Niewygodna szlachetność
Rzadko się zdarza, aby reżyser, tworząc obraz o jakiejś pozytywnej
postaci historycznej, świadomie (!) przypisał jej lub wyolbrzymiał negatywne
cechy i czyny, odzierając jednocześnie bohatera ze szlachetnych pobudek
determinujących jego działania. A właśnie tak jest w przypadku Polaka ze Lwowa
Leopolda Sochy, który w czasie drugiej wojny światowej uratował grupę Żydów z
lwowskiego getta i przez 14 miesięcy pomagał im przetrwać w kanałach.
W nocie reżyserskiej do swojego filmu Agnieszka Holland napisała: "Ktoś mógłby
zapytać, czy już wszystko na ten temat [holokaustu – przyp. red.] zostało
powiedziane. Moim zdaniem największa zagadka wciąż pozostaje nierozwiązana. Jak
ta zbrodnia (…) w ogóle była możliwa? Gdzie w tym wszystkim był Człowiek? Czy
te wydarzenia i działania są wyjątkiem w ludzkiej historii, czy może ujawniają
głębszą, mroczną prawdę o naszej naturze?". W całostronicowym rozważaniu
dotyczącym filmu traktującego o zagładzie Żydów ani razu nie pojawia się słowo
"Niemcy" albo chociaż – żeby jeszcze precyzyjniej wskazać źródło – "hitlerowcy".
Widząc, że Holland nie przywiązuje w swoich poszukiwaniach wagi do tak
kluczowych faktów historycznych (być może uznała je za odpowiedź
niewystarczającą i postanowiła sięgnąć jeszcze głębiej), z góry można założyć,
że jej poszukiwania skazane są na porażkę, a film raczej będzie rozmywał prawdę,
aniżeli do niej przybliżał. A może nie o prawdę tutaj chodzi? Więc o co? Z
pewnością nie o dobre imię Polaków ratujących Żydów.
Holland przedstawiła Leopolda Sochę jako "postać niejednoznaczną" i "zwykłego,
przeciętnego człowieka". Co to, według niej, oznacza? Padają określenia:
"kochający ojciec rodziny i drobny złodziejaszek, z jednej strony naiwnie
religijny, z drugiej niemoralny cwaniaczek" – taki według Agnieszki Holland jest
główny bohater, ów "zwykły przeciętny człowiek". W domyśle – zwykły Polak.
Z filmu dowiadujemy się, że pracujący na co dzień w kanałach Socha, który para
się również kradzieżami i szabrownictwem (także żydowskiego mienia), zgadza się
wyprowadzić Żydów kanałami z getta, ale dopiero po twardych negocjacjach z
żydowską rodziną i za wysoką opłatą. Ludzkie, wyższe, bezinteresowne odruchy
zaczynają się w nim budzić dopiero później.
Wyeksponowanie tych cech tworzy niesprawiedliwy i krzywdzący obraz nie tylko
samego Sochy, ale także wszystkich Polaków, którzy w czasie drugiej wojny
światowej nieśli pomoc Żydom.
Z dostępnych w prasie relacji jedynej żyjącej do dziś osoby uratowanej przez
Leopolda Sochę, 75-letniej Krystyny Chigier, wynika, że prawdziwy Socha
postanowił pomóc Żydom, gdy zobaczył skuloną z przerażenia matkę z dziećmi, i
ten właśnie moment, a nie chęć zysku, był decydujący. Oprócz tego wraz z
Leopoldem Sochą w akcji ratowania tej konkretnej grupy Żydów brał udział nie
jeden Polak, tak jak to zostało pokazane w filmie, ale jeszcze dwóch: Stefan
Wróblewski (to filmowy Szczepek) oraz Jerzy Kowalow. Większa również była grupa,
której przez 14 miesięcy Polacy pomagali przeżyć w kanałach – liczyła nie 11,
ale 21 osób. Poza tym towarzysz Sochy – Wróblewski, który w filmie wycofuje się
ze strachu, w rzeczywistości uczestniczył w akcji ratowania Żydów do samego
końca. A pieniądze, które Socha otrzymywał od Żydów i które miały mu pomóc ich
wyżywić, skończyły się już po kilku miesiącach i przez większość czasu Socha z
własnych środków musiał utrzymywać swoich podopiecznych. Tymczasem w filmie
pieniądze te Żydzi dawali mu prawie do samego końca.
Holland nie zaprzecza tym faktom. Pominięcie bądź przeinaczenie ich tłumaczy
chęcią bardziej wyrazistego przedstawienia głównych bohaterów i wywołania
głębszych emocji u widza. Ale czy cel uświęca środki? Czy wolno fałszować
historię po to, aby film, jak mówiła po pokazie Holland, pobudzał "emocjonalną
wyobraźnię" widzów, co w tym przypadku znaczy mniej więcej tyle samo, co "aby
się dobrze sprzedał"?
Niemcy wydają się być w filmie tłem wydarzeń. Owszem, są momenty, że widać ich
bestialstwo, ale sposób rozłożenia akcentów zbyt słabo wskazuje, że to oni byli
sprawcami holokaustu. Ma się wręcz wrażenie, że główny bohater bardziej obawia
się swoich sąsiadów – Polaków i Ukraińców, aniżeli samych Niemców. Bo i postacie
wymyślone przez Holland rzeczywiście nie wzbudzają zaufania: sklepikarka
oszukuje Sochę, gdy ten zaczyna robić większe zakupy, robotnik, który pracując w
kanałach, napotyka ukrywających się Żydów i zostaje przez nich poturbowany,
biegnie ulicą i krzyczy, że znalazł Żydów; ukraińscy policjanci skrzętnie
wyłapują uciekinierów z getta, bo dostają za to duże pieniądze od hitlerowców.
W czasie spotkania z dziennikarzami reżyser wielokrotnie podkreślała, że jej
film został niezwykle dobrze przyjęty i pozytywnie oceniony zarówno przez panią
Chigier, jak i przez zagraniczne media.
Szkoda, że Agnieszka Holland nie pomyślała, jak wypaczoną przez nią historię
odbiorą żyjący bliscy głównego bohatera oraz wszyscy ci, którzy robią wszystko,
aby niemieckich obozów zagłady, w których na terenie Polski hitlerowcy mordowali
Żydów, nie nazywano kłamliwie polskimi obozami koncentracyjnymi. Powstało więc
kolejne dzieło, które tak jak książki Grossa, w imię "odkrywania czarnych kart
naszej historii", najzwyczajniej w świecie wpisuje się w proces pomniejszania
roli Polaków w ratowaniu Żydów i rozmywania odpowiedzialności za holokaust. A
przede wszystkim nie pokazuje wyraziście potwierdzonych badaniami historycznymi
najważniejszych faktów. Polacy jako Naród nie są współodpowiedzialni za
holokaust. Nigdzie, w żadnym innym kraju nie zginęło tylu obywateli za pomoc
Żydom, co w Polsce. I nigdzie kary za to nie były tak surowe – za podanie kromki
chleba czy ukrywanie Żydów groziła kara śmierci, Niemcy rozstrzeliwali całe
polskie rodziny. Czy mamy się tego wstydzić? Postawa tych Polaków bardziej niż
nagród oczekuje prawdy.
Biorąc pod uwagę walory artystyczne filmu, warto odnotować, że swoje role bardzo
dobrze zagrali Robert Więckiewicz, Agnieszka Grochowiak czy niemiecki aktor
Benno Furmann. Ale niektóre sceny z życia żydowskiej rodziny w kanałach szokują
dosłownością.
Film Agnieszki Holland otrzymał polską nominację do Oscara. Wbrew piejącej z
zachwytu większości polskich i zagranicznych mediów warto sobie zadać pytanie,
czy jest to produkcja, z której aby na pewno możemy być dumni i która powinna
kształtować świadomość historyczną na temat relacji polsko-żydowskich w oczach
światowej opinii publicznej.
Bogusław Rąpała
