Ktoś musi czuwać nad śledztwem
Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem kilku rodzin
poszkodowanych w katastrofie samolotu Tu-154M, rozmawia Marcin Austyn
Odsunięcie biegłego nieprawnie powołanego do zespołu to dobra decyzja
prokuratury wojskowej?
– Przede wszystkim to była jedyna możliwa decyzja. Artykuł 196 kodeksu
postępowania karnego w sposób jednoznaczny wskazuje, że nie może być biegłym
osoba, która była świadkiem lub była przesłuchiwana w charakterze świadka. Tak
więc wykluczona jest sytuacja, w której jedna osoba występuje w procesie w dwóch
różnych rolach.
Co stanie się z projektami tego biegłego? Są przekreślone, nie mogą być
wykorzystane jako dowód?
– Niestety tak. One nie mogą być uznane za opinię biegłego. Opinia powinna
spełniać dwa warunki: po pierwsze – być bezstronna, po drugie – sporządzona
przez osobę dysponującą specjalistyczną wiedzą. Zupełnie inną funkcję spełnia
świadek w postępowaniu karnym. Jest możliwość, by w przyszłości tę osobę
ponownie przesłuchać w charakterze świadka, ale tu pojawia się kolejny problem,
bo jako biegły miała ona dostęp do materiałów śledztwa. Zatem to nie będzie tak,
że w przyszłości świadek będzie dokonywał ocen na podstawie swojej wiedzy,
spostrzeżeń, tylko jego zeznania będą ukierunkowane faktem zapoznania się z
materiałami postępowania.
Ta sytuacja rodzi pytania o to, w jaki sposób powoływany był zespół
biegłych i czy ktoś nad tym procesem czuwał.
– To bardzo istotne pytanie, bo widać chaos w działaniu prokuratury, a taka
sytuacja nigdy nie powinna mieć miejsca, a szczególnie w przypadku tak poważnej
sprawy. W tej sytuacji możemy zrozumieć prokuratora referenta, gdyż w śledztwie
przesłuchano kilkuset świadków, jest kilkaset tomów akt. Tak ogromna ilość
materiału dla jednej osoby prowadzącej postępowanie może być już nie do objęcia.
W rzeczywistości sprawę katastrofy smoleńskiej prowadzi de facto dwóch
prokuratorów i oni obecnie zajmują się wszystkim: wyznaczaniem i słuchaniem
świadków, udziałem w czynnościach, wyjazdami do Federacji Rosyjskiej. Te dwie
osoby: prokurator ppłk Karol Kopczyk i prokurator mjr Jarosław Sej, robią
wszystko. Pozostali prokuratorzy, którzy są delegowani do określonych czynności,
wykonują tylko swoje zadania i nie mają większego rozeznania w całym
postępowaniu, nie łączą poszczególnych wątków. Ono spoczywa raptem na dwóch
prokuratorach. To za mało. Taka sytuacja nie świadczy też dobrze o prokuraturze
jako instytucji. Bo w obecnej sytuacji przynajmniej to osoba nadzorująca
śledztwo powinna mieć postępowanie w jednym palcu. Wyłapanie błędnego składu
biegłych nie powinno być dla niej czymś trudnym, skoro ów szczegół wychwycili
dziennikarze. W mojej ocenie, gdyby prokurator nadzorujący rzetelnie wykonywał
swoje zadania, wytknąłby swoim podwładnym błąd. Widać zatem, że coś jest nie tak
w organizacji pracy prokuratury, w przepływie informacji. Oczywiście nie mogę w
tej sprawie wypowiadać się autorytatywnie, bo przecież nie znam od kuchni
działań podejmowanych przez śledczych, organizacji ich dnia pracy etc. Widać
jednak, że ta organizacja nie jest najlepsza i najprawdopodobniej wynika ze
szczupłości kadr i w jakimś sensie środków. Uważam, że od samego początku
powinno się powołać szerszy zespół prokuratorów, którzy byliby włączeni w tę
sprawę, mieli zaplecze administracyjne. Śledztwo toczyłoby się sprawniej, gdyby
nad sprawą pracował zespół np. dziesięciu prokuratorów, którzy raz w tygodniu
spotykają się i relacjonują wykonane i zaplanowane czynności. Tu najwyraźniej
takiego przepływu informacji zabrakło – prokurator, który wydał decyzję o
powołaniu zespołu, nie wychwycił tego jednego nazwiska, bo inny prokurator
słuchał tego świadka.
Można powiedzieć, że nad śledztwem jest jakiś merytoryczny nadzór?
– Boję się, że nie. Co więcej, obawiam się, że prokuratorzy referenci są
pozostawieni sami sobie. Przecież np. przy takich czynnościach, jak ekshumacja
śp. Zbigniewa Wassermanna – tu opinię mamy 20 miesięcy po tragedii – gdyby był
nadzór, to byłoby nawet nie wsparcie, ale jednoznaczne polecenie pilnego
wykonania takich badań. Inna sprawa to odwołanie prokuratora Marka Pasionka,
który nadzorował postępowanie. Okazuje się, że jedyna osoba, która merytorycznie
czytała akta, została odsunięta od śledztwa. Efekty widzimy. Prawdę mówiąc,
jestem ciekawy, co stanie się z tymi prokuratorami, którzy obecnie prowadzą
nadzór nad śledztwem, bo oni powinni ponieść konsekwencje, wyjaśnić, czemu
przeoczyli tak oczywistą omyłkę.
Pytanie, ile jeszcze podobnych błędów zostało popełnionych.
– Tu pokutuje pozbawianie pełnomocników możliwości swobodnego wglądu w akta.
Pamiętamy, że wcześniej była możliwość wykonywania fotokopii, co pozwalało na
spokojne zapoznanie się z materiałem. Może i bywało tak, że dziennikarze mieli
przez to lepszy dostęp do materiałów, ale póki nie wykorzystywano by ich do
szukania sensacji, lecz do swego rodzaju kontroli postępowania, to przyniosłoby
przecież pozytywny efekt dla śledztwa i takich błędów wychwycono by więcej.
Opinia wadliwie powołanego zespołu mogłaby zostać podważona?
– Oczywiście. Prokurator referent zapewne nieświadomie popełnił błąd, co
wynikało z natłoku pracy. Ale w przyszłości ktoś mógłby tu zarzucić śledczym
celowe działanie. I zapewne wydanie opinii się wydłuży, bo jeden z biegłych musi
być powołany i dołączony do zespołu, by od nowa zacząć prace nad zagadnieniem,
które zostało powierzone odwołanemu ekspertowi.
Czy pełnomocnicy, posłowie mogą w jakiś sposób zmobilizować śledczych?
– To bardzo delikatna kwestia. My wielokrotnie mówiliśmy o tym, że trzeba
zmienić organizację pracy, że zespół jest zbyt wątły. Nie odbieram tu nic
prokuratorom referentom, ale ich zaplecze jest słabe. Na nasze monity słyszymy
odpowiedź, że prokuratura stara się wszystko zabezpieczyć. Zatem inicjatywa
powinna wyjść od prokuratorów referentów. Również parlamentarzyści powinni zadać
pytanie, dlaczego doszło do takiego błędu, i żądać wyciągnięcia konsekwencji.
Być może, gdyby praca była lepiej zorganizowana, gdyby nie było politycznych
polowań na niewygodnych prokuratorów, to do takich sytuacji by nie dochodziło
albo byłoby ich mniej.
Pan planuje takie wystąpienie?
– Muszę w tej sprawie występować bardzo ostrożnie, gdyż z jednej strony jestem
adwokatem, reprezentuję część rodzin, z drugiej zaś jestem początkującym
politykiem i byłoby źle dla toczącego się śledztwa, gdyby doszło do pomieszania
tych dwóch ról. Przypomnę, że w pierwszej kolejności to pełnomocnicy, również
ja, wskazywali na błędną organizację w pracy prokuratury, ale nikt nie chciał
nas słuchać. Wydaje się, że już najwyższy czas, aby głos zabrali politycy, ale
tu pojawia się problem, gdyż usytuowanie prokuratury po zmianach przeforsowanych
przez PO jest takie, iż poseł ma bardzo ograniczoną możliwość żądania wyjaśnień
od prokuratora generalnego. Inne byłyby uprawnienia posłów, gdyby funkcję
ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego pełniła ta sama osoba.
Dziękuję za rozmowę.
