Kiedy lekarz może być groźny dla pacjenta

Z lek. med. Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu
Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, członkiem Naczelnej Rady
Lekarskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wie Pan jak po Nowym Roku wypisać receptę?
– Tak, wiem. Podobnie jak dotychczas, tylko nie będę zaangażowany w określanie
uprawnień pacjenta w zakresie refundacji leków. Jest to rzecz, którą należy
przypisać ubezpieczycielowi, czyli NFZ. Osobiście nie jestem, nie czuję się i
nigdy się nie czułem pracownikiem Funduszu, i ten problem nie dotyczy mnie jako
lekarza. Myślę, że tak, w trosce o własne bezpieczeństwo, po Nowym Roku postąpi
znakomita większość lekarzy w kraju.

Nowa ustawa refundacyjna uporządkuje sytuację na rynku leków
refundowanych, jak twierdzą jej autorzy?

– Trudno o inną ocenę autorów tego dokumentu. Natomiast warto się wsłuchać w
głosy tych, którym ta ustawa zgotowała trudny do ogarnięcia bałagan. Część aptek
– z uwagi na niejasności co do odpowiedzialności finansowej za ewentualne błędy
– na razie nie zawiera umów z NFZ na refundację leków. Również jako lekarze nie
mamy zamiaru pełnić funkcji darmowych bramkarzy w tej dyskotece, którzy mogą być
narażeni nie tylko na szturchańce, ale też ciężkie ciosy, np. pozbawiające
wynagrodzenia, nie mówiąc już o tym, jak wygląda bilet do tej dyskoteki. Taka
rola nam po prostu nie odpowiada i taka sytuacja jest niedopuszczalna. Za naszą
pracę i odpowiedzialność nie pobieramy wynagrodzenia, ale możemy być finansowo
karani. Jest to niezgodne z duchem jakiejkolwiek uczciwej legislacji i zasadą
państwa prawa. Nakłada się bowiem na nas obowiązki, których nie jesteśmy w
stanie wykonać. Nie jesteśmy przecież przedstawicielami ubezpieczyciela, tylko
pracownikami zakładów leczniczych. Pod tym względem jest to ustawa wadliwa.
Przypomnę tylko, że PiS zaskarżyło do Trybunału Konstytucyjnego ustawę o
refundacji leków, podobny wniosek złożył również zarząd krajowy OZZL. Ponadto
Naczelna Rada Lekarska zwróciła się do Rzecznika Praw Obywatelskich z prośbą o
zgłoszenie takiego wniosku do Trybunału Konstytucyjnego. Jako lekarze czujemy
się dyskryminowani przez takie prawo, w związku z tym trudno powiedzieć, że
prawo, które nas cofa i miejscami jest bardziej restrykcyjne niż peerelowskie,
jest dobre. Ustawa jest zasłoną dymną Ministerstwa Zdrowia i tak naprawdę
niczego nie poprawia.

Nowa ustawa ma być także sposobem na lepszą niż dotychczas kontrolę
recept wypisywanych przez lekarzy i ograniczeniem nadużyć np. przy wypisywaniu
recept na inwalidów wojennych, którzy wszystkie leki mają za darmo. Panie
Doktorze, czy jako lekarz czuje się Pan podejrzany?

– W tym przypadku tylko pozornie cel uświęca środki. Osobiście nie czuję się
podejrzany. Jestem natomiast za tym, żeby NFZ takie rzeczy sprawdzał i
rozliczał, skoro są one finansowane ze środków publicznych. Tylko dlaczego ma to
robić moimi, lekarza rękami. Jak już wspomniałem, jako lekarz nie jestem
pracownikiem NFZ, a po drugie, odpowiadam za własną uczciwość, a nie za
uczciwość wyimaginowanych przestępców. Chore jest natomiast to, że pewne rzeczy
rozdaje się na lewo i prawo. Przecież z upływem czasu liczba kombatantów rośnie,
co przeczy logice, ale weryfikacją tych uprawnień nie powinien się zajmować
lekarz, bo nie na tym polega jego rola. Mamy badać pacjentów, stawiać diagnozy i
tłumaczyć, jak stosować lekarstwa, natomiast ile one kosztują i jaki jest
aktualny poziom ich refundacji, co się może co dwa miesiące zmieniać, to nas nie
interesuje. To jest rola ubezpieczyciela, który pobiera składkę od
ubezpieczonych i przed nimi powinien się wywiązać z tego obowiązku.

Pacjenci szturmują gabinety lekarzy rodzinnych. Przed aptekami ustawiają
się kolejki zdezorientowanych pacjentów, którzy kupują leki na zapas. O czym to
świadczy?

– To świadczy o tym, że prawo jest niedobre. Kto zaś twierdzi inaczej, jest
zupełnie oderwany od rzeczywistości i powinien się zająć czymś innym niż
tworzeniem przepisów. Z refundacji wyłączono 847 leków i ci, którzy będą je
kupować po Nowym Roku, na pewno zapłacą za nie więcej. Minister Arłukowicz w
jednym z wywiadów powiedział, że pacjenci zaoszczędzą miliard złotych. To
przecież nieprawda, bo zaoszczędzi NFZ, a pacjenci dopłacą. Jakie będzie saldo,
tego nie wiem, bo dane przedstawiane przez Fundusz, podobnie jak większość
informacji pochodzących z resortu zdrowia i NFZ, są co najmniej wątpliwej
jakości i zawsze służą uzyskaniu określonego, doraźnego efektu. Wiem natomiast,
że proponowane zmiany na pewno pacjentom nie wyjdą na zdrowie. Nie może być tak,
jak teraz zrobiono, że nakłada się sztywną sumę refundacji 17 proc. i ani
złotówki więcej, bo to prowadzi do sytuacji patologicznych. To mniej więcej tak,
jakby powiedzieć, że pacjenci mają limitowaną liczbę zachorowań, a kto zachoruje
powyżej tego limitu, ten zostanie ukarany. Niestety, tak to wygląda. Urzędnikom
jest wygodnie układać słupki i zza biurka obserwować napływ informacji w
komputerze, natomiast życie toczy się zupełnie inaczej. Dlatego takie
postępowanie i prawo, które je sankcjonuje, jest nie do przyjęcia.

Lekarz, który leczy pacjenta, powinien się zastanawiać, jak wypisać
receptę, by nie narazić się na karę?

– Racjonalizacja jest konieczna, tylko nie w gabinecie lekarskim. Nie może być
tak, że biurokracja, szukanie oszczędności zaburzają normalne relacje na linii
lekarz – pacjent. Przeciw temu mocno protestujemy. My mamy leczyć, zastanowić
się, jaki wypisać lek, w jakich dawkach i jak długo pacjent ma go przyjmować, i
to jest cecha działalności medycznej. Natomiast nie możemy się zastanawiać, czy
dany lek jest ze zniżką 30 proc., a może już 50 procent. To jest sprawa pomiędzy
pacjentem a jego ubezpieczycielem, a nie pomiędzy pacjentem a jego lekarzem.

Czy lekarz, który będzie się bał wypisać receptę, będzie w stanie pomóc
choremu?

– Lekarz nie jest tą osobą, która ma się zastanawiać, czy jeżeli się pomyli,
zostanie na niego nałożona kara, czy nie. Lekarz, który boi się wystawiania
recept, może być niebezpieczny dla pacjenta. Chęć sprostania nowym obowiązkom i
dostosowanie się do nowego prawa spowodowałoby także wydłużenie czasu, jaki
należałoby poświęcić choremu. Jeden z naszych kolegów lekarzy był w swoim
oddziale wojewódzkim NFZ i poprosił o wydanie karty europejskiej poświadczającej
fakt ubezpieczenia zdrowotnego. W samym NFZ, a więc w "jaskini lwa", sprawdzanie
uprawnienia trwało 8 minut. Proszę sobie zatem wyobrazić, jaki będzie problem ze
sprawdzeniem tego w przychodni np. w Bieszczadach, na Podhalu czy przy granicy z
Białorusią, gdzie nie będzie komputera i gdzie mogą wystąpić problemy z
zasięgiem telefonu komórkowego. 2 grudnia na posiedzeniu Naczelnej Rady
Lekarskiej jeden z urzędników centrali NFZ tam obecnych faktycznie przyznał się
do winy. Kiedy jeden z lekarzy zapytał, jak to jest z tym ubezpieczeniem, skoro
czasami dzwonimy do oddziału wojewódzkiego NFZ i nie możemy otrzymać odpowiedzi,
czy dany pacjent jest, czy nie jest ubezpieczony, otrzymał odpowiedź, że ZUS nie
przesyła na bieżąco listy pacjentów, którzy płacą składki, i stąd NFZ sam nie
wie. Z tego wniosek, że ZUS może nie przesyłać aktualnych danych, w związku z
czym NFZ może nie wiedzieć, czy dana osoba ma aktualne ubezpieczenie, ale lekarz
musi to wiedzieć. Jest to chore co do zasady i chyba trudno się z tym nie
zgodzić.

Co zatem należałoby zrobić, żeby to zmienić?
– Żeby zmienić, przede wszystkim trzeba chcieć. Osobiście nie widziałem w
poprzedniej ekipie MZ, nie widzę też w obecnej dobrej woli. Skoro brak dobrej
woli, to nie będzie wyniku. Wszystko wskazuje na to, że musi być wojna, w wyniku
której będą ofiary. Boję się, że mogą to być pacjenci. Tak to się, niestety,
odbywa w tym kraju, że nie można usiąść i spokojnie porozmawiać. Tymczasem
zaplanowano w sposób świadomy wyzysk grupy zawodowej lekarzy. Na to się nie
zgadzamy. Jeżeli MZ nie stać, by stworzyć autorski program, który pozwoliłby
mądrze gospodarować lekami, to można się przyglądnąć, jak system refundacji
leków funkcjonuje w innych krajach. Natomiast to, co zrobiono obecnie, jest nie
do przyjęcia przez pacjentów i środowisko lekarskie. I my się temu nie
podporządkujemy. Nie chcemy, by na tym ucierpieli pacjenci, bo przecież tu
interesy nasze i chorych są zbieżne. Na pewno nie damy się wykorzystywać jako
darmowa wewnętrzna kontrola NFZ. Po pierwsze, nie jesteśmy urzędnikami, którzy
będą pilnować finansów NFZ, a po drugie, nie będziemy ponosić finansowych kar,
które przewiduje ten system, a które mają służyć uzupełnianiu środków NFZ. Nie
widzimy lekarza jako strażnika finansów NFZ i nie zgodzimy się na żadną formę
uwikłania nas w ten proces. Jeżeli będzie dobra wola po drugiej stronie, myślę,
że jakąś formę uda się wypracować, ale na pewno nie kosztem naszego środowiska.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj