fot. TV Trwam

Sędzia K. Borszowska-Moszowska dla „Naszego Dziennika” o zakazie wykładania na AKSiM: Prezes od początku mojej działalności publicznej, która zresztą zaczęła się właśnie w Telewizji Trwam i Radiu Maryja, był niezmiernie zbulwersowany tym faktem

Prezes od początku mojej działalności publicznej, która zresztą zaczęła się właśnie w Telewizji Trwam i Radiu Maryja, był niezmiernie zbulwersowany tym faktem. Wzywał mnie na dywanik. Zaczął podejmować różnego rodzaju działania, łącznie z tym, że złożył w ubiegłym roku wniosek o postępowanie dyscyplinarne wobec mnie. W minionym roku, w listopadzie, dostałam sprzeciw odnośnie do wykładów na uczelni wałbrzyskiej – powiedziała sędzia Kamila Borszowska-Moszowska w rozmowie z Zenonem Baranowskim z „Naszego Dziennika”.

Zenon Baranowski: Prezes Sądu Okręgowego w Świdnicy wydał Pani zakaz prowadzenia zajęć w Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Od sprzeciwu wyrażonego przez prezesa sądu nie ma już możliwości odwołania?

Sędzia. K. Borszowska-Moszowska: Tak. To decyzja ostateczna i nie podlega zaskarżeniu. W związku z taką konstrukcją tego przepisu będę składała skargę konstytucyjną o zbadanie konstytucyjności tego przepisu ustawy wraz z wnioskiem o wydanie postanowienia zabezpieczającego. Jest konstytucyjna zasada prawa do sądu i prawa do odwołania się od każdej decyzji. Mamy w tym przypadku taką sytuację, w której prezes sądu decyduje o moim prawie do wolnego wyboru pracy. Oczywiście sędziowie mają ograniczenie wynikające właśnie z tego przepisu, ale nie może być też tak, że to ograniczenie jest stosowane instrumentalnie poprzez dyskrecjonalną decyzję prezesa sądu. A tutaj mamy do czynienia z taką sytuacją.

Prezes sądu zarzucił Pani niedotrzymanie terminu o powiadomieniu o wykładach w AKSiM.

– Prezes sądu wyprowadza sobie jakiś termin, który nie wynika z ustawy, sam go skonstruował. Zgodnie z Konstytucją ograniczenia praw, nie tylko sędziów, ale i każdego obywatela, muszą wynikać z ustawy. Dlatego nie można tworzyć pozaustawowych kryteriów ograniczenia praw i wolności. Mamy tutaj do czynienia z nadużyciem.

W ogóle nie uznaję tego sprzeciwu, ponieważ uważam, że ten przepis, w oparciu o który został wydany, jest niezgodny z Konstytucją. Ponadto prezes podejmuje wobec mnie działania odwetowe, o których mowa jest w ustawie o sygnalistach. Jest w niej taki przepis, że jeżeli występują zachowania o charakterze bezprawnym, to ja je sygnalizuję i jestem objęta ochroną. Wie o tym prezes sądu apelacyjnego, wie o tym wizytator. Wszyscy wiedzą, ale najwyraźniej jest to im obojętne. Ja jako osoba, która śmie się krytycznie wypowiadać na temat działań ministrów Adama Bodnara czy Waldemara Żurka, jestem wyklęta. To pokazuje specyfikę tego środowiska.

Istotne jest to, że Pani już wcześniej prowadziła wykłady w AKSiM, i wówczas prezes sądu nie formułował sprzeciwów.

– Tak, cały ubiegły rok prowadziłam wykłady. O czym, oczywiście, doskonale wiedział prezes. Miałam na to zgodę do 30 września tego roku.

Czy katolicki profil uczelni, prowadzenie jej przez zakon redemptorystów, mógł mieć wpływ na taką decyzję?

– Nie da się ukryć, że osoba dyrektora Radia Maryja, o. dr. Tadeusza Rydzyka, założyciela uczelni, i AKSiM mają znaczenie. To atakujące mnie środowisko w dużej mierze bardzo mocno krytykuje Kościół. Dlatego ja ze swoimi przekonaniami, które bardzo mocno demonstruję – a uważam, że to jest moje prawo – wywołuję ich sprzeciw.

Wykłady dydaktyczne prowadzone przez sędziów w szkołach wyższych to nie jest nic nadzwyczajnego.

– Oczywiście, to jest bardzo powszechna sytuacja. W moim sądzie są sędziowie, którzy prowadzą wykłady i nie dostają sprzeciwu. Jestem chyba jedyną osobą, co do której w całej apelacji wrocławskiej, jak nie w Polsce, taki sprzeciw się pojawił.

Zwraca Pani uwagę, że prezes sądu negatywnie odnosi się do Pani aktywności akademickiej w AKSiM oraz generalnie do działalności publicznej.

– Prezes od początku mojej działalności publicznej, która zresztą zaczęła się właśnie w Telewizji Trwam i Radiu Maryja, był niezmiernie zbulwersowany tym faktem. Wzywał mnie na dywanik. Zaczął podejmować różnego rodzaju działania, łącznie z tym, że złożył w ubiegłym roku wniosek o postępowanie dyscyplinarne wobec mnie. W minionym roku, w listopadzie, dostałam sprzeciw odnośnie do wykładów na uczelni wałbrzyskiej.

Padają zarzuty do mojego orzecznictwa, że dostałam dwa wytyki orzecznicze. Ale na to ma wpływ pewien układ personalno-środowiskowy. Jeden wytyk został rozpoznany przez Sąd Najwyższy i uchylony. Sąd Najwyższy stwierdził rażące nadużycie sądu apelacyjnego. Niestety, w drugim przypadku sprawa cały czas nie została rozpatrzona.

W 2024 roku miałam trzy uchylenia wyroków, a w 2025 roku ponad 10. Ale podłoże tego nie jest merytoryczne. Jako jedyna stosuję się do wyroku Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego emerytów – i te moje wyroki są w apelacji uchylane. Moja praktyka orze-cznicza w tym względzie jest krytykowana – że jak ja mogę stosować wyroki TK, którego skład jest nieuznawany przez to środowisko, a wyroki nie są opublikowane. To jest działanie w poczuciu bezkarności, ponieważ jest to element mojej niezawisłości sędziowskiej. Oni nie mają prawa w to wkraczać. Co więcej, zorganizowano nawet naradę w sądzie apelacyjnym. To w ogóle jest niedopuszczalne, żeby sędziowie naradzali się odnośnie do bieżącego orzecznictwa. W oficjalnym piśmie zwróciłam się do prezesa sądu apelacyjnego, że absolutnie odmawiam udziału w tej naradzie, uważam, że to wkracza w moją niezawisłość sędziowską, co spotkało się oczywiście ze strasznym oburzeniem. Moja statystyka uchyleń wynika z tego, że po prostu nie akceptuję linii orzeczniczej sądu apelacyjnego. Ja nie patrzę na statystykę. Dla mnie ważny jest człowiek i nie będę się na nich oglądać. Mam swoje podejście. Bardzo często wydaję wyroki zupełnie nie z linią sądu apelacyjnego. Początkowo te wyroki były zmieniane, a teraz są uchylane, aby mnie przymusić do tego, żebym zmieniła zdanie, ale ja go nie zmienię.

Wskazuje Pani, że działania ze strony prezesa sądu przybierają nawet formę mobbingu.

– Tak, uważam, że to jest mobbing, a trwa to już ponad dwa lata. Z tej racji złożę zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Zamierzam również skierować skargę do ETPC, ponieważ została już przekroczona pewna granica.

Prezes, wykorzystując nieprawomocny wytyk, powiadomił o tym rektora wałbrzyskiej uczelni, do czego nie miał prawa, ponieważ obowiązuje ochrona danych osobowych. Dlatego nie otrzymałam w tym roku etatu na uczelni. W swojej pracy orzeczniczej zawsze miałam świetne statystyki. Absolutnie nikt nie kwestionował tego od strony merytorycznej. W ubiegłym roku, gdy nasłano na mnie dziennikarzy, to prezes mówił, że on nie ma do mnie merytorycznie zastrzeżeń. Przeprowadzona w tym roku lustracja objęła dziwnym trafem pięć miesięcy, akurat kiedy przebywałam dłużej na urlopach. Stąd miałam niższy wskaźnik pokrycia wpływu niż zawsze, bo mam powyżej 100 proc. A teraz miałam 92 proc. I to zostało wykorzystane. To była lustracja pod tezę. Napisałam swoje zastrzeżenia do protokołu, ale mam podstawy sądzić, że nikt ich nawet nie przeczytał. Poza tym w drugiej połowie września miałam pokrycie 103 proc., czyli te paramenty zupełnie się zmieniły w stosunku do okresu objętego lustracją. Jestem osobą, która zastępuje przewodniczącego wydziału. Zawsze. Po drugie, moje pytanie prawne przyjął do rozpoznania Trybunał Konstytucyjny, co jest ogromnym sukcesem. Nie ma chyba w historii Sądu Okręgowego w Świdnicy faktu, żeby komukolwiek przyjęto pytanie prawne. Nie chcę iść utartymi ścieżkami, tylko staram się pomóc ludziom w zakresie prawa ubezpieczeń społecznych, i często wychodzę poza schematy, a oni tego po prostu nie lubią, a lubiani są „rzemieślnicy”.

Dziękuję za rozmowę.

Zenon Baranowski/Nasz Dziennik

drukuj