Spokojny sen satrapy

Po ponad dwudziestu latach od rozpoczęcia transformacji ustrojowej zapadł
pierwszy wyrok karny uznający winę komunistycznych aparatczyków, którzy broniąc
reżimu przed społeczeństwem – spacyfikowali kraj, wprowadzając stan wojenny.
– Po raz pierwszy w III RP sąd powszechny orzekł, że wprowadzenie stanu
wojennego było nielegalne -powiedział prokurator Piotr Piątek po ogłoszonym 12
października wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie. Skazano Emila Kołodzieja,
członka Rady Państwa PRL, jednego z oskarżonych o wprowadzenie stanu wojennego.
Uznano, że dopuścił się przestępstwa, jednocześnie jednak umorzono sprawę ze
względu na jej przedawnienie.

Kłamstwo wiecznie żywe
Akt oskarżenia przeciw autorom stanu wojennego sformułowano w 2007 r., a rok
później rozpoczął się proces. Z jego głównej sprawy ze względów zdrowotnych
wyłączono najpierw Emila Kołodzieja – sprawę wznowiono, gdy powrócił do zdrowia
– a latem tego roku Wojciecha Jaruzelskiego. Szefowi komunistycznej partii
prokuratorzy zarzucają kierowanie związkiem przestępczym, co jest zagrożone karą
do 10 lat więzienia. Jednak ze względu na zły stan zdrowia Jaruzelskiego można
podejrzewać, że do wznowienia jego procesu nie dojdzie. Na ławie oskarżonych w
głównym procesie pozostali: Eugenia Kempara, której postawiono zarzuty takie
same jak Kołodziejowi, oraz Stanisław Kania i Czesław Kiszczak, obaj oskarżani o
udział w związku zbrojnym, który przygotował i kontrolował wprowadzenie stanu
wojennego. Wyrok w głównym procesie ma zapaść na początku grudnia.
Powstaje jednak pytanie, dlaczego na pierwszy symboliczny akt sprawiedliwości
musieliśmy czekać przeszło dwie dekady. W tym czasie autorzy stanu wojennego co
rok dostawali możliwość wypowiadania się w mainstreamowych mediach i
podtrzymywania stworzonego przez siebie mitu "mniejszego zła". Jednocześnie
bagatelizowali konsekwencje pacyfikacji: kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych,
tysiące internowanych, pozbawionych pracy, zmuszonych do emigracji, rozdzielone
rodziny… Twierdzili, że mogło być gorzej, gdyby wkroczyła Armia Czerwona. Ta
sama, o której interwencję prosili Sowietów.
O kondycji III RP najlepiej świadczy właśnie to, że wyrok, który powinien być
oczywistością, który powinien być wydany lata temu, przyjmowany jest dziś jako
olbrzymi sukces. To, że zapada tak późno, jest bowiem naszą porażką… – a
dwudziestoletnią bezsilność wymiaru sprawiedliwości wobec komunistycznych
zbrodniarzy powinniśmy uważać za groźną patologię. Podkopuje ona bowiem
elementarne poczucie sprawiedliwości. Wolny kraj powinien potrafić uporać się z
totalitarną przeszłością.
Nie podzielam nadziei części publicystów, którzy liczą, że z początkiem grudnia
w głównej sprawie zapadnie wyrok analogiczny do tego sprzed kilku dni. Wyrok w
sprawie Kołodzieja uznać bowiem należy za wyjątek od reguły. Dotychczasowe
efekty działania wymiaru sprawiedliwości III RP pozwalają komunistycznemu
satrapie i jego współpracownikom spać spokojnie. Mogą oczekiwać, że wybrany
model transformacji ustrojowej gwarantuje im faktyczną bezkarność.

Mit "mniejszego zła"
Operacja realizowana przez ekipę Jaruzelskiego od grudnia 1981 r. miała na celu
złamanie kręgosłupa "Solidarności", zduszenie dążenia do upodmiotowienia się
społeczeństwa, zabicie rodzącej się nadziei na odzyskanie wolności. Przerażeni
skalą rodzącego się oporu komunistyczni aparatczycy – wobec bezsilności
bezpieki, która nie zdołała opanować związku metodami operacyjnymi – w obronie
reżimu zdecydowali się użyć wojska. Wojną z Narodem miał dowodzić Wojciech
Jaruzelski – nowy I sekretarz KC PZPR, cieszący się zaufaniem Moskwy. Po objęciu
szefostwa w komunistycznej partii – a tym samym władzy w reżimie – zapewniał
sowieckiego przywódcę Leonida Breżniewa: "Zrobię, Leonidzie Iljiczu, wszystko
jako komunista i jako żołnierz, żeby było lepiej, żeby osiągnąć przełom w
sytuacji w naszym kraju, w naszej Partii". Ekipa Jaruzelskiego starannie
przygotowywała się do stanu wojennego od strony propagandowej. Od początku
zakładała, że użyć należy sowieckiego straszaka. Przełożony bezpieki Czesław
Kiszczak zalecał swym podwładnym: "Używać straszaka interwencji, koncentracji
wojsk na granicy, że już mogą wejść wojska nie tylko radzieckie, ale czeskie,
niemieckie". Rzeczywistość była zgoła odmienna, czego bolesną świadomość mieli
namiestnicy Kremla nad Wisłą. Szef sowieckiego KGB Jurij Andropow podkreślał
wręcz: "Nawet jeśli Polska dostanie się pod władzę "Solidarności", to będzie
tylko tyle. (…) Jeżeli zaś przeciw ZSRR zwrócą się kraje kapitalistyczne,
które już zawarły między sobą w tej sprawie porozumienie (…), będzie to dla
nas bardzo niebezpieczne. Musimy troszczyć się o nasz kraj". Polscy towarzysze
byli jednak do tego stopnia zdeterminowani, że Jaruzelski z początkiem grudnia
1981 r. prosił "o zajęcie stanowiska przez Komitet Obrony państw Układu
Warszawskiego w sprawie niezwykle skomplikowanej sytuacji w Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej". Pogróżki ze strony Układu wzmocniłyby wysiłki
propagandowe zmierzające do przekonania Polaków o rzekomo grożącej interwencji.
Jednak wobec ostrych protestów niektórych ministrów obrony Komitet ostatecznie
nie zajął żadnego stanowiska. Jaruzelski i Kiszczak musieli więc kreować mit
"mniejszego zła" na własną rękę.
Do końca jednak nie byli pewni, czy uda się skutecznie obronić reżim własnymi
siłami. Dlatego w przededniu wprowadzenia stanu wojennego Jaruzelski domagał się
od Sowietów, by w razie niepowodzenia planu wsparli jego działania siłami Armii
Czerwonej. 10 grudnia 1981 r. Anatolij Rusakow relacjonował innym członkom
sowieckiego Politbiura stanowisko jego ekipy: "Gdyby siły polskie nie złamały
oporu "Solidarności", to towarzysze polscy liczą na pomoc innych krajów, nawet
na wprowadzenie wojsk na terytorium Polski". Jeszcze 12 grudnia w czasie rozmów
z dowódcą Układu Warszawskiego marszałkiem Wiktorem Kulikowem Jaruzelski miał
nalegać na sowiecką interwencję. Wiktor Anoszkin, adiutant Kulikowa, tak
zanotował wypowiedź Jaruzelskiego: "Trzeźwo oceniamy sytuację i jeśli nie będzie
politycznego, ekonomicznego i wojskowego wsparcia ze strony ZSRR, to nasz kraj
może być stracony". I dodał: "Bez poparcia ZSRR nie możemy iść naprzód, pójść na
ten krok". Dalej Anoszkin notował: "Jaruzelski zażądał spotkania na najwyższym
szczeblu, odpowiedź o udzieleniu pomocy wojskowej itd.". Jednocześnie polscy
komuniści tłumaczyli Sowietom propagandowe założenia operacji: "Na tę akcję
idziemy pod hasłem "ratowania Ojczyzny", "ratowania narodu"". Kulikow rozwiał
jednak nadzieje I sekretarza KC PZPR, jasno dając do zrozumienia, że o
sowieckiej interwencji nie może być mowy.

Jaruzelski jak Al Capone
Dbając o pozory legalności swych działań, ekipa Jaruzelskiego doprowadziła do
ustanowienia przez Radę Państwa PRL dekretów wprowadzających stan wojenny i
regulujących jego funkcjonowanie. Jednak, w myśl dewizy "prawo jest dla nas, a
nie my dla prawa", uczyniono to z pogwałceniem przepisów Konstytucji PRL.
Zgodnie bowiem z jej zapisami Rada Państwa nie miała prawa do uchwalania
dekretów w czasie sesji Sejmu. Tymczasem w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., gdy
jej członkowie – przy jednym głosie sprzeciwu i jednym głosie wstrzymującym się
– przyjęli przywiezione im w teczce dekrety, formalnie trwała sesja Sejmu.
Mogłoby to nie mieć specjalnego znaczenia, trudno bowiem w ogóle poważnie
traktować ustanawiane przez komunistów regulacje, nazywane przez nich prawem,
gdyby nie przyjęta przy Okrągłym Stole formuła transformacji. Ewolucyjne
przejście z PRL do III RP, odżegnywanie się dominującej części opozycyjnego
establishmentu od jednoznacznego odcięcia się od dorobku reżimu spowodowało, że
w istocie III RP jest prawną kontynuatorką PRL. Efektem tego jest między innymi
sytuacja, w której prawne rozliczenie komunistycznych zbrodni jest możliwe
wtedy, gdy partyjnym aparatczykom udowodni się łamanie przepisów, które sami
ustanawiali… Tym samym zaczyna to przypominać sytuację Ala Capone – wszyscy
wiedzieli, że był szefem mafii, ale skazać można go było tylko za przestępstwa
podatkowe.
Sejm III RP już w 1992 r. uznał wprowadzenie stanu wojennego za nielegalne z
punktu widzenia ustawodawstwa PRL – to, co było wówczas oczywiste, długo nie
mogło znaleźć potwierdzenia prawnego. Trybunał Konstytucyjny potwierdził to
stanowisko dopiero w marcu tego roku.

Dr Filip Musiał
historyk IPN Oddział w Krakowie

drukuj