Separacja skoordynowana, separacja wroga

W "Kropce nad i" 28 czerwca br. minister Radosław Sikorski próbował
wyjaśniać, dlaczego skierował do Stolicy Apostolskiej notę dyplomatyczną w
sprawie wypowiedzi ojca Tadeusza Rydzyka o totalitaryzmie – to głośna już
wypowiedź z konferencji w Brukseli. Analiza wystąpienia Sikorskiego nie
pozostawia najmniejszych wątpliwości – polski minister spraw zagranicznych nie
rozumie istoty rozdziału (autonomii, niezależności) państwa i Kościoła, a tym
samym nie rozumie traktatu międzynarodowego, jakim jest konkordat pomiędzy
Stolicą Apostolską i Rzecząpospolitą Polską. To zatrważające, bo mowa przecież o
osobie, która odpowiedzialna jest za politykę zagraniczną naszego państwa – kto
jak kto, ale szef dyplomacji powinien znać podstawowe kanony prawa
międzynarodowego.

Minister Sikorski stwierdził m.in.: "Stoję na straży poszanowania dla konkordatu
(…) który mówi w art. 1, że Rzeczpospolita Polska i Stolica Apostolska
potwierdzają, że państwo i Kościół katolicki są – każde w swej dziedzinie –
niezależne i autonomiczne, oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej
zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i
dobra wspólnego". Dalej minister Sikorski wyjaśnił, jak rozumie ten przepis,
odnosząc go do wypowiedzi i działań ojca Tadeusza Rydzyka: "Ojciec Rydzyk
wkroczył w sferę profanum, a nie sacrum. Nikt mu nie zabrania głosić Słowa
Bożego, walczyć o zbawienie naszych dusz, ale geotermia czy prezentowanie swoich
racji biznesowych to nie jest głoszenie Słowa Bożego".
Jak odczytać te słowa? Nie inaczej, jak tylko jako propagowanie antyklerykalnego
hasła komunistów – "klerycy do kaplicy". Minister spraw zagranicznych stwierdził
bowiem ni mniej, ni więcej, że autonomia państwa i Kościoła polega na tym, że
duchowni mają prawo siedzieć w Kościele i głosić Ewangelię (łaskawca, "nikt im
przecież tego nie zabrania" – deklaruje Sikorski). Duchowny to jednak – zdaniem
Sikorskiego – jakby nie obywatel państwa polskiego, tylko pewnie obywatel
państwa Watykan i nie wolno mu komentować polskiego życia politycznego,
prowadzić jakiejkolwiek innej działalności, bo to już jest duchownemu zabronione
w oparciu o art. 1 konkordatu. I właśnie wtedy gdy duchowny komentuje działania
władz publicznych, a co gorsza prowadzi działalność niezwiązaną bezpośrednio z
głoszeniem Słowa Bożego – w tym wypadku w ramach prowadzonej fundacji inwestuje
w geotermię – to jest to już naruszenie prawa i powód do zastosowania art. 28
konkordatu, zgodnie z którym "układające się Strony będą usuwać na drodze
dyplomatycznej zachodzące między nimi różnice dotyczące interpretacji lub
stosowania niniejszego konkordatu". Tym samym jest to dla Radosława Sikorskiego
powód do wystosowania noty dyplomatycznej (swego rodzaju skargi) do Stolicy
Apostolskiej. Absurd.
Trzeba wyjaśnić panu ministrowi, że przepis art. 1 konkordatu i art. 25
Konstytucji – "autonomia oraz wzajemna niezależność każdego w swoim zakresie
[państwa i Kościoła], jak również współdziałanie dla dobra człowieka i dobra
wspólnego" – wyraźnie wskazuje na separację skoordynowaną, a nie wrogą (jak to
odbywało się w PRL, ZSRS czy w innych państwach komunistycznych), separację, w
której oba podmioty – państwo i Kościół – są autonomiczne we wzajemnych
relacjach wewnętrznych i niezależne w swych stosunkach na zewnątrz.
Przestrzeganie tej zasady sprowadza się przede wszystkim do gwarancji wzajemnej
nieingerencji państwa i Kościoła (instytucjonalnego) w sprawy, które należą do
ich odrębnych zakresów działania. Oznacza to, że zarówno państwo, jak i Kościoły
tworzą swoje odrębne systemy prawa – system prawa państwowego i system prawa
kościelnego (kanonicznego), które są odrębne i w stosunku do siebie niezależne.
Dalej oznacza to, że działania oparte na normach prawa kanonicznego nie wywołują
automatycznie skutków prawnych w prawie państwowym i odwrotnie. Poza tym
urzędnik państwowy nie jest jednocześnie hierarchą kościelnym i odwrotnie.
Kościół (instytucjonalny) nie ma prawa decydować o obsadzie urzędów państwowych
i odwrotnie.
Powstają w tym miejscu zasadnicze pytania: Czy którakolwiek z tych reguł została
naruszona poprzez działalność tego czy innego duchownego w Polsce? Czy reguły te
naruszył swą działalnością i wypowiedziami ojciec Tadeusz Rydzyk? Oczywiście, że
nie. Tylko odbieranie duchownym przysługujących im praw zagwarantowanych każdemu
człowiekowi w Konstytucji RP, takich jak m.in. wolność słowa, może prowadzić do
absurdalnych wniosków przeciwnych i stać się podstawą wystosowania noty
dyplomatycznej do Stolicy Apostolskiej. Zresztą próbował to wyjaśnić ministrowi
Sikorskiemu, w sposób dyplomatyczny, rzecznik Stolicy Apostolskiej ks. Federico
Lombardi, gdy stwierdził, że "jakiekolwiek oświadczenie ks. Tadeusza Rydzyka nie
angażuje Stolicy Apostolskiej ani polskiego Kościoła. Ojciec Tadeusz Rydzyk
przemawia we własnym imieniu" – jako obywatel państwa polskiego, któremu
przysługuje pełnia praw zagwarantowanych także w polskiej Konstytucji – można
dodać. Niestety, wyjaśnienie to, jak widać, pozostaje niezrozumiałe dla
polskiego ministra spraw zagranicznych, a także innych jego partyjnych kolegów,
opluwających ks. bp. Wiesława Meringa czy ks. prof. Józefa Krukowskiego, a
których nazwisk – przez litość – nie będę wymieniał.
Na koniec godzi się wyjaśnić ministrowi Sikorskiemu i jego partyjnym kolegom,
emocjonalnie zabierającym głos w tej sprawie, że demokracja to ustrój ścierania
się poglądów i opinii, przy wzajemnym poszanowaniu dla osób opinie te
wypowiadających – tak trafnie zdefiniował demokrację Gustaw Zagrobelsky, były
szef włoskiego sądu konstytucyjnego. Można nie zgadzać się z opiniami wyrażanymi
przez ojca Tadeusza Rydzyka. Każdy ma do tego prawo. Ale nie można przy tej
okazji opluwać jego samego i innych osób (m.in. ks. bp. Wiesława Meringa, ks.
prof. Józefa Krukowskiego), bo takie działania są sprzeczne z istotą demokracji.
A przecież nikt inny, tylko partia ministra Sikorskiego oznajmia wszem i wobec,
że o rozwój wartości demokratycznych walczy. Czy prawdziwie?

Dr Przemysław Czarnek

drukuj