Archipelag polskości

O elitach można romantycznie, ale można też socjologicznie, chłodno,
analitycznie. Nie tylko realistycznie, ale nawet brutalnie. Na czym to może
polegać? Prawda o człowieku w ogóle oraz o konkretnych postaciach nie zawsze
jest wdzięczna. Ale potrzebna. Zacznijmy zatem od tezy równie znanej, co
brutalnej: każdy naród ma taki rząd, na jaki zasłużył. Wiem, że to brzmi
niesprawiedliwie, ale naszego kraju także to dotyczy.
Przyjmujemy, iż ci, którzy danym krajem rządzą, to jego elity. Elity w sensie
faktycznym, politologicznym, nie zaś moralnym, wartościującym. Dana grupa
społeczna często jest elitą wcale nie dlatego, że jest szlachetniejsza,
uczciwsza, mądrzejsza. Z punktu widzenia rzeczowej analizy mechanizmów
społecznych elita jest nią, bo ma pewną istotną przewagę nad resztą
społeczeństwa. Jaką? Mówiąc najprościej: jest sprytniejsza. Czasem bardziej
bezwzględna. Bo ma wolę wpływania na losy innych ludzi. Bo jest wystarczająco
dobrze wewnętrznie zorganizowana. Bo posiada kompetencje i zasoby potrzebne do
rządzenia i potrafi się nimi posługiwać.

Elity dla siebie
Czasem danym narodem rządzą elity, które z niego się wyłoniły, kiedy indziej
elity pochodzące z zewnątrz – np. w wyniku podboju. Gdy już elity się wyodrębnią
i dojrzeją, stają się świadome swoich interesów i ich odrębności od interesów
reszty społeczeństwa. Z natury rzeczy elity lepiej rozumieją swoje interesy niż
reszta społeczeństwa. A gdy jakaś grupa społeczna już usadowi się na pozycji
elitarnej, robi wszystko, by tej pozycji nie utracić.
Demokracja od innych – autorytarnych – systemów rządzenia ma różnić się tym, iż
następuje w niej stała wymiana, krążenie elit. Dzisiaj rządzisz, bo zostałeś
wybrany, a po upływie kadencji z powrotem będziesz "zwykłym" obywatelem, zaś
władzę będą sprawować inni, uprzednio "zwykli". W praktyce jest inaczej. W
dobrych demokracjach jest nieco inaczej; w kiepskich – całkiem inaczej. Gdy
jakaś grupa już usadowi się u władzy, robi wiele, by swoją wyróżnioną, dającą
dostęp do przywilejów pozycję utrwalić. Przy ujęciu życzliwym nazwiemy to
profesjonalizacją polityki. Przy nieżyczliwym – utrwalaniem pasożytowania na
organizmie społecznym.
Od czego zależy zaistnienie jednej albo też drugiej sytuacji? Pierwsza polega na
tym, iż profesjonalni politycy w znacznej mierze (choć pamiętają, że bliższa
koszula ciału) działają na rzecz dobra wspólnego. Pasożyty zaś o interesach
obywateli pamiętają w stopniu minimalnym – tylko tyle, na ile jest to niezbędne
dla utrzymania się przy władzy. Od czego zależy to, czy rządząca elita to
współobywatele czy też pasożyty? Albo bardziej rzecz wycieniujmy: od czego
zależą proporcje aktywności elit w zabieganiu o interes swój oraz publiczny? Od
tego, czy elity czują się związane ze swoim krajem, ze swym narodem. To z kolei
w ogromnej mierze zależy od świadomości społecznej ludzi – od tego, jacy są ci,
co na dole. Od tego, na ile obywatele są naiwni, skłóceni, dający sobą
manipulować. Od tego, czy potrafią odróżniać ziarno od plew.
Tymczasem my, Polacy, po serii katastrof cywilizacyjnych – zabory, dwie wojny
światowe, komunizm – jesteśmy Narodem bardzo osłabionym, o wyrwanych,
zniszczonych elitach (przekonująco opisał to prof. Ryszard Legutko w swoim
"Eseju o duszy polskiej"), zbiorowością w sporej mierze zdeprawowaną i zbyt
często akceptującą zdeprawowane elity. Czyż przez ostatnie dekady lud
postpeerelowski zupełnie swobodnie nie wybierał postkomunistycznych polityków na
swoich posłów, premierów i prezydenta?

Odgórna transformacja
Teza, iż nasza transformacja to proces odgórnie prowadzony przez elity, nie jest
chyba oczywista dla polskich badaczy społecznych. Do głosów wyraźnie
stawiających ten problem należy pochodząca z 2007 r. wypowiedź profesor
socjologii Leny Kolarskiej-Bobińskiej (od 2009 r. jest europosłanką Platformy
Obywatelskiej): "Można (…) sformułować tezę, że politycy, wprowadzając nowy
system gospodarczy, byli wręcz zainteresowani niską aktywnością społeczeństwa.
Obawiali się bowiem jego reakcji na początkowy spadek poziomu życia wielu grup,
wzrost nierówności społecznych oraz bezrobocie. (…) Niska aktywność społeczna
i polityczna ludzi ułatwiała wedle polityków wprowadzenie gospodarki rynkowej.
(…) Obecnie (…) najsilniej odczuwanym skutkiem integracji europejskiej jest
napływ środków unijnych oraz wzrost gospodarczy. Stymuluje to wzrost aktywności
ekonomicznej, ale nie politycznej. (…) Nieważne, jaka jest władza, ważne, by
nie szkodziła rozwojowi gospodarczemu oraz nam w poprawie sytuacji naszych
rodzin – zdaje się myśleć wiele osób. (…) Rządy w krajach Europy
Środkowo-Wschodniej nigdy nie uzgadniały polityki z wyborcami, więc trudno
mówić, że po wejściu do Unii Europejskiej nagle przestały to robić. Reformy
rynkowe zostały uzgodnione przez elity antykomunistyczne i te wywodzące się z
dawnego systemu, a następnie wprowadzone przy aprobacie różnych międzynarodowych
instytucji. Również inne reformy – m.in. terytorialna, ubezpieczeń społecznych
czy edukacji – nie były konsultowane w Polsce w istotnym stopniu ze
społeczeństwem. Wyborcy po prostu głosowali raz na cztery lata, odrzucając
kolejne ekipy wprowadzające zmiany. Ani Bruksela, ani integracja europejska nie
są więc "winne" alienacji wyborców".
Szkoda, że analiza taka została ogłoszona dopiero w osiemnastym roku od
rozpoczęcia przemian ustrojowych. Jest to wypowiedź ważna, gdyż pokazuje ona –
prawidłowo moim zdaniem – w jaki sposób zbudowany został ład społeczny, w którym
obecnie żyjemy; ład, który tak często nas irytuje i budzi wątpliwości. Ale uwagi
prof. Kolarskiej-Bobińskiej wymagają dwóch uzupełnień. Po pierwsze, trzeba
wskazać, iż spora część wspomnianych elit antykomunistycznych była wcześniej
istotną częścią środowisk komunistycznych, które swoją władzę nad Polską
zawdzięczały Józefowi Stalinowi. Środowisk oderwanych od polskiej tradycji
narodowej, nierozumiejących jej, a niekiedy gardzących plebejskimi i katolickimi
wymiarami naszej kultury. W wolnej Polsce środowiska te szybko nawiązały sojusz
z formacją otwarcie postkomunistyczną.
Druga potrzebna korekta dotyczy ostatniego zdania powyższego cytatu, czyli roli
kontekstu Unii Europejskiej. Co się dzieje z osobami, które uzyskały awans
społeczny i weszły do grona elit danego kraju? Na przykład zostały posłami lub
wysokimi urzędnikami administracji publicznej. Osoby takie zaczynają
funkcjonować w otoczeniu społecznym istotnie odbiegającym od codziennego świata
większości ich wyborców. W otoczeniu bogatszym, bardziej "kulturalnym", na
poziomie "europejskim". Nowi członkowie elity są zapraszani na eleganckie
przyjęcia do ambasad, firm, na kolacje przez ludzi znacznie od nich bogatszych.
Czują, że sami chcieliby tacy być. Nawet jeśli przy wyborach nie sięgają po
wsparcie finansowe ze środowisk biznesu lub mediów, to chcieliby być częścią ich
świata – znacznie atrakcyjniejszego od świata ich wyborców z małych miasteczek.
Nowi członkowie elity nawet jeśli nie są skorumpowani w sensie finansowym, to
zostają "przeprogramowani" kulturowo. Objąwszy wysokie ministerialne stanowiska
w swoim kraju, zamiast troszczyć się o rozwój Polski, myślą o kolejnych krokach
kariery w instytucjach międzynarodowych, głównie w Unii. Swoją wrażliwość, swoje
życiowe radary odwracają od godnego politowania "plebsu" w stronę
kosmopolitycznej nowoczesności.
Środowiska elit, gdy już okrzepną, chcą grać z silniejszym. Naród słaby,
zdemobilizowany bardziej nadaje się na przedmiot manipulacji niż na partnera
polityki. Nie rozwiążemy problemu elit w Polsce, tj. nie wymusimy od nich pracy
na rzecz dobra wspólnego, jeśli nie podniesiemy się jako Naród. Jak to zrobić?
To już się dzieje. Obóz niepodległościowy w Polsce coraz lepiej rozumie, że
tylko Naród oddolnie zorganizowany jest zdolny wytworzyć służące mu elity, a
zarazem część dotychczasowych elit wziąć na smycz. Od czego to zależy? Od tego,
na ile rosnące obywatelskie, patriotyczne zaniepokojenie, znajdujące coraz
silniejszy wyraz w rosnącym "Archipelagu Polskości", zaowocuje skutecznymi
projektami konsolidacji tego właśnie archipelagu – w większe, lepiej
zorganizowane kontynenty polskości. Oddolna praca organiczna już trwa.
Dotleniana jest tkanka społeczna, wprowadzane są do niej takie składniki,
których brakuje. Trzeba ten proces przyspieszyć, korzystając z odkryć
współczesnych nauk społecznych.

Plan dla Polski
Sekwencja planu dla Polski jest następująca. Po pierwsze, należy skatalogować te
liczne, tysięczne oddolne inicjatywy ludzi z patriotyzmem w sercach, którzy
tworzą przybierający na sile "Archipelag Polskości". Po drugie, istnieje
potrzeba zorganizowania kongresu polskości, który wytyczy ścieżki łączenia
składającego się z małych wysp i wysepek archipelagu w większe, żywotne
organizmy. Po trzecie, ścieżki konsolidacji wymagają wzmocnienia przez
profesjonalnie przygotowane warsztaty patriotycznego przywództwa dla osób, które
już ukazały swój potencjał, tworząc (często jakby z niczego) okrzepłe już
inicjatywy. Dobrym rozwiązaniem byłoby uruchomienie programu coachingu
patriotycznego dla liderów o największym potencjale, który przyspieszy i
sprofesjonalizuje proces konsolidacji "Archipelagu Polskości".
Alternatywne spojrzenie na naszą rzeczywistość dojrzewa. W nas. Dzięki tym,
którzy tworzą setki, tysiące oddolnych projektów z polskością w sercu.

Wsparcie dla wartości
Jak wskazał aforysta, "Prawda zwycięża… nie bez oręża". Podobnie wartości
ogólne, wspólnotowe nie potrafią przetrwać bez wsparcia. Bez wsparcia we
wspólnocie właśnie. Ale co konkretnie znaczy wspólnota? To złożona sieć
powiązań, organizacji, instytucji, które na poziomie i symbolicznym, i
funkcjonalnym zakorzeniają wartości w interesach. Tak, w interesach. Gdy
umiejętnie, nowocześnie powiążemy tradycyjne wartości polskości z rozsądnymi
interesami licznych środowisk, tkanka instytucjonalna naszego społeczeństwa
zmieni się i okrzepnie. Elity są dla siebie i dla innych elit wtedy, gdy naród
jest słaby. Skłócony. Niepewny siebie. Ale gdy potrafi się zorganizować, wtedy
trzeba się z nim liczyć.

 

Prof. Andrzej Zybertowicz socjolog
 


Autor jest adiunktem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika,
opublikował niedawno książkę "Pociąg do Polski. Polska do pociągu".

drukuj