Kwaśniewski – między Millerem a Palikotem

Aleksander Kwaśniewski ogłosił niedawno, że stanie się kimś w rodzaju
patrona wspólnych obchodów 1 Maja, które miałyby zorganizować Ruch Palikota i
Sojusz Lewicy Demokratycznej. Do tej pory ugrupowania te zacięcie walczyły o
tzw. lewicowy elektorat. Można nawet powiedzieć, że Janusz Palikot jest
pierwszym politykiem, któremu udało się zepchnąć obóz postkomunistyczny do
narożnika politycznego. Wielu sądzi nawet, że dni SLD są policzone, nie ma wszak
w tym ugrupowaniu ani ludzi ideowych, ani takich, którzy byliby w stanie
zaproponować atrakcyjny program wyborczy. Jedynym ratunkiem, w przekonaniu
działaczy eseldowskich, jest osoba Leszka Millera. To on, mimo wcześniejszej
marginalizacji w partii, został najpierw szefem klubu SLD, a później
przewodniczącym partii. Miller to niewątpliwie sprawny gracz, który przed laty
dominował w tym obszarze sceny politycznej i skutecznie rywalizował z
Aleksandrem Kwaśniewskim w walce o przywództwo na lewicy. Jednakże wielu wątpi,
czy w sytuacji obecnego kryzysu będzie on w stanie wyprowadzić postkomunistów na
szerokie wody polityczne.

Miller czeka na sygnał
Pamiętając o licznych aferach z czasów swoich rządów, Leszek Miller zdaje sobie
sprawę, że nie utrzyma szeregów, gdy w dłuższej perspektywie nie będzie mógł
zaproponować swoim działaczom jakichś intratnych stanowisk w sferze rządowej i
samorządowej. Formacja ta, tak mocno koniunkturalna w kwestii celów
politycznych, kolejne cztery lata miałaby być skazana na opozycję. Dlatego
Miller wysyła różnorakie przyjazne sygnały w kierunku Donalda Tuska, by ten
zauważył go jako potencjalnego koalicjanta w sytuacji możliwego konfliktu na
linii PO – PSL. Sojusz miałby być łatwiejszym partnerem niż Ruch Palikota, gdyż
może żądać z uwagi na swą słabość o wiele mniej, a poza tym w mniejszym stopniu
jest zainteresowany promowaniem społecznie kontrowersyjnych projektów (typu
układy homoseksualne itp.). Miller zatem czeka na sygnał, ma bowiem niewiele do
stracenia. Brak dostępu do chociażby ochłapów władzy może spowodować dalszy
odpływ znanych działaczy w kierunku Platformy lub Ruchu Palikota, a w
perspektywie klęskę w kolejnych wyborach i anihilację partii. Dla Tuska miłe
było wsparcie PO przez SLD po skrajnie kontrowersyjnej wypowiedzi Radosława
Sikorskiego w Berlinie. Widać wyraźnie, że SLD nie zawaha się stanąć po stronie
rządu w jego staraniach o wepchnięcie Polski w federację europejską.

Oddech Palikota
Nie ulega wątpliwości, że dzisiejsza słabość wewnętrzna SLD, a zarazem jego
"gotowość" koalicyjna jest bardzo na rękę partii Donalda Tuska, która może się
liczyć z różnorakimi kryzysami w łonie obecnej koalicji rządzącej. Słabość SLD
jest zaś skutkiem wzrostu poparcia dla partii Palikota. W tym sensie można
powiedzieć, że Ruch Palikota odgrywa podwójną rolę dla Platformy Obywatelskiej:
jako potencjalny koalicjant PO i jako realny straszak na SLD.
Palikot ma dziś niewątpliwie przewagę nad SLD w grze politycznej. Potrafił on
bowiem wejść do Sejmu z hasłami wprost zaczerpniętymi z repertuaru
zachodnioeuropejskiej nowej lewicy, nie musiał zaś odwoływać się do PRL-owskich
resentymentów. Jego hasła antyklerykalne czy nawet antychrześcijańskie są ciągle
obecne w polskiej przestrzeni medialnej. Palikot jawi się jako zwolennik
legalizacji związków homoseksualnych, rewolucji moralnej w polskiej oświacie, w
życiu politycznym itp. Sojusz nie jest w stanie przelicytować w tym obszarze
Ruchu Palikota. Dla postkomunistycznych działaczy o wiele ważniejsze jest
uczestnictwo w sprawowaniu władzy niż zabawa w ruchy gejowskie. Miller zatem
musi spróbować na powrót zjednoczyć wokół SLD dawny aparat postpezetpeerowski,
co będzie zadaniem bardzo trudnym.
Jak już wspomniałem, inicjatywę w walce na lewicy ma Palikot. To on wymyślił
kongres środowisk lewicowych na 1 maja 2012 r., który miałby być zaczynem
jednoczenia lewicy wokół jego osoby. Leszek Miller wprawdzie nie zgodził się na
kongres, ale musiał się zgodzić na wspólny pierwszomajowy marsz. Nie ulega
wątpliwości, że główne hasła tego marszu będą projektowali ludzie Palikota.
Możemy się zatem spodziewać nie tylko starych, demagogicznych haseł socjalnych,
ale również, wzorem zachodnim, całego szeregu haseł proaborcyjnych,
prohomoseksualnych czy antykościelnych.
Nie ulega również wątpliwości, że ta tworząca się w Polsce nowa lewica wyjdzie
również z hasłami nowego internacjonalizmu. Nie będą to już hasła budowy Związku
Europejskich Socjalistycznych Republik Sowieckich, ale budowa unijnej federacji
europejskiej. O budowie jedności lewicy na tej bazie mówił już Leszek Miller,
podkreślając wagę słów wypowiedzianych w Berlinie przez Radosława Sikorskiego.
"Powinniśmy zmierzać w kierunku utworzenia federacji państw zjednoczonych Europy
– twierdził lider SLD. Bez silniejszej integracji Europa będzie tracić na
znaczeniu, przegra konkurencję z USA i nowymi potęgami Azji".

U progu wojny kulturowej
Wróciłbym na chwilę do patronatu Aleksandra Kwaśniewskiego nad pierwszomajowymi
obchodami. Wielu obserwatorów politycznych od lat uznawało go za tego
przedstawiciela obozu polskiej lewicy, który o wiele bardziej niż Leszek Miller
jest zakotwiczony w międzynarodowych strukturach nowej lewicy. Być może próba
konsolidacji obozu lewicy w Polsce ma służyć ważnym celom, które stawiają przed
Palikotem i przed Kwaśniewskim kręgi międzynarodowe. Te cele łatwo wychwycić z
kontekstu ich działań. Chodzi o rewolucję kulturowo-moralną w bodaj ostatnim
europejskim katolickim kraju, jakim jest Polska i wsparcie dla budowy Stanów
Zjednoczonych Europy.
Patrząc zatem na problem z szerszej, ogólnopolskiej perspektywy, widzimy, jak
bardzo głęboki rysuje się podział w polskim społeczeństwie. Z jednej strony mamy
coraz liczniejsze prawicowe marsze niepodległości organizowane chociażby na 11
listopada, z drugiej – będziemy mieli do czynienia, przy wielkim propagandowym
huku, z organizacją skandalizujących marszów Ruchu Palikota i SLD. Musimy
pamiętać, że napięcia, jakie rodzą się na tej linii w społeczeństwie, są
związane ze skrajnymi przeciwieństwami ideowymi w kraju. Po prostu stoimy u
progu wojny kulturowej, którą kraje zachodnioeuropejskie przeszły kilkadziesiąt
lat temu. Kryzys moralny, jaki je obecnie trapi, jest skutkiem triumfu nowej
lewicy niosącej sztandary neomarksistowskiej rewolucji kulturalnej. Polska wbrew
pesymizmowi wielu nie jest skazana na klęskę w tych kulturowych szrankach.
Istnieje jednakże pewien warunek: całkowita mobilizacja środowisk katolickich
przy głębokim zrozumieniu zjawisk, które następują. Jeśli porównamy tę
konfrontację do swoistej wojny (wprawdzie w kulturze, ale jednak wojny), to nie
ma tu miejsca na obojętność lub tak częste lekkomyślne banalizowanie zagrożeń.
Symbolika zachowań, jaką się posługuje np. "Nergal", powinna wszystkim dać wiele
do myślenia.

Prof. Mieczysław Ryba
historyk Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II, Wyższa Szkoła Kultury
Społecznej i Medialnej w Toruniu
 

drukuj