„Nasz Dziennik”: Rosyjski gaz płynie do Europy
Niemiecka gospodarka wyraźnie słabnie, a Friedrich Merz ma coraz większą opozycję również we własnej partii. Do tego we wrześniu odbędą się wybory w trzech krajach związkowych, więc presja polityczna będzie tylko rosła. Niemcy będą zatem szukać rozwiązań, także tych mniej wygodnych politycznie. Mogą zwiększać zakupy gazu i próbować zabezpieczyć dostawy przed zimą. Dzisiaj płacą za niego coraz wyższą cenę. Oficjalnie Berlin będzie oczywiście trzymał się swojej polityki i deklarował przestrzeganie sankcji. Ale między deklaracjami a rzeczywistością zawsze jest pewna przestrzeń. Jeżeli zabraknie gazu, Niemcy mogą próbować ją wykorzystać. Będą szukać sposobów, aby rosyjski surowiec ponownie trafił na ich rynek – mówił w rozmowie z Rafałem Stefaniukiem z „Naszego Dziennika” dr Bogdan Rzońca, poseł Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego.
Rafał Stefaniuk „Nasz Dziennik”: UE nadal kupuje znaczące ilości rosyjskiego gazu, głównie LNG, mimo oficjalnego planu odejścia od tego surowca do 2027 roku. Co więcej, w niektórych okresach 2026 roku import nawet rośnie. W czerwcu import rosyjskiego LNG do UE był o 14 proc. wyższy rok do roku. Czy jest Pan tym zaskoczony?
Dr Bogdan Rzońca: Nie jestem zaskoczony. Cała polityka energetyczna Unii Europejskiej w dużej mierze służy interesom Niemiec, a Niemcy przede wszystkim patrzą na własne bezpieczeństwo energetyczne. Po drugie, problem jest bardzo konkretny: magazyny gazu w Europie Zachodniej są po prostu słabo wypełnione. Średni poziom zapełnienia magazynów w Unii Europejskiej wynosi niewiele ponad 57 proc. W Niemczech to obecnie 46,8 proc., podczas gdy pięcioletnia średnia dla tego okresu wynosi 71,6 proc. We Francji magazyny są wypełnione w 57,1 proc., przy średniej na poziomie 75,2 proc. W tej sytuacji wszyscy zaczynają szukać możliwości pozyskania dodatkowych ilości gazu. Oczywiście jest tu również interes ekonomiczny, bo na takim kryzysie można zarobić. Ale problem jest poważniejszy. Coraz częściej słychać obawy, że jeśli sytuacja na rynku gazu się nie poprawi, część państw Europy Zachodniej może przed zimą zacząć odchodzić od dotychczasowej polityki sankcyjnej wobec Rosji. To wszystko jest dzisiaj w grze. Jeżeli zabraknie gazu, to sytuacja będzie tragiczna. Kryzys energetyczny potrafi bowiem przerodzić się w kryzys gospodarczy, a ten z kolei może być zabójczy dla każdego rządu. Niewykluczone, że problemy z energią będą miały również konsekwencje polityczne dla kanclerza Friedricha Merza. Jeśli koszty kryzysu zaczną ponosić niemieckie gospodarstwa domowe i przemysł, presja na rząd będzie rosła. Takie opinie coraz częściej pojawiają się na korytarzach Parlamentu Europejskiego.
Uważa Pan, że Niemcy mogą zacząć obchodzić własną politykę sankcyjną wobec Rosji?
– Tak, ale moim zdaniem to teoria oparta na bardzo konkretnych przesłankach. Tym bardziej, że ugrupowania takie jak AfD już otwarcie domagają się zmiany polityki energetycznej. Niemiecka gospodarka wyraźnie słabnie, a Friedrich Merz ma coraz większą opozycję również we własnej partii. Do tego we wrześniu odbędą się wybory w trzech krajach związkowych, więc presja polityczna będzie tylko rosła. Niemcy będą zatem szukać rozwiązań, także tych mniej wygodnych politycznie. Mogą zwiększać zakupy gazu i próbować zabezpieczyć dostawy przed zimą. Dzisiaj płacą za niego coraz wyższą cenę. Oficjalnie Berlin będzie oczywiście trzymał się swojej polityki i deklarował przestrzeganie sankcji. Ale między deklaracjami a rzeczywistością zawsze jest pewna przestrzeń. Jeżeli zabraknie gazu, Niemcy mogą próbować ją wykorzystać. Będą szukać sposobów, aby rosyjski surowiec ponownie trafił na ich rynek.
Będą kupować rosyjski gaz przez pośredników?
– Już to robią. Tak właśnie to wygląda. Niemcy korzystają z pośredników. Rosyjskie LNG rozładowywane we Francji w dużej części trafia później do odbiorców w Niemczech. Surowiec może być wprowadzany do niemieckiej sieci przesyłowej w ramach handlu wewnątrz-unijnego, więc formalnie nie musi już wyglądać jak bezpośredni zakup od Rosji. Podobne mechanizmy mogą dotyczyć gazu sprowadzanego przez terminale w Belgii. I tutaj zaczyna się problem. Część tego surowca może w praktyce być po prostu „wybielonym” rosyjskim gazem. Zmienia się miejsce przeładunku, zmienia się pośrednik, dokumenty wyglądają inaczej, ale na końcu tego łańcucha nadal może znajdować się rosyjski surowiec. Do tego dochodzi cała kwestia tak zwanej floty cieni. Pojawiają się tankowce pływające pod różnymi banderami, zmieniające właścicieli i trasy. Trudno mi powiedzieć, jak duża część tego handlu jest rzeczywiście kontrolowana i gdzie dokładnie przebiegają wszystkie jego ścieżki. Nie jestem specjalistą od tego rynku. Wiem natomiast jedno: możliwości obchodzenia ograniczeń jest bardzo dużo i trudno uwierzyć, że wszystkie są skutecznie monitorowane. Ostatecznie najważniejsze jest to, kto na tych transakcjach zarabia. A jeśli rosyjski surowiec wciąż trafia na europejski rynek, nawet okrężną drogą, to Władimir Putin nadal czerpie z tego pieniądze.
Francja staje się jednym z najważniejszych odbiorców rosyjskiego LNG. Francuzi rzeczywiście mogą uważać, że rosyjskie zagrożenie jest od nich na tyle odległe, że można je ignorować?
– Francja wcale nie jest od Rosji daleko, a przez lata prowadziła politykę opartą na przekonaniu, że z Kremlem można się porozumieć. Emmanuel Macron wielokrotnie rozmawiał z Władimirem Putinem i próbował przekonywać go, żeby nie rozpoczynał wojny na Ukrainie. Jak wiemy, niewiele z tego wynikło. Dzisiaj Macron płaci za tę politykę bardzo wysoką cenę. Ma niskie poparcie, a jego obóz ma poważne problemy we Francji. Powoli jednak w Europie zaczyna dojrzewać pewien realizm. Coraz więcej państw rozumie, że Rosję trzeba nie tylko symbolicznie sankcjonować, ale przede wszystkim ograniczać jej możliwości finansowania wojny. Dopóki Rosja może sprzedawać za granicę ropę, gaz, węgiel czy inne surowce, dopóty Putin ma pieniądze na prowadzenie tej polityki. Sankcje mają sens wtedy, kiedy rzeczywiście ograniczają dochody Kremla. Nie można jednocześnie mówić o izolowaniu Rosji i pozwalać, żeby rosyjskie surowce nadal płynęły do Europy, tylko innymi kanałami. I dlatego uważam, że sytuacja jest poważna. Rosja nie wygląda na państwo, które przygotowuje się do szybkiego zakończenia konfrontacji z Zachodem.
Czyli sankcje są konstruowane tak, że z jednej strony mają uderzać w Rosję, a z drugiej pozostawiają wystarczająco dużo furtek, by można było je obchodzić?
– To jest nonsens i kompromitacja Unii Europejskiej. Mamy już 21 pakietów sankcji, a nadal nie potrafimy jednym zdecydowanym ruchem odciąć Rosji dostępu do kluczowych obszarów. Można przecież jasno powiedzieć: odcinamy rosyjskie banki, ograniczamy dostęp do nowoczesnych technologii, innowacyjnych produktów i handlu. Tymczasem zamiast zdecydowanych działań mamy kolejne wyjątki, ograniczenia, mechanizmy, które można obchodzić. Putin przez lata uzależniał od Rosji wiele państw Europy Zachodniej. Na jego liście płac znajdowali się byli politycy, w tym kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, a także ministrowie i wpływowi ludzie z Austrii, Holandii czy Włoch. Te relacje biznesowe i polityczne były przez lata bardzo starannie budowane. Unia Europejska niestety nie potrafiła skutecznie zatrzymać Putina. Słyszymy dziś opowieści o konsolidacji, o zwiększaniu wydatków na bezpieczeństwo, o przygotowywaniu kolejnych budżetów i wzmacnianiu europejskiego przemysłu obronnego. Tyle że zbudowanie realnej zdolności do rywalizacji z Rosją nie wydarzy się w ciągu kilku lat, to jest perspektywa dziesięcioleci.
Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk/”Nasz Dziennik”



