Agitka wyborcza na rzecz PO i Palikota

Żenujący platformerski spot wyborczy tendencyjnie pokazujący Polaków
broniących krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie jako dzicz z maczugą
posłużył reżyserowi "Wyzwolenia" w Teatrze Na Woli za lejtmotyw przedstawienia.
Oglądamy zatem wielki drewniany krzyż usytuowany w centralnym miejscu sceny, pod
nim ułożone palące się znicze, kwiaty i zbiorowisko jakichś prymitywnych
osobników agresywnie zachowujących się i skandujących raz po raz "Polska",
"Polska", co wywołuje śmiech na widowni. A gotowe do walki zaciśnięte pięści
sugerują, że gotowi są zamordować każdego, kto nie jest z nimi. To ma być
wizerunek tzw. moherowych Polaków.

Dlaczego reżyser nie pokazał drugiej strony, czyli "palikotów" (mówiono, że
zostali wynajęci przez Palikota), którzy nas, modlących się pod krzyżem, bili,
straszyli, opluwali? Satanistyczne, wyzywające tatuaże, odrażające przekleństwa,
butelki w rękach i agresywna postawa przygotowana do bitwy. Wyglądali i
zachowywali się jak bandyci, którzy świeżo opuścili więzienie. Robili, co
chcieli, przy całkowitej obojętności policji wesoło przyglądającej się tym
bandyckim zachowaniom. Piszę o tym nie na podstawie czyichś relacji, lecz z
autopsji, bo osobiście doświadczałam agresji bojówkarzy.

Reżyser Piotr Jędrzejas jednak ich nie pokazał, bo premiera "Wyzwolenia" w
Teatrze na Woli wyznaczona na pięć godzin przed ciszą wyborczą miała spełnić dwa
zadania: ośmieszyć, zdyskredytować środowisko polskich katolików i agitować
widzów, by głosowali na PO, której przedstawicielka Hanna Gronkiewicz-Waltz
zezwoliła na satanistyczną manifę, a może także na palikotową grupę. Wszak to,
co oglądamy na scenie, pozwala sądzić, iż Piotr Jędrzejas pobierał lekcje
właśnie u Palikota. Jest tu więc atak na symbolikę religijną, na znaki wiary
katolickiej, na Kościół (zajadle karykaturalny wizerunek wiernych i duchownych),
poniewieranie krzyża (rzucony na podłogę, przydeptywany niby niechcący przez
przechodzących aktorów, oderwanie ramienia krzyża i traktowanie tego jako deski
do walki i zatkania drzwi), ośmieszanie i dyskredytacja Eucharystii w postaci
kielicha mszalnego wypełnionego krwią itd.
A ponieważ chrześcijaństwo i krzyż definiują polskość na przestrzeni naszych
dziejów i ściśle łączy się to nie tylko z naszą tożsamością religijną, ale i
narodową, i kulturową, więc w spektaklu zanegowano wszystkie wartości, cały nasz
dorobek narodowy, którego symbolem jest tutaj Wawel. A ogrywanie w niecny sposób
flagi polskiej, brukanie naszych barw narodowych powinno być prawnie zabronione.
Są pewne granice tzw. ekspresji artystycznej. Zresztą, o kształcie artystycznym
tego przedstawienia nie ma co mówić, albowiem termin "artystyczny" nie jest w
najmniejszym stopniu adekwatny do tego, co dzieje się na scenie. Grupa
zdezorientowanych aktorów biega tam i z powrotem, wykrzykując jakieś kwestie w
niezrozumiały sposób, bo tak podstawowe narzędzie pracy aktora jak dykcja tutaj
nie istnieje. Muza Agnieszki Warchulskiej tak sepleni, że trudno wytrzymać.
Harfiarka (Julia Wyszyńska) sposobem bycia przypomina prostytutkę, a Wróżka
Izabeli Dąbrowskiej (dobrej przecież aktorki) to zupełne nieporozumienie itd.
Pośród owego tłumu jawi się Konrad (Marcin Sztabiński), który nie jest w stanie
przebić się przez miałkość i chaos bałaganu na scenie. A już zupełnie nie
wiadomo, dlaczego jeden z najpiękniejszych monologów w całej naszej literaturze:
"Chcę żeby w letni dzień, w upalny letni dzień, przede mną zżęto żytni łan…",
Marcin Sztabiński wygłasza, siedząc w kucki jakby w toalecie. Co to ma oznaczać?
Reżyser Piotr Jędrzejas nie pomógł aktorowi. Wynajął natomiast innego, znanego
aktora, Jerzego Trelę do roli Geniusza – Szatana, co zresztą w niczym nie
podniosło tej miernoty, bo Trela też nie za bardzo wie, kogo ma grać. Napina się
niczym balon, jak do najważniejszej w życiu roli i… nic. Szkoda, bo przecież
to świetny aktor, którego wielka rola Konrada w pamiętnej inscenizacji
"Wyzwolenia" Konrada Swinarskiego z lat 70. stała się niejako kanonem dla
następnych odtwórców Konradów.
Tekst Wyspiańskiego jest tu tylko przyczynkiem do załatwienia innych spraw,
pozaartystycznych. Bardzo to przypomina czasy PRL, kiedy cenzura szalała i
Wyspiańskiego wystawiało się "ideologicznie". Ale wtedy publiczność
inteligentnie odbierała treści między wierszami, które nierzadko aktorzy
zgrabnie przekazywali ze sceny. I znakomicie rozumieliśmy się wzajemnie, teatr i
my, publiczność. Dzisiaj teatr jest mocno lewoskrętny i wdał się w alianse z
władzą. Nierzadko staje się jej przedłużonym ramieniem. Obecna inscenizacja
"Wyzwolenia" jest tego wyraźnym przykładem.
Wprawdzie tytuł przedstawienia zgodny jest z tytułem, jaki nadał swemu dramatowi
Stanisław Wyspiański, ale całość, którą oglądamy na scenie, z Wyspiańskim
niewiele ma wspólnego. Posiekany na plasterki dramat autora, wyrzucenie m.in.
bardzo pięknej sekwencji Starego Aktora (mam przed oczyma inscenizację Macieja
Prusa z Gustawem Holoubkiem w tej roli mówiącym: "Mój ojciec, to był bohater, a
ja…"), wprowadzenie zupełnie bezsensownych, pełnych horroru scen. Mało tego,
silna ingerencja reżyserska w literę tekstu zmienia intencje autorskie.
Warto więc przypomnieć, iż dramat Wyspiańskiego to rodzaj testamentu i credo
autora. Właśnie w "Wyzwoleniu", obok "Wesela", chyba najbardziej wyraziście i
najsilniej Stanisław Wyspiański daje świadectwo swojej postawy wobec Boga i
Ojczyzny, daje świadectwo jej ukochania i troski o nią, niepokoju o jej
niezależny byt, o los Narodu jako podmiotu zbiorowego, ale też o los jednostek
tworzących ten Naród. Jest ostry i bezkompromisowy w wytykaniu wad, ospałości i
braku podjęcia konkretnego czynu, niezbędnych działań, byśmy nie zatracili tych
wartości, które Polacy nieśli przez wieki, co pozwoliło nam przetrwać jako
Narodowi nawet w czasie, gdy Polska wykreślona była z mapy. "Wyzwolenie" to
także troska o los artysty i refleksja nad powinnością sztuki, zwłaszcza teatru,
nad jego rolą i miejscem w społeczeństwie. Jest to powinność wobec widza i wobec
samej sztuki, której integralną częścią musi być element metafizyczny, bo bez
odniesienia do Boga nie można tworzyć.
Czy reżyser Jędrzejas choć przez chwilę brał to pod uwagę. Najwyraźniej nie.
Powstał więc jeden wielki bełkot nastawiony na nachalną publicystykę
ośmieszającą i dyskredytującą Polaków, którzy kochają swoją Ojczyznę, którzy na
przestrzeni wieków ofiarnie dla niej pracowali, a gdy trzeba – oddawali życie.
Odmóżdżony spektakl Jędrzejasa jest jak czołg albo walec, którego jedynym
zadaniem było staranować wszystko to, co stoi na drodze w załatwieniu konkretnej
sprawy: głosowaniu na PO i Ruch Palikota. Co zresztą prawie na jedno wychodzi,
jak to już dzisiaj wiemy.
Zatem czy państwowy teatr, a więc opłacany z naszych podatków, w tym także
moich, ma moralne i konstytucyjne prawo do uprawiania takiego procederu, którym
jest nachalne nakłanianie do głosowania na konkretną partię? O tym, by ktoś z
władz się tym zainteresował od strony prawnej, nie ma co marzyć, skoro teatr ten
działa na rzecz owych władz. Ale jest przecież opozycja, może zatem warto
przyjrzeć się sprawie.

 

Temida Stankiewicz-Podhorecka
krytyk teatralny


"Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego, reż. Piotr Jędrzejas, scenog. kost.
Jan Kozikowski, muz. Michał Górczyński, chor. Artur Dobrzański, Teatr Na Woli,
Warszawa.

drukuj