Dr M. Romanowski dla „Naszego Dziennika”: Rodzina, której fundamentem jest małżeństwo jako trwały, nierozerwalny związek kobiety i mężczyzny, ukierunkowany na wzajemną miłość i przekazywanie życia, jest pod szczególnym ostrzałem
Próba wprowadzania związków partnerskich to kolejny przykład bezprawnego działania. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie i w polskim parlamencie nie znajdzie się większość, a nawet jeśli, to prezydent nie podpisze czegoś takiego. (…) W sporze o „związki homoseksualne” nie idzie o legalizację, czyli zniesienie zakazu prawnego, niwelowanie rzekomej dyskryminacji czy realizowanie równości wobec prawa, ale od samego początku chodzi o specjalne przywileje dla homoseksualistów – mówił poseł Suwerennej Polski, były wiceminister sprawiedliwości, dr Marcin Romanowski, w rozmowie dla „Naszego Dziennika”
***
Paulina Gajkowska: Według zapowiedzi polityków koalicji rządzącej w tym tygodniu parlament ma się zająć rządowym projektem w sprawie tzw. związków partnerskich. Czy na gruncie polskiego prawa możliwe są jakiekolwiek zmiany w zakresie ich legalizacji?
Dr Marcin Romanowski: Używając precyzyjnego języka prawniczego, trzeba zauważyć, że środowiska lewackie domagają się tak naprawdę nie „legalizacji”, tylko „instytucjonalizacji” takich związków. Ta moja uwaga nie wynika bynajmniej z prawniczej małostkowości czy faryzejskiego dzielenia włosa na czworo. Bo to sprawa ze wszech miar zasadnicza: proszę zauważyć, jaki ładunek manipulacji jest w takim narzucaniu siatki pojęciowej: coś trzeba zalegalizować, dać więcej „wolności”, znieść jakieś (w domyśle niesprawiedliwe, głupie) ograniczenia. To narzucana nam podświadomie bezczelna, lewacka manipulacja na poziomie języka, tak samo przewrotna i niebezpieczna jak „prawa reprodukcyjne” w miejsce zabijania dzieci czy „mowa nienawiści”, za którą kryje się cenzura poglądów innych niż lewicowo-liberalne. Tymczasem to, czego domagają się lewacy, to przyjęcia instytucji prawnej, szczególnej regulacji na potrzeby tych związków i przyznanie im ze względu na fakt pozostawania w takim związku określonych przywilejów. A to już zupełnie inna sprawa z punktu widzenia i narracji, i polityki prawa.
Skupię się na tym ostatnim. Jeśli dajemy komuś przywileje, szczególne regulacje, to potrzeba uzasadnić, dlaczego mielibyśmy to zrobić. Jakie to dobro społeczne nakazuje nam takie działanie? Ciężar dowodu spoczywa więc na tych, którzy żądają przywilejów, a w mojej ocenie, nie ma takich argumentów. Wręcz przeciwnie: taka instytucjonalizacja byłaby szkodliwa. I oczywiście sprzeczna z polską Konstytucją.
Czy kolejny raz mamy do czynienia z próbą bezprawnego przeprowadzenia rewolucyjnych zmian?
Dokładnie tak. Próba wprowadzania związków partnerskich to kolejny przykład bezprawnego działania. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie i w polskim parlamencie nie znajdzie się większość, a nawet jeśli, to prezydent nie podpisze czegoś takiego. Natomiast Trybunał Konstytucyjny, jeśli orzekałby na podstawie Konstytucji, a nie „prawa, jak my je rozumiemy”, musiałby – w mojej ocenie – uznać niekonstytucyjność takiej regulacji. Nie jest przypadkiem, że Konstytucja w art. 18 zawiera następujące sformułowanie: „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. To jasna definicja małżeństwa na poziomie konstytucyjnym.
Oczywiście przeciwnicy mówią, że przecież oni nie chcą zmieniać małżeństwa, tylko „obok” dodać coś innego. Tymczasem ta norma konstytucyjna oznacza, że do innych związków nie stosuje się skutków prawnych, wynikających z zawarcia małżeństwa, oraz to, że nie dopuszcza się takiej wykładni i stosowania przepisów, które prowadziłyby do zrównania pod względem prawnym małżeństwa i innych form pożycia. Tak mówił Sąd Najwyższy lata temu. Mówiąc prościej: Konstytucja nie chroni samej nazwy, ale pewną rzeczywistość. Ta ochrona polega nie tylko na tym, że nie można okroić instytucji małżeństwa z podstawowych przywilejów, ale też nie można stworzyć podobnej instytucji niejako „obok”. Na szczęście ustawodawca konstytucyjny zdecydował się na expressis verbis zabezpieczenie definicji małżeństwa poprzez sformułowanie „związek kobiety i mężczyzny”. Co nie zmienia faktu, że zwolennicy wykładni dynamicznej twierdzą, że pojęcia trzeba rozumieć tak, jak się je rozumie współcześnie. To typowy progresywny wytrych, żeby bez zmiany prawa stopniowo zmieniać treść przyjętego w odpowiedniej procedurze przepisu (w tym wypadku były to kwalifikowana większość w parlamencie i referendum).
Co jest głównym celem podnoszenia dzisiaj w naszym kraju sprawy „związków partnerskich”? Projektodawcy twierdzą, że jest nim wykonanie wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z grudnia 2023 roku, który stwierdził naruszenie przez Polskę art. 8 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.
Mamy do czynienia z metodą małych kroków. Przypomnijmy, że w sporze o „związki homoseksualne” nie idzie o legalizację, czyli zniesienie zakazu prawnego, niwelowanie rzekomej dyskryminacji czy realizowanie równości wobec prawa, ale od samego początku chodzi o specjalne przywileje dla homoseksualistów. Takie założenie uprzywilejowania bez uzasadnienia legło u podstaw wspomnianego orzeczenia ETPC, które jest efektem zastosowania wspomnianej wykładni dynamicznej, czyli traktowania treści konwencji jako „żywego organizmu”. Samo w sobie jest to więc działanie poza zakresem kompetencji Trybunału Strasburskiego, ale też jego potencjalne wykonanie nie wiąże się z koniecznością instytucjonalizacji, formalizacji takiego związku partnerskiego. Trybunał zarzucił Polsce pewne (z jego punktu widzenia) „braki” w dostępności regulacji dotyczącej takich „par”, które po części mogłyby być uzupełnione przez punktowe zmiany w prawie. Musimy pamiętać, że zawsze to Konstytucja jest najwyższym aktem prawnym, ważniejszym niż jakakolwiek konwencja. I nie możemy – czy to przez instytucjonalizację, czy przez punktowe regulacje – zrównać de facto małżeństwa ze związkiem partnerskim.
Czy skutki radykalnej zmiany prawodawstwa w krajach Europy Zachodniej w tym zakresie nie powinny być przestrogą dla każdej władzy w Polsce?
Walka kulturowa, czy wręcz cywilizacyjna, rozgrywa się wokół najważniejszych dla człowieka naturalnych wspólnot, w których może on się komplementarnie i harmonijnie rozwijać. Rozkwitać, jak mówią Anglosasi. To wspólnota narodowa, wspólnota wiary i rodzina. Rodzina, której fundamentem jest małżeństwo jako trwały, nierozerwalny związek kobiety i mężczyzny, ukierunkowany na wzajemną miłość i przekazywanie życia, jest pod szczególnym ostrzałem. Genderowy „marsz przez instytucje” to tratowanie neobolszewickimi buciorami delikatnej rzeczywistości życia rodzinnego i dobra dziecka. Odbywa się to zazwyczaj metodą salami, poczynając od drobnych koncesji. Przykładem tej metody jest ewolucja linii orzeczniczej ETPC, która doszła do obecnego stanu, ale niewątpliwie nie jest to ostatnie słowo Strasburga. W sprawie, o której rozmawiamy, najpierw mowa jest o możliwości informowania o stanie zdrowia, a kończy się na karaniu za jakąkolwiek krytykę przywilejów homolobby.
Dziękuję za rozmowę.
Paulina Gajkowska/„Nasz Dziennik”



