Bezinteresowni znaczy niebezpieczni
Z Jerzym Zalewskim,reżyserem, scenarzystą, autorem m.in. "Obywatela
Poety"oraz "Historii ťRojaŤ, czyli w ziemi lepiej słychać", rozmawia
Agnieszka Żurek
– Wydaje się, że tak. Pani Walichnowska, od niedawna p.o. dyrektor
Agencji Filmowej TVP, podjęła decyzję umożliwiającą mi wznowienie pracy. Jeżeli
wszystko pójdzie dobrze, powinienem skończyć ten film do końca marca.
Walka o nakręcenie reżyserowanej przez Pana "Historii "Roja"" sama w
sobie może stać się tematem filmu wiele mówiącego o rzeczywistości III RP. Czy
pierwszy film fabularny o żołnierzach wyklętych ma szansę trafić w końcu do
polskich kin?
Jakie znaczenie dla naszej dzisiejszej świadomości narodowej ma, Pana
zdaniem, powstanie filmu o żołnierzach powstania antykomunistycznego?
– Przez całe lata komunizmu nie można było mówić o żołnierzach wyklętych.
Tymczasem bez tej opowieści o nich zachwiana jest cała polska tożsamość. Jeśli o
nich nie mówimy, jeśli o nich nie pamiętamy, to tak, jakbyśmy tracili pewien
element w całym rozwoju naszej cywilizacji, jakby zabrakło nam kilku kręgów w
kręgosłupie. Bez wiedzy o nich nie możemy w pełni zrozumieć samych siebie,
naszej duchowości. Wojna "Roja" była paradoksalna – trzymał się zasady "Bóg –
Honor – Ojczyzna", wiedząc, że przegra.
Powiedział Pan kiedyś, że z faktu, iż walka będzie przegrana, nie wynika
jeszcze, że nie należy jej podjąć.
– Oczywiście. O tym jest mój film. Mówi o przełożeniu świata zewnętrznego na
świat duchowy. Dzisiejsi patrioci – tak jak kiedyś żołnierze "Roja" – spotykają
się z niezrozumieniem. Tymczasem postawa żołnierzy wyklętych nie była przecież
ślepym buntem, ale odmową uczestniczenia w systemie, który został skierowany
przeciwko ludziom. To, z czym dzisiaj mamy do czynienia, także nie jest
cywilizacją ludzką, ale pasożytniczym tworem na niej zbudowanym. Nigdy też tak
naprawdę nie zerwaliśmy z komunizmem. Co ciekawe, pewien nadworny historyk
"Gazety Wyborczej" napisał niedawno, że może i lepiej, że żołnierze podziemia
antykomunistycznego zginęli, bo gdyby żyli dzisiaj, zapewne głosowaliby
przeciwko wejściu Polski do Unii Europejskiej. Historyk ów przyznał tym samym,
że bez całej machiny komunizmu nie byłoby możliwe stworzenie Unii w takim
kształcie, w jakim funkcjonuje ona obecnie.
Sprawdza się zatem hasło: "Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela"?
– Tak, ten historyk de facto to właśnie powiedział. To komunizm umożliwił
wcielenie w życie "europejskiego globalizmu".
Komuniści najbardziej nienawidzili słów "Bóg – Honor – Ojczyzna". Jak
odczytywać te hasła w dzisiejszej Polsce?
– Mam wrażenie, że między tymi pojęciami istnieje ścisła zależność. Każde z nich
używane pojedynczo działa dużo słabiej. Możliwe, że nasz polski patriotyzm
często bywa nieefektywny właśnie z tego powodu – jedni z nas "specjalizują się"
w honorze, inni wierzą w Boga, a jeszcze inni – działają na rzecz Ojczyzny. Ten
podział istnieje w obrębie każdego ruchu patriotycznego w Polsce, a zarazem jest
on obecny w sercu każdego człowieka. Tymczasem jeśli triada "Bóg – Honor –
Ojczyzna" nie jest w nas nierozerwalna i najważniejsza, to prowadzi często do
sytuacji, kiedy zaczynamy sprawy święte traktować instrumentalnie. Nie stać nas
wtedy na wielkie poświęcenia.
Porucznik Juliusz Kulesza, powstaniec warszawski, powiedział, że gdyby
miał jednym słowem określić, czym było powstanie, użyłby pojęcia
"bezinteresowność".
– To samo dotyczy "Roja" i innych żołnierzy wyklętych. Dobrze byłoby wrócić do
"mody na bezinteresowność". Tymczasem ta kategoria myślenia jest dzisiaj
konsekwentnie niszczona. A dzieje się tak dlatego, że to właśnie
bezinteresowność jest groźna dla systemów. Bezinteresowność oznacza
nieobliczalność. Ludźmi bezinteresownymi nie da się sterować.
Polski duch – taki ułański i przekorny – pojawia się w nas jednak czasem
zupełnie niespodziewanie, niezależnie od czasów, w jakich żyjemy. W gruncie
rzeczy jest on wciąż taki sam, jak byśmy rzeczywiście mieli go "we krwi". Czy
doświadczył Pan tego także na planie "Roja"?
– Tak, ten duch udzielił się bardzo wielu chłopakom na planie, mimo że nie byli
oni przecież aktorami dobieranymi według kryterium światopoglądowego. Na temat
żołnierzy wyklętych usłyszeli dwa wykłady Leszka Żebrowskiego, dowiedzieli się
czegoś ode mnie i to wszystko. Ich wcielenie się w role nie było kwestią samej
wiedzy, oni tego ducha poczuli. I było to dla nich doświadczenie niezwykłe.
Historia dotknęła ich w sposób nie tylko metafizyczny, ale i poprzez
bardzo konkretne wydarzenie. Był Pan na planie "Roja", kiedy otrzymał Pan
wiadomość o katastrofie smoleńskiej.
– Podbiegł do mnie pirotechnik i powiedział mi o tym. Kilka minut po
potwierdzeniu tej wiadomości zebrałem całą ekipę. Było to około dwustu chłopaków
ubranych w mundury – tego dnia kręciliśmy we wsi Malczyn ujęcia bitwy. Wiadomość
o katastrofie samolotu wstrząsnęła nimi, niektórzy płakali. Przerażenie było
wspólnym uczuciem nas wszystkich, a przecież – jak już wspominałem – nie
dobierałem aktorów według żadnego klucza politycznego. Tego dnia nie było mowy o
zdjęciach, nie byłem w stanie się skoncentrować, chyba zresztą nikt nie był w
stanie.
Zaraz potem pojechał Pan przed Pałac Prezydencki?
– Tak, niejednokrotnie byłem pod krzyżem. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem
zdanie o tym, że krzyż trzeba przenieść "w godniejsze miejsce", od razu
pomyślałem, że oto zaczyna się w naszym kraju walka cywilizacyjna. Tym, który
"gwizdnął", dając sygnał do ataku, był prezydent Bronisław Komorowski. Mój syn
nakręcił krótki filmik pt. "Pierwsza noc wolności", w którym pokazał zachwyconą
sobą młodzież wybiegającą z knajp i szydzącą z modlących się ludzi. Ta młodzież
miała w sobie zarazem miękkość homoseksualistów i chamstwo bandytów. Powstała
jakaś nowa jakość – miękki bandyta. Mój syn sfilmował jednego z prowodyrów
ataków w momencie, kiedy podeszła do niego jego matka, mówiąc: "Nie tak cię
wychowałam". Była to bardzo wymowna scena.
Wspomniał Pan o walce cywilizacyjnej. Co jest stawką w tej wojnie?
– Możliwe, że przed nami rysuje się ostatni bój o polskość, że bez niego nie
będziemy już więcej mogli siebie odczytać. Mój film "Historia "Roja"" jest
filmem w gruncie rzeczy o obecnej rzeczywistości, o obronie cywilizacji
patriotyzmu. Tej walki nie da się wygrać poprzez politykę, to jest walka
cywilizacyjna i rozgrywa się ona na polu kultury.
Kultura jest zatem dzisiaj frontem walki o Polskę?
– Bez budowania cywilizacji, bez walki o kulturę traci sens także cała walka
polityczna. Gdyby w Polsce istniało silne zaplecze cywilizacyjno- kulturowe,
porażki wyborcze Prawa i Sprawiedliwości miałyby zupełnie inny wymiar, a może
nawet by do nich nie doszło. Kultura nie musi być domeną lewicy. To poprzez
kulturę pozyskuje się młodzież. Współczesna cywilizacja zdaje się mieć ochotę na
to, żeby w ogóle kulturę zamieść pod dywan. Mogłaby ona przecież odwieść uwagę
od stałej konsumpcji. Zastąpienie prawdziwej kultury jej imitacjami jest
idealnym sposobem na to, żeby przekształcić inteligentnego człowieka w kogoś,
kto nie odróżnia dzieła sztuki od krzesła. W konsekwencji niedługo nie będzie
umiał rozróżniać także wartości moralnych.
Kultura pozwala wydobyć człowieka z niewoli. Film potrafi otworzyć oczy
na rzeczywistość – tak jak choćby wyreżyserowany przez Pana "Obywatel Poeta"
poświęcony Zbigniewowi Herbertowi.
– Kiedy przygotowywałem film o Herbercie, pewien uznany autorytet w dziedzinie
literatury namawiał mnie do tego, żebym nakręcił film o estecie przechadzającym
się brzegiem Morza Śródziemnego. A Herbert przecież był patriotą. Tymczasem
"salon" próbował – i nadal próbuje – wmówić nam, że jego patriotyzm musiał
wynikać z jakiegoś stanu chorobowego czy innej aberracji. Dzisiaj bardzo brakuje
w Polsce Herberta. On by umiał nazwać to, co się dzieje, i zrobiłby to na pewno
doskonale. Wiele uwagi w swojej twórczości poświęcał narodom, które przestały
istnieć. Interesowały go one bardziej niż te, które święciły triumfy. Herbert
wiedział, że człowieczeństwo jest w boju, a nie w wygranej. Teraz pewnie właśnie
to by nam powiedział. Herbert ciągle mi chodzi po głowie podczas mojej pracy nad
"Historią "Roja"". W jakimś sensie ma on taki sam związek z naszymi
współczesnymi czasami jak żołnierze wyklęci.
To znaczy – uczy nas prawdziwej wolności? Powiedział Pan kiedyś, że
zachowanie niezależności pozwala Panu dobrze czuć się ze sobą. Jaka jest tego
cena?
– "Historia "Roja"" to film o wolności, która jest wartością tak wielką, że
pozwala dać się zabić w imię tego, w co wierzysz. Cena zachowania niezależności
bywa dzisiaj wysoka, ale przecież nie tak ogromna jak ta, jaką płacili chłopcy z
lasu. Nie ukrywam, że było mi trudno, kiedy rzucano mi kłody pod nogi w związku
z produkcją filmu "Historia "Roja"". Zawieszone prace nad filmem, miesiące
czekania na to, co będzie dalej, zaciągnięte długi, poczucie "uwięzienia" i
niemożności zrobienia żadnego ruchu – taka sytuacja trwała rok. To było
niełatwe. "Rój" był aresztowany, a ja razem z nim.
Ma Pan poczucie, że za każdym razem, kiedy dotyka Pan w swoich filmach
naprawdę ważnego tematu, musi Pan za to zapłacić jakąś cenę?
– Tak. Podobnie było z filmem "Obywatel Poeta". Chodziło nie tylko o postać
Herberta, ale o przesłanie, jakie niósł film. A mówił on o tym, że przecież
można się postawić "salonowi".
Czy powołane niedawno Stowarzyszenie Twórców dla Rzeczypospolitej,
którego jest Pan jednym z założycieli, zrzesza właśnie takich niepokornych wobec
"salonu" intelektualistów?
– Na początku miało ono zrzeszać filmowców pracujących poza obiegiem komercyjnym
i robiących filmy "politycznie niepoprawne" – takich jak: Rafał Wieczyński,
Robert Kaczmarek, Grzegorz Braun, Anna Ferenc czy Ewa Stankiewicz. Z czasem
doszliśmy do wniosku, że ramy towarzyszenia nie muszą ograniczać się jedynie do
środowiska filmowców, ponieważ de facto w wielu sferach życia
intelektualno-artystycznego twórcy spotykają się z podobnymi problemami. Do
naszego stowarzyszenia wstąpili także: prof. Jacek Bartyzel, Marek Nowakowski,
prof. Zdzisław Krasnodębski, który został jego prezesem, prof. Andrzej
Zybertowicz, prof. Andrzej Nowak, prof. Jan Żaryn czy prof. Sławomir Cenckiewicz.
Chcieliśmy, żeby znaleźli się w nim ludzie, którzy na przestrzeni ostatnich lat
podjęli walkę w obronie wartości patriotycznych i w jakiś sposób zamanifestowali
swoją niezależność. Chodziło nam o to, aby ci, którzy coś w życiu zaryzykowali,
mogli się spotkać i "policzyć", stworzyć wspólnotę. Jest to ważniejsze niż
jakiekolwiek dalekosiężne plany polityczne. Polska będzie wielka wtedy, kiedy my
będziemy wielcy. Budowanie wspólnoty nie jest jednak łatwe, środowisko
patriotyczne jest w Polsce bardzo zatomizowane. Organizujemy panele dyskusyjne
dotyczące różnych płaszczyzn naszej świadomości. Pierwsze spotkanie
poświęciliśmy mediom i manipulacjom medialnym. Kolejne – pisarzom, których
twórczość do tej pory jest przemilczana, takim jak np. Józef Mackiewicz.
Zorganizowany przez Państwa stowarzyszenie panel medialny z pewnością
zaowocował ciekawymi wnioskami.
– W naszym kraju panuje absolutna cenzura medialna jak za komuny. Z tą tylko
różnicą, że nie ma teraz urzędu cenzora na Mysiej, zastąpił go cenzor
wewnętrzny. Wielką pracę w dziedzinie stworzenia niezależnego obiegu medialnego
wykonał m.in. ojciec Tadeusz Rydzyk. Stworzenie sprawnie działającej instytucji
jest nieprawdopodobnie trudnym zadaniem. Tymczasem media III RP przypominają
komunistyczne środki masowego przekazu. Pewne pojęcia używane przez komunistów
wobec działaczy "Solidarności" powracają w dzisiejszym języku stosowanym wobec
opozycji, a aktualne metody manipulacji przypominają te, którymi komuniści
posługiwali się, by przed stanem wojennym obrzydzić Narodowi "Solidarność". Moi
koledzy – Grzegorz Braun i Robert Kaczmarek, przygotowują obecnie film na
rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Zatytułowali go: "Towarzysz Generał
poszedł na wojnę". Zamierzają w nim umieścić treść dokumentu, który jest znany,
ale jak wiele "znanych" dokumentów zupełnie przemilczany. Pada tam skierowane
przez Stasi do Cioska pytanie: "Co zrobić z tą "Solidarnością"?". Ciosek nie
wiedział, zapytał więc Geremka. Geremek odpowiedział, że "Solidarność" może
istnieć, ale trzeba ją zmienić – ma być "Solidarnością" "bez tej Matki Boskiej w
klapie marynarki". I tu powracamy do wątku walki duchowej i cywilizacyjnej.
Nasze możliwości walki politycznej mogą być ograniczone, duchowo możemy
natomiast o wiele więcej.
Dziękuję za rozmowę.
