczęli wówczas naukę na Uniwersytecie Warszawskim jako studenci pierwszego
roku prawa. Na początku lat 70. bracia się rozdzielili. Lech wyruszył na
Wybrzeże, gdzie w 1977 r. związał się z KOR i ze środowiskiem, które powołało
później Wolne Związki Zawodowe. W sensie niesformalizowanym można go nazwać
współzałożycielem WZZ, w których znalazł się jeszcze przed przystąpieniem doń
Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy. W tym czasie recenzujący dziś Lecha
Kaczyńskiego Bogdan Lis trzeci już rok angażował się, ale… w PZPR. Co więcej,
pozostał tajnym członkiem partii, współpracując z WZZ i wchodząc do strajku.
W związkach "Paragraf", bo tak ze względu na ogromną wiedzę koledzy nazywali
Lecha Kaczyńskiego, prowadził wykłady z prawa pracy. Bezcenne, gdy chodziło o
wyciąganie robotników z opresji. Szczególnie wiele w tym okresie zawdzięcza mu
Wałęsa. Począwszy od 1978 r. aż do 1989 r., Lech Kaczyński był intensywnie
rozpracowywany przez SB, najpierw pod kryptonimem "Radca", a od 1986 r. jako
figurant "Kacper".
Jarosław Kaczyński w połowie lat 70., natychmiast po obronie doktoratu,
zaangażował się w działalność warszawskiego KOR. W 1977 r. włączył się w prace
korowskiego Biura Interwencji, wspierając Zofię i Zbigniewa Romaszewskich w
żmudnych poszukiwaniach i wyjaśnianiu losów ofiar buntów społecznych z 1976
roku. W 1979 r. wybrał pracę redakcyjną i kolporterską w piśmie
niepodległościowego odłamu KOR – "Głos". Właśnie to środowisko 17 września 1980
r., na zjeździe Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich NSZZ "S" i
Międzyzakładowych Komitetów Robotniczych z całej Polski w Gdańsku, przeforsowało
scentralizowany kształt "Solidarności". Wbrew słowom Wałęsy Jarosław Kaczyński
był w "Solidarności", a nawet kierował sekcją prawną Ośrodka Badań Społecznych
warszawskiego MKZ, potem Regionu Mazowsze. Jarosława rozpracowywano od 1979 r. w
ramach spraw o kryptonimach: "Pomoc", "Prawnik", "Jar" i "Klub".
Nie można inaczej niż krytycznie oceniać słów Lecha Wałęsy o marginalnej roli
zwłaszcza Lecha Kaczyńskiego latem 1980 roku. Jeszcze pięć minut przed strajkiem
Wałęsa nie mógłby powiedzieć, że w WZZ więcej znaczy od Kaczyńskiego. Ba, cztery
dni po strajku Kaczyński uczestniczył w naradzie KOR i WZZ, na której ważyły się
losy przywództwa Wałęsy. Kuroń z Borusewiczem forsowali wtedy, odrzucający
zdobycze Sierpnia, koncept związku oparty na komisjach robotniczych oraz plan
usunięcia elektryka z dotychczasowej pozycji. Pierwszemu pomysłowi skutecznie
oparł się Kaczyński, drugiemu – Wyszkowski1.
Jednakże w osłupienie wprawia dopiero głos Jerzego Borowczaka. Działacza, który
pięć minut przed strajkiem i pięć minut po strajku w stoczni nie był
równorzędnym partnerem w dyskusji dla żadnego z braci Kaczyńskich. Borowczak w
latach 1980-1981 realizował w Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" Stoczni
Gdańskiej interesy Wałęsy. Na jego polecenie brał udział w wyeliminowaniu Anny
Walentynowicz z władz gdańskiej "Solidarności" w 1981 r., a następnie przyczynił
się do szykanowania działaczki na terenie zakładu.
Jeśli nawet ktoś podejmuje próby reinterpretacji historii, to powinien wiedzieć,
że w ostatnim stuleciu mało komu powiodły się one w 100 procentach. Zachowanie
najbardziej wpływowych osób w państwie budzi niepokój o to, iż przejęły one
metody, które zainstalował w Polsce odrzucony w 1989 r. przez Polaków ustrój.
Idą one, o zgrozo, w parze z postulatami wycofywania czy wręcz palenia
niektórych książek historycznych oraz z osobliwą torturą – wynalazkiem III RP –
ciągania wydawnictw i historyków po sądach.
1 P. Zyzak, Lech Wałęsa – idea i historia. Biografia polityczna legendarnego
przywódcy "Solidarności", Kraków 2009, s. 248-252; S. Cenckiewicz, Anna
Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929-2010),
Poznań 2010, s. 176-182.
Autor jest historykiem, stypendystą Institute of World Politics w Waszyngtonie;
współpracuje z dwumiesięcznikiem "Arcana"; zajmuje się dziejami ludności
polskiej w ZSRS, historią ostatnich dekad PRL oraz III RP; autor głośnej
publikacji "Lech Wałęsa – biografia polityczna legendarnego przywódcy
'Solidarności’ do 1988 roku". Mieszka w Bielsku-Białej.
Paweł Zyzak
