Cele i środki
Co jest ważniejsze – cele czy środki? Wprawdzie środki też są ważne i na
przykład państwo oczekujące, że obywatele będą zachowywali się przyzwoicie, samo
również nie powinno posługiwać się środkami niegodziwymi, na przykład
prowokacją. W tym sensie środki są ważniejsze – ale tylko w tym sensie, bo
przecież środki, wszystko jedno – godziwe czy nie – zasadniczo służyć mają
osiągnięciu celu. A co jest celem państwa, dlaczego właściwie godzimy się na ten
monopol na przemoc, jakim jest państwo? Bardzo ładnie objaśniali to starzy
Polacy, jeszcze za I Rzeczypospolitej. Twierdzili, że państwo jest po to, "byśmy
wolności naszych zażywali". I rzeczywiście; gdyby przemoc, jaką monopolizuje
państwo, nie pozostawała w służbie wolności i sprawiedliwości, nie byłoby
żadnego moralnego powodu, by taki monopol akceptować. Pozornie przemoc wyklucza
wolność, ale niepodobna też nie zauważyć, że Wolność potrzebuje Mocy, która by
ją ubezpieczała i gwarantowała. Wolność bez Mocy długo nie przetrwa – i dlatego
państwo jest nie tylko konieczne, ale i pożyteczne.
Nie możemy jednak zapominać, że państwo istnieje dla wolności – a nie, dajmy
na to, dla demokracji. Bo demokracja jest tylko środkiem, tylko narzędziem,
które czasami może służyć wolności, a czasami nie. Na przykład dwaj panowie na
bezludnej wyspie w każdej sytuacji przegłosują towarzyszącą im panią, która
wskutek tego, wprawdzie w całkowitej zgodności z procedurami demokratycznymi,
niemniej jednak musiałaby znosić okropną niewolę. W tej sytuacji powinniśmy
zdawać sobie sprawę, co jest celem, a co tylko środkiem i jeśli środek z jakichś
powodów przestaje służyć celowi, bez żalu go porzucić.
Wspominam o tych wszystkich oczywistych oczywistościach pod wpływem wiadomości
nadchodzących z Węgier. Właśnie w Budapeszcie odbyły się demonstracje przeciwko
rządowi Wiktora Orbána, zorganizowane przez Partię Socjalistyczną, słusznie
uznaną niedawno za organizację przestępczą. To, że partia uznana za organizację
przestępczą może w stolicy państwa urządzać demonstracje, świadczy o panującej
na Węgrzech wolności, może nawet przesadnej. Tymczasem rząd węgierski staje się
przedmiotem coraz ostrzejszej krytyki nie tylko ze strony Komisji Europejskiej,
która ustami jej przewodniczącego Józefa Manuela Barroso domaga się wycofania
ustaw przyjętych przez parlament wybrany w powszechnym głosowaniu, a więc –
zgodnie z demokratycznymi procedurami, ale również Hilarzycy Clintonowej, według
której demokracja na Węgrzech jest zagrożona, a także ze strony finansowych
grandziarzy, którzy na demokracji robią kokosowe interesy. Jak wiadomo,
demokratyczne rządy podtrzymują iluzję płynności finansowej swoich państw za
cenę sprzedawania własnych obywateli w coraz głębszą i sroższą niewolę
lichwiarskiej międzynarodówce. Do tego bowiem sprowadza się powiększanie długu
publicznego, którego zabezpieczeniem są przyszłe podatki, a więc przyszłe
dochody obywateli.
Pokaż mi swego wroga, a powiem ci, kim jesteś. Skoro w gronie nieprzyjaciół
rządu Wiktora Orbána znaleźli się polityczni spadkobiercy komunistycznych
zbrodniarzy, którzy uszli sprawiedliwości tylko ze względu na lęk przed rosyjską
bombą atomową, skoro znalazły się tam władze eurokołchozu, forsujące marksizm
kulturowy jako obowiązującą ideologię, skoro jest tam również Hilarzyca
Clintonowa, traktująca Polskę wyłącznie jako skarbonkę organizacji przemysłu
holokaustu, to w tej sytuacji niepodobna nie odczuwać odruchowej sympatii dla
rządu Wiktora Orbána, nawet gdyby oskarżenia o odchodzenie od demokracji były
prawdziwe. W końcu demokracja jest tylko środkiem i jeśli za cenę jej porzucenia
można by wydobyć się z niewoli finansowych grandziarzy, to właściwie czemu jej
nie porzucić?
Stanisław Michalkiewicz
