Red. M. Budzisz w Radiu Maryja: W polityce Waszyngtonu i Berlina dominuje przekonanie, że znaczący wzrost wojskowej pomocy dla Ukrainy będzie odebrany w Moskwie jako działanie eskalacyjne, co może spowodować nieobliczalne konsekwencje
W polityce Waszyngtonu i Berlina dominuje przekonanie, że znaczący wzrost wojskowej pomocy dla Ukrainy – z powodu zbudowania jej przewagi na froncie – będzie odebrany w Moskwie jako działanie eskalacyjne, co może spowodować nieobliczalne konsekwencje – nie tylko jeżeli chodzi o arsenał jądrowy, ale np. rozszerzenie wojny, a tego rodzaju scenariusza liderzy tych państw starają się uniknąć. W efekcie mamy do czynienia z tego rodzaju strategiczną kalkulacją na wojennym froncie, że żadna ze stron nie jest w stanie uzyskać na tyle istotnej przewagi, żeby zmienić sytuację, dlatego mamy przewlekłą, bardzo krwawą, ale niewiele zmieniającą wojnę, która najprawdopodobniej będzie trwała dość długo. Ukraińskie władze mówią nawet o końcu 2024 roku – mówił red. Marek Budzisz, ekspert do spraw wschodnich, w audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja.
Mychajło Podolak, doradca ukraińskiego prezydenta, podał trzy warunki, które jego zdaniem powinny przyspieszyć sprawiedliwy koniec wojny z Rosją. Mówił o nasileniu sankcji wobec Moskwy, o przyspieszeniu dostaw broni oraz o izolacji najwyższego kierownictwa Moskwy. Jak wyjaśnił red. Marek Budzisz, ta wypowiedź powinna być umieszczona w nieco szerszym kontekście.
– Niedawno mieliśmy do czynienia z wypowiedzią szefa administracji Jensa Stoltenberga, czyli sekretarza generalnego NATO, który w jednym z wywiadów dla norweskich mediów powiedział, że niewykluczone, iż Ukraina będzie musiała zrezygnować z części swoich terytoriów na rzecz Rosji, żeby zakończyć wojnę i wejść do NATO. Te słowa wywołały burzę. Zdystansował się wobec nich rzecznik Narodowej Rady Bezpieczeństwa. Nawet administracja NATO wydała oświadczenie dezawuujące tego rodzaju wypowiedź, ale istota w gruncie rzeczy tego, co powiedział współpracownik sztabu Stoltenberga, ona sprowadza się do ujawnienia pewnych zakulisowych rozmów, które już mają miejsce – dodał.
Zaznaczył, że z wielu źródeł, przecieków medialnych wiadomo, iż dyplomaci państw zachodnich zaczynają wywierać presję na władze Ukrainy, żeby te zaczęły się zastanawiać, czy w obliczu pewnej powolności ofensywy, która nie doprowadziła do żadnego strategicznego przełomu, czy nie należy ustąpić i myśleć o jakichś rozwiązaniach politycznych – negocjacjach.
– Jeżeli myślimy o negocjacjach, to trzeba się też zastanowić, z czego można ustąpić albo trzeba brać pod uwagę jakiś kompromis. Wypowiedź Podolaka jest odpowiedzią trochę na tego rodzaju stanowisko czy na tego rodzaju głos. To mówi wielu przedstawicieli władz na Ukrainie, że w gruncie rzeczy, gdyby Ukraina otrzymywała pomoc wojskową w takiej skali, jaka jest niezbędna albo odpowiednio szybko, a najlepiej szybko i w odpowiedniej skali, to w ogóle te rozważania nie musiałyby mieć miejsca, ponieważ Ukraina byłaby w stanie z Rosją wygrać – podkreślił redaktor.
Gość Radia Maryja został zapytany o to, czy postulaty doradcy prezydenta Ukrainy są możliwe do zrealizowania, na co odpowiedział, że najpierw trzeba wskazać, jaką skalę powinny mieć te dostawy, żeby Ukraina mogła myśleć o zwycięstwie w wojnie.
– Jeden z ukraińskich ekspertów wojskowych powiedział, że Ukraina powinna dostać przynajmniej 120 myśliwców F-16, bo wtedy byłaby w stanie uzyskać dominację w przestrzeni powietrznej i wtedy losy wojny mogłyby wyglądać zupełnie inaczej, dlatego iż ukraińska ofensywa posuwa się tak wolno m.in. z tego powodu, że w przestrzeni powietrznej jednak panują Rosjanie. To jest skala pomocy, która zdecydowanie wydaje się nie do zaakceptowania dla państw Zachodu. Proszę zwrócić uwagę na kwestię szkolenia ukraińskich pilotów, ale także obsługi technicznej w umiejętności obsługi myśliwców F-16. Ta kwestia pojawiła się już przed rokiem, a dopiero niedawno, dosłownie kilka dni temu, Stany Zjednoczone wyraziły zgodę na rozpoczęcie szkoleń. One nie rozpoczną się przecież z dnia na dzień. To oznacza – tak przynajmniej mówił rzecznik ukraińskiego lotnictwa – że nie wcześniej niż w przyszłym roku Ukraina będzie dysponowała takim zespołem pilotów, którzy mogliby latać tego rodzaju myśliwcami, a dostawy tych myśliwców to bardziej odległa przyszłość – akcentował.
– Alternatywą jest dostawa rakiet dalekiego zasięgu, tak żeby Ukraina była w stanie razić cele na terenie Federacji Rosyjskiej. Tu chodzi o to, żeby Rosjanie nie byli wstanie zaopatrywać swoich oddziałów na froncie. Chodzi zarówno o amunicję, sprzęt, jak również o to, aby Rosjanie nie byli w stanie dyslokować nowych sił. Tu znów strona ukraińska szacuje, że powinna uzyskać pomoc zbliżoną do tysiąca rakiet średniego i dalekiego zasięgu. To jest skala wielokrotnie przekraczająca to, co część państw Zachodu do tej pory Ukrainie dostarczyła – wyjaśnił.
Redaktor zauważył, że dostarczenie pomocy ze strony państw Zachodu jest bardzo przewlekłym procesem.
– W polityce Waszyngtonu i Berlina dominuje przekonanie, że znaczący wzrost wojskowej pomocy dla Ukrainy – z powodu zbudowania jej przewagi na froncie – będzie odebrany w Moskwie jako działanie eskalacyjne, co może spowodować nieobliczalne konsekwencje – nie tylko jeżeli chodzi o arsenał jądrowy, ale np. rozszerzenie wojny, a tego rodzaju scenariusza liderzy tych państw starają się uniknąć. W efekcie mamy do czynienia z tego rodzaju strategiczną kalkulacją na wojennym froncie, że żadna ze stron nie jest w stanie uzyskać na tyle istotnej przewagi, żeby zmienić sytuację, dlatego mamy przewlekłą, bardzo krwawą, ale niewiele zmieniającą wojnę, która najprawdopodobniej będzie trwała dość długo. Ukraińskie władze mówią nawet o końcu 2024 roku –– ocenił.
Całą rozmowę z red. Markiem Budziszem można odsłuchać [tutaj].
radiomaryja.pl



