[NASZ DZIENNIK] Ideologiczne obciążenia
Nowe unijne rozporządzenie o wylesianiu stawia przed polskimi firmami rygorystyczne wymagania, które mogą znacząco podnieść koszty i utrudnić dostęp do rynku – wskazuje Rafał Stefaniuk na łamach „Naszego Dziennika”.
Rozporządzenie Unii Europejskiej w sprawie wylesiania (EDUR) wywróci sytuację w kilkudziesięciu branżach gospodarki. W Polsce dotknie prawie 120 tys. firm. Dotyczy ono tych podmiotów, których działalność związana jest ze sprowadzaniem i z wykorzystywaniem towarów związanych z bydłem, kakao, kawą, olejem palmowym, kauczukiem, soją i drewnem.
– Rozporządzenie w założeniu ma przeciwdziałać wylesianiu, głównie w krajach Ameryki Południowej i Azji. Chodzi o to, aby wymienione w rozporządzeniu produkty pochodziły wyłącznie z terenów, które nie zostały poddane deforestacji. Jest to bardzo istotna zmiana przepisów, która wpłynie na funkcjonowanie wielu polskich firm – mówi „Naszemu Dziennikowi” Paweł Sałek, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa.
Założeniem rozporządzenia jest to, aby poddać pełnej kontroli łańcuch dostaw wyszczególnionych towarów. Dotyczy to m.in. towarów gumowych lub zawierających gumę. Takimi są chociażby szeroko wykorzystywane w przemyśle uszczelki. W przypadku bydła dotyczyć to może m.in. takich produktów, jak skóry czy mięso. Z kolei w przypadku kakao może to być np. czekolada, jak i każdy inny artykuł spożywczy, który zawiera jego ziarna.
– Przedsiębiorca będzie musiał sprawdzić, czy towar, który do niego trafia, pochodzi z terenów, gdzie lasy są chronione. Jeżeli tego nie zrobi, będzie za to ukarany. To kolejne prawo powstałe w imię ideologii walki z klimatem, które utrudni życie przedsiębiorcom – wskazuje prof. Zbigniew Krysiak, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej.
W celu śledzenia łańcucha dostaw towaru wprowadzony zostanie system specjalnych certyfikatów – zaświadczeń o zgodności produktu z nakreślonymi wymogami.
– Każde państwo, w tym członkowie Unii Europejskiej, będzie miało operatorów odpowiedzialnych za wydawanie takich zaświadczeń. W praktyce oznacza to dodatkowe obciążenie administracyjne, które przełoży się na wzrost cen produktów dla konsumentów – podkreśla Paweł Sałek.
Wbrew obiegowym opiniom rozporządzenie w sprawie wylesiania nie dotyczy jedynie przemysłu drzewnego, ale dotknie także wiele innych sektorów, nakładając potężne wymogi na firmy.
– Dla nas, dla rolników, szczególnie istotne jest to, że rozporządzenie wpływa na funkcjonowanie sektora spożywczego. Wszelkie restrykcje dotyczące importu mięsa należy oceniać pozytywne, ale w tych przepisach nie chodzi jedynie o azjatycką czy latynoską wołowinę. To także inne produkty pochodne, m.in. żelatyny czy też nawet skóry – mówi „Naszemu Dziennikowi” Edward Kosmal, wiceprzewodniczący NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”.
Zakres rozporządzenia jest bardzo szeroki. A katalog wyszczególnionych towarów – bydło, kakao, kawa, olej palmowy, kauczuk, soja i drewno – rozciąga się na setki innych produktów.
– Praktycznie nie mamy już wolności w kwestiach gospodarczych. Komisja Europejska decyduje, co i jak mamy produkować. Samodzielność w podejmowaniu decyzji jest iluzoryczna – każdy krok obwarowany jest licznymi przepisami – tłumaczy Edward Kosmal.
Rozporządzenie zostało przyjęte przez Parlament Europejski i Radę UE już w 2023 r. i w dużej części miało być stosowane od 30 grudnia 2024 r.
– Dostosowanie się do wszystkich przepisów jest bardzo trudne. Przedsiębiorcy – nie tylko w Unii Europejskiej, ale też nasi partnerzy na całym świecie – dostali kolejną ekologiczną bombę, która będzie ich wiele kosztowała – podkreśla prof. Zbigniew Krysiak.
Komisja Europejska zdecydowała więc o przesunięciu wprowadzenia przepisów o 12 miesięcy. I tak, duzi przedsiębiorcy będą nimi związani od 30 grudnia 2025 r., a mikro- i mali przedsiębiorcy od 30 czerwca 2026 r.
– Mam wrażenie, że takie przepisy powstają ad hoc. Tworzy się masę niepotrzebnych norm, które kosztują przedsiębiorców i konsumentów miliardy euro. Wszystko po to, aby rozbudowana biurokracja mogła uzasadnić swoje istnienie – podnosi rozmówca.
Jak wskazuje, kolejne rozwiązania, które mają rzekomo powstrzymać globalne ocieplenie, wprowadzają przedsiębiorców w jeszcze większe opary absurdu.
– Prowadzenie firmy w UE traci jakąkolwiek logikę, zarówno naukową, jak i ekonomiczną – dodaje.
Przerost biurokracji
Przepisy wymagają od firm zebrania oraz przechowywania szczegółowych informacji o pochodzeniu i sposobie produkcji surowców użytych do wytworzenia finalnych produktów. Przez pięć lat od momentu wprowadzenia towaru na rynek firmy muszą mieć dostępne dokumenty potwierdzające pochodzenie surowców, szczególnie tych związanych z lasami. Kluczowym wymogiem jest obowiązek podania lokalizacji geograficznej – tzw. geolokalizacji – wszystkich terenów, na których dany surowiec został wyprodukowany. Przedsiębiorcy muszą zidentyfikować każdy kawałek ziemi, z którego pochodzi surowiec użyty do ich towaru. Jeśli produkt powstaje z surowców pochodzących z różnych działek, każda z nich musi być zgłoszona. Co ważne, jeśli którakolwiek z tych działek została wylesiona lub w jakiś sposób zniszczona, wszystkie produkty pochodzące z tego terenu automatycznie tracą możliwość sprzedaży w Unii Europejskiej.
Regulacje te są szczególnie interesujące dla podmiotów działających w branży meblarskiej. Tym bardziej, że nasz kraj jest jednym ze światowych liderów tej branży. Generuje ponad 2 proc. polskiego PKB. Co więcej, jest czwartym pracodawcą wśród wszystkich sektorów przemysłu.
– Te przepisy obejmą także i nas, mimo że w Polsce mamy zrównoważoną gospodarkę leśną, a nie deforestację. Jednak drewno importowane do nas, w tym egzotyczne gatunki, także będzie musiało mieć odpowiednie zaświadczenia. Branża meblarska, która importuje drewno mahoniowe czy inne rzadkie gatunki, może odczuć wpływ tych przepisów. Jesteśmy przecież jednym z najważniejszych producentów mebli na świecie, a takie ograniczenia mogą mocno uderzyć w przemysł, szczególnie w sektorze mebli luksusowych – zaznacza Paweł Sałek.
W przypadku produktów pochodzenia zwierzęcego, takich jak mięso, przepisy wymagają jeszcze dokładniejszych informacji. Na przykład trzeba podać dokładną lokalizację wszystkich miejsc, w których zwierzęta były hodowane. Wymóg ten obejmuje także informacje o paszy – jej pochodzenie również musi być wolne od działań prowadzących do wylesiania.
– My już teraz jesteśmy kontrolowani do tego stopnia, że niemal połowę czasu poświęcamy na dokumentację i spełnianie wymogów inspekcji. To są różnego rodzaju kontrole. Nawet producenci zbóż są sprawdzani pod kątem warunków przechowywania zbiorów. Nie jestem przeciwko kontrolom, ale ich intensywność stale rośnie – wskazuje Edward Kosmal.
Nieograniczone kontrole
Po spełnieniu wszelkich obowiązków przedsiębiorca będzie składał tzw. oświadczenie o należytej staranności. To będzie uprawniało do wprowadzenia produktu na rynek UE lub wywiezienia go z Unii. Trudno wskazać, czy nowe unijne przepisy rzeczywiście doprowadzą do tego, że lasy w Ameryce Południowej czy Azji będą lepiej chronione.
– Śmiem twierdzić, że producenci latynoscy i azjatyccy znajdą sposób, jak obejść to, czego UE wymaga. Już sytuacja na rynku żywności pokazuje, iż toczy się pewna gra, kto kogo oszuka. Unia nakłada wysokie normy dotyczące bezpieczeństwa żywności, a Latynosi konsekwentnie je ignorują. Tak może być i w tej sprawie – zauważa prof. Zbigniew Krysiak.
Jak dodaje, istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że tworzony system będzie wysoce korupcjogenny.
– Obawiam się, iż osoby, które będą wystawiać certyfikaty, będą poddawane nie do końca uczciwej presji. Biurokracja generuje patologie – podkreśla ekonomista.
Wprowadzenie regulacji dla przeciętnego odbiorcy może mieć realny wpływ na dostępność i ceny niektórych produktów.
– Tworzymy nową machinę administracyjną, której zadaniem będzie weryfikacja pochodzenia każdego produktu. Są różne poziomy odniesienia i procedura wydawania paszportów jest złożona. To będzie bardzo duży problem dla wielu polskich przedsiębiorców. Warto docenić to, że Komisja Europejska opóźnia wejście w życie tych przepisów. Jednak uważam, że sam pomysł wprowadzenia tych regulacji nie jest najlepszy – stwierdza Paweł Sałek.
Edward Kosmal zwraca uwagę, że w tych przepisach nie chodzi o ochronę lasów, ale o kontrolę każdego czynnika produkcji.
– Ta władza jest chciwa, chce mieć wszystko pod kontrolą. Dzisiaj nikt nie może zagwarantować, czy nie będzie dopuszczać dużej części produktów do rynku, bo urzędnik uzna, że ten produkt według niego nie jest wystarczająco „eko” – konkluduje rozmówca.
Rafał Stefaniuk/Nasz Dziennik


