Mec. R. Dorosiński o wprowadzaniu edukacji seksualnej do szkół: Minister edukacji nie obchodzą gwarancje zawarte w konstytucji i prawie międzynarodowym. Ma swoją wizję szkodliwego programu edukacji zdrowotnej i chce ją narzucić wszystkim rodzicom w Polsce
Pani minister edukacji chce po prostu pokazać „figę z makiem” rodzicom i powiedzieć, że nie obchodzą jej gwarancje zawarte w konstytucji i prawie międzynarodowym. Nie interesuje jej to. Ona ma swoją wizję szkodliwego programu edukacji zdrowotnej i chce ją narzucić wszystkim rodzicom w Polsce – mówił mec. Rafał Dorosiński, prawnik z Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, komentując w niedzielnych „Rozmowach niedokończonych” na antenie TV Trwam próby narzucenia rodzicom i uczniom edukacji seksualnej w ramach przedmiotu edukacja zdrowotna.
Rewolucja kulturowa, z jaką mamy do czynienia, opiera się na rewolucji seksualnej. Możemy zauważyć, jakie efekty przyniosła ona na Zachodzie, gdzie jest obecna od lat.
– Ten sam proces dzisiaj próbuje się wprowadzić w Polsce poprzez fortel, podstęp, jakim ma być wprowadzenie nowego przedmiotu do edukacji szkolnej o miłej nazwie: edukacja zdrowotna. Wszyscy, którzy stoją za tym przedmiotem – na czele z panią minister edukacji, Barbarą Nowacką – wprost wskazują, że chodzi w nim także (albo przede wszystkim) o to, żeby wprowadzić edukację seksualną, czyli coś, o co Lewica walczy od dawna, coś, co do tej pory jej się nie udawało – zwrócił uwagę mec. Rafał Dorosiński.
Permisywna edukacja seksualna ma zastąpić przedmiot wychowanie do życia w rodzinie. Gość „Rozmów niedokończonych” wskazał, że przedmiot ten, funkcjonujący od lat w polskich szkołach, umieszczał seksualność we właściwym dla niej kontekście.
– W kontekście odpowiedzialności, w kontekście rodziny, w kontekście prokreacji, Te wszystkie konteksty mają zostać unicestwione, mają zostać wyrzucone do kosza, a seksualność ma zostać przedstawiona przede wszystkim w kontekście przyjemności. W ten sposób ma się doprowadzić do takich efektów, jakie osiągnięto w krajach zachodnich, a te efekty są także mierzalne. Da się je wykazać w postaci liczb. Przecież one wyrażają się w wyższych wskaźnikach chorób przenoszonych drogą płciową, w wyższych wskaźnikach ciąż nastolatek, w wyższych wskaźnikach gwałtów. To są wszystko wskaźniki, które w Polsce są i były w ostatnich latach niższe niż w tych krajach, które prowadziły tego typu wulgarną edukację seksualną. Dzisiaj stoimy w sytuacji, w której chce się wprowadzić rewolucję do polskich szkół – mówił prawnik.
Wprowadzenie edukacji seksualnej do polskich szkół ma się odbyć wbrew woli rodziców – w przeciwieństwie do WDŻ-u, który był przedmiotem dobrowolnym. Narzucenie takiego przedmiotu godzi w polską konstytucję i akty prawa międzynarodowego. Dają one rodzicom pierwszeństwo, jeśli chodzi o wychowanie dzieci.
– Pani minister chce po prostu pokazać „figę z makiem” rodzicom i powiedzieć, że nie obchodzą jej te wszystkie gwarancje. Nie interesuje jej to. Ona ma swoją wizję tego szkodliwego programu i chce ją narzucić wszystkim rodzicom w Polsce – podkreślił rozmówca TV Trwam.
W odpowiedzi na zamiary ministerstwa edukacji wybuchły protesty pod hasłem „TAK dla edukacji – NIE dla deprawacji”. Mec. Rafał Dorosiński stwierdził, że ich skala zaskoczyła rządzących. Z ust wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza padła propozycja, by edukację zdrowotną uczynić przedmiotem nieobowiązkowym. Pojawia się jednak pytanie, czy taki stan rzeczy byłby zadowalający. Zdaniem prawnika z Ordo Iuris tylko odwlekłoby to sprawę, bowiem przedmiot i tak mógłby stać się obowiązkowy za kilka lat. Dlatego istotna jest walka o całkowite wycofanie się Ministerstwa Edukacji Narodowej z tego zgubnego pomysłu. Jednak nawet jeśli resort odpuści w sprawie edukacji zdrowotnej, to wciąż istnieje ryzyko, że podobny przedmiot zostanie nam narzucony przez struktury unijne, jeśli dalej będzie kontynuowana polityka oddawania im wyłącznych kompetencji krajów członkowskich.
– To, co nam pozostaje, to podkreślanie tej elementarnej zasady (dotyczącej także edukacji), czyli zasady subsydiarności, pomocniczości. To jest zasada uznawana zarówno w polskim porządku prawnym, w konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, jak i w prawie unijnym. Stanowi ona, że wspólnota państwowa nie może ingerować we wspólnoty bardziej podstawowe, o ile działają one w sposób poprawny, o ile nie zachodzi jakaś patologia. Natomiast proces ujednolicania systemu edukacji, proces jego szycia zgodnie z miarą przedstawianą w Brukseli, jest zaprzeczeniem tej zasady, bo stanowi, że to niejako odgórna struktura unijna czy (…) krajowa narzuca bardziej podstawowym formom bytności ludzkiej – rodzinie, lokalnym społecznościom – pewną wizję edukacji, z której te podstawowe wspólnoty nie mogą się wycofać, nie mają wyboru – mówił gość „Rozmów niedokończonych”.
Prawnik zwrócił uwagę, że w parze z próbą wprowadzenia edukacji seksualnej następuje proces wypłukiwania programu nauczania z treści patriotycznych i chrześcijańskich pod płaszczykiem „odchudzania” podstawy programowej.
radiomaryja.pl



