Krzyk oby nie ostatni
Staram się śledzić wszystkie publikacje, jakie ukazują się na temat
Smoleńska – tak jak od zawsze polowałam na wszystko, co wiązało się z kwestią
katyńską. Dlatego nie mogłam przeoczyć książki Barbary Stanisławczyk "Od Katynia
do Smoleńska – historie dramatów i miłości", opublikowanej nakładem wydawnictwa
"Rebis".
Wypada tu jednakowoż przyznać, że przyjmowałam ją nieco nieufnie – jako pracę
pisarki, która dotąd nigdy nie tylko nie zajmowała się Katyniem, ale też której
nazwisko nie pojawiało się nigdy przy okazji jakichkolwiek katyńskich inicjatyw.
Uznałam, że gdyby był to ktoś, kto się na Katyniu zna, to ja musiałabym o tej
osobie słyszeć – tak jak znałam, w większości osobiście, a tylko w kilku
przypadkach z nazwiska, pasażerów rządowego tupolewa.
I rzeczywiście, nie miałam prawa znać od tej strony autorki, która sama
przyznaje, że w Katyniu nigdy nawet nie była – ani przed, ani po smoleńskiej
katastrofie, a o większości osób, o których napisała, usłyszała po raz pierwszy
dopiero, gdy ich nazwiska pojawiły się na liście ofiar. Ale profesjonalizm jest
profesjonalizmem i z trudności tej Barbara Stanisławczyk wybrnęła doskonale,
dogłębnie analizując rodzinne losy, które zawiodły dziewięciu bohaterów jej
książki na smoleńską ziemię. Dziewięciu, bo dziesiąta rodzina wycofała się ze
współpracy z autorką, stąd w publikacji zabrakło rozdziału poświęconego
Andrzejowi Sariuszowi-Skąpskiemu.
Choć właściwie mówienie o dziewięciu bohaterach, czyli tych osobach spośród
pasażerów tupolewa, które do Katynia udawały się również w pielgrzymce na
miejsce kaźni swoich bliskich, jest o tyle nieprawomocne, że nie jest to tak
naprawdę książka li tylko o tych ludziach. To – może nawet przede wszystkim –
historia tych, dla których grobem stał się w 1940 roku katyński las. To piękna,
ułożona często z fragmentów wspomnień, pamiętników i listów opowieść o
bohaterstwie i męczeństwie Witolda Mackiewicza, stryja śp. Marii Kaczyńskiej,
Leopolda Łojka, Tomasza Piskorskiego, Stefana Zycha, Kazimierza Solskiego,
Franciszka Orawca, Adama Lutoborskiego, Franciszka Popławskiego (członka rodziny
poległych w Smoleńsku Anny i Bartosza Borowskich) oraz generała Mieczysława
Smorawińskiego, na którego grób udawała się wnuczka Ewa Bąkowska.
To rzeczywiście książka, w której dramat przeplata się z miłością – i dotyczy
nie tylko ofiar sowieckiej zbrodni, ale także tych, którzy po nich zostali i
jechali złożyć swoim krewnym hołd. Bo ludzkie dramaty pojawiają się nie tylko
wtedy, gdy towarzyszy im wojna, zagłada, ludobójstwo, okrutny system. To część
życia również w spokojnych, pokojowych czasach. Jest więc w książce Barbary
Stanisławczyk mowa o rodzinnych nieporozumieniach, wrogości i nienawiści
panujących w środowisku rodzin dotkniętych katyńską traumą, niekiedy nawet o
niezrozumieniu misji tych, którzy udawali się tam 10 kwietnia 2010 roku, przez
tych, którzy dziś ich opłakują.
Jeśli coś w książce "Od Katynia do Smoleńska" budzi niepokój, to pewna wzajemna
przenikalność snu i jawy, tego, co przeczute, z tym, co przeżyte: znaków
odczytywanych z adresu krakowskiego hotelu, w którym zatrzymała się pisarka, jej
deklaracji, że "sny i przeczucia są tak samo ważne jak twarde fakty",
dramatycznych pytań kierowanych do tych, co odeszli: "Dlaczego do mnie
przychodzisz?" – choć przecież wcale nie przychodzą, tylko się śnią…
Ale na szczęście te elementy w książce nie dominują, nie przesłaniają jej
faktograficznego charakteru, wzbogaconego dodatkowo bogatym materiałem
zdjęciowym. Zapis pozazmysłowych kontaktów wzmacnia jedynie podstawową wymowę
dzieła, bo to traktuje przede wszystkim o łączności pokoleń – tych, które
odeszły, z tymi, które żyją i czczą ich pamięć.
Magdalena Merta
Barbara Stanisławczyk, Ostatni krzyk. Od Katynia do Smoleńska – historie
dramatów i miłości, Rebis, Poznań 2011.
