Podwójne standardy dyrektora Świetlika
Z dr Hanną Karp, medioznawcą z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i
Medialnej w Toruniu, rozmawia Paulina Jarosińska
Centrum Monitoringu Wolności Prasy przy Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich
wystosowało list do redakcji "Naszego Dziennika", w którym twierdzi, jakoby
"Nasz Dziennik", nie zachowując elementarnej zasady solidarności zawodowej,
naciskał prokuraturę "w celu doprowadzenia do skazania dziennikarzy Michała
Krzymowskiego i Marcina Dzierżanowskiego, autorów książki 'Smoleńsk. Zapis
śmierci’". Jak Pani odbiera tę "akcję"?
– Pierwsza uwaga, jaka się nasuwa, to fakt, że dyrektor Centrum specyficznie
pojmuje etykę dziennikarską. Zarzucając komuś nieetyczne postępowanie,
wypadałoby sprawdzić, czy nasze własne postępowanie nie narusza etycznych zasad
lub choćby dobrego obyczaju. W tej sytuacji niezbędne jest uwzględnienie
kontekstu całej sprawy. W tym przypadku chodzi o śledztwo smoleńskie. Cała rzecz
rozgrywa się wokół dziennikarzy, którzy swoim działaniem spowodowali
nieszczelność prokuratury. Michał Krzymowski i Marcin Dzierżanowski bowiem
dotarli – sobie znanym sposobem – do 57 akt ze śledztwa prokuratorskiego w
sprawie katastrofy smoleńskiej. I akta te wykorzystali we własnej publikacji
książkowej. Możemy się domyślać, że praca na tak bogatym materiale wymagała
jakiegoś systematycznego dostępu do nich. Być może zostali dopuszczeni do
całości akt i mogli "wybrać" to, co odpowiadało ich tezom. I to jest meritum
sprawy. Do tego faktu powinien ustosunkować się dyrektor Świetlik.
Gdy tygodnik "Wprost" publikował zmanipulowany materiał Krzymowskiego i
Dzierżanowskiego, pies z kulawą nogą nie interesował się wówczas tym, czy
została zachowana etyka dziennikarska i zasada rzetelnego informowania na bazie
zdobytego materiału…
– Otóż to. Dziwię, że w momencie kiedy dochodziło do najbardziej niedorzecznych
manipulacji i "gry" przeciekami, nikt nie rozpoczął dyskusji w przestrzeni
publicznej i medialnej o tym, w czyim de facto interesie leży działanie
kompromitujące urzędników państwowych pracujących na rzecz tak kluczowej dla
państwa sprawy jak to śledztwo. Nie słyszałam, żeby pan Świetlik wówczas jakoś
się do tego odnosił. Z kolei "Nasz Dziennik" dzień po dniu, przez trzynaście
miesięcy, zdobywa rzetelne i wiarygodne materiały dotyczące katastrofy, prowadzi
odrębne śledztwo dziennikarskie, zachowując jednocześnie wszelkie zasady etyki
dziennikarskiej. Do Rosji wysyłani są reporterzy, którzy niejednokrotnie
znajdują więcej i do tego ciekawszych materiałów niż stali korespondenci
głównych tytułów. Ich zatrzymanie przez funkcjonariuszy FSB pokazuje, jak
niebezpieczna i ryzykowna jest ich praca.
Wiktor Świetlik twierdzi, że CMWP protestowało wówczas i podnosiło głos w tej
sprawie…
– Przykro mi, ale nie przypominam sobie tych protestów. Apel w określonej
sprawie musi być słyszalny i skierowany do konkretnych instytucji i środowisk.
Musi być zauważalny. Tylko wtedy ma sens. Z naciskiem należy podkreślić, że nikt
nie śledzi całej sprawy tak wnikliwie jak "Nasz Dziennik". Widać, że jest to
sprawa priorytetowa dla redakcji. Wyobraźmy sobie sytuację odwrotną, zupełnie
hipotetyczną. Otóż załóżmy, że to "Nasz Dziennik" dociera do 57 akt ze śledztwa
smoleńskiego. Jestem pewna, że zostałby od razu, z miejsca oskarżony o
manipulację, chęć wpływania na śledztwo itp. Być może doprowadzono by nawet do
sytuacji, w której grożono by "Naszemu Dziennikowi" zamknięciem. Ta hipotetyczna
wizja ma na celu tylko pokazać podwójne standardy, jakie obecnie w przestrzeni
medialnej w Polsce obowiązują. Wróćmy jednak do meritum. Czy ta prosta gra
przeciekami w wykonaniu Krzymowskiego i Dzierżanowskiego przyniosła jakieś
pozytywne efekty? Czy przybliżyła nas do prawdy? Nie. Okazała się dobrą pożywką
dla dziennikarzy, którzy zapragnęli budować na niej kolejne nieprawdziwe teorie.
W gruncie rzeczy mieliśmy do czynienia z ośmieszeniem powagi śledztwa i organów
odpowiedzialnych za nie. Wydaje się oczywistą zasadą dziennikarską: nie
manipulować materiałem dowodowym, jeśli weszliśmy już w jego posiadanie. Wiktor
Świetlik, wystosowując to pismo pod adresem "Naszego Dziennika", powinien zadać
sobie pytanie: w czyim imieniu to robi? Warto też zastanowić się – i to apel do
wszystkich dziennikarzy tak aktywnie broniących wolności słowa w Polsce – kiedy
po raz ostatni byli solidarni z redakcją "Naszego Dziennika"? To pytanie powinno
wreszcie głośno i mocno wybrzmieć.
Według Pani, jest to zatem kolejna próba zdyskredytowania "Naszego Dziennika"
i wmówienie, że nie tylko nie jest to rzetelne źródło informacji, ale do tego
jeszcze wykazujące niesolidarność zawodową?
– Tak, w istocie mamy do czynienia właśnie z takim zjawiskiem. Proszę zauważyć,
że w Polsce media (mam na myśli prasę) dzielą się na: prasę – umownie nazwijmy
ją – niszową, która żyje własnym nurtem, oraz media mainstreamowe, które dyktują
agendę. One nie tyle opisują jakieś sprawy, ile dyktują sam temat. A więc to, o
czym i o kim w ogóle prowadzony jest dyskurs medialny. Ich przekaz brzmi: drogi
czytelniku, zajmuj się dziś tym i tym, a my jeszcze podpowiemy ci kolejne
tematy. "Nasz Dziennik" nie należy do salonowego nurtu, chociaż często tematy
czołówkowe "Naszego Dziennika" były cytowane na różnych portalach, jednak
najczęściej bez podawania źródła. Dzieje się tak, jakby media głównego nurtu za
wszelką cenę chciały zmarginalizować fakt, że to właśnie "Nasz Dziennik" dotarł
do tych ustaleń. Wiktor Świetlik, formułując zarzuty pod adresem "Naszego
Dziennika", nie do końca zdaje sobie chyba sprawę z tego, jak daleko posunięty
jest proces dyskredytowania tego dziennika.
Całą tę sprawę można porównać do październikowej akcji oszczerstw Rady Etyki
Mediów skierowanych pod adresem "Naszego Dziennika", kiedy Magdalena Bajer, nie
czytając nawet artykułu, była pewna, że zawiera on nieprawdziwe informacje…
– Zarówno tamta sprawa, jak i ta są próbami wepchnięcia "Naszego Dziennika" w
zaułek dziennikarstwa nierzetelnego, "oszołomskiego". Warto jednak zwrócić
uwagę, że wielokrotnie to "Nasz Dziennik" jako pierwszy poruszał pewne wątki,
które potem były czołówką w innych tytułach. Tutaj znamiennym przykładem są np.
wywiady z rodzinami ofiar katastrofy smoleńskiej. To w "Naszym Dzienniku" po raz
pierwszy mogliśmy je przeczytać. Jeśli więc redakcję, która wiele swojej pracy i
wysiłku poświęca na drążenie prawdy, nazywa się nierzetelną i – o ironio –
niesolidarną, możemy mówić spokojnie o celowej dyskredytacji.
"Nasz Dziennik" poza tym nie złożył zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa,
jak chciałby tego Wiktor Świetlik, po prostu padło konkretne pytanie
dziennikarskie.
– Tak też to rozumiem. To działanie, które jest obrazem rzetelności
dziennikarskiej. W sprawie tak drażliwej, tak niepokojącej, jak katastrofa
smoleńska i śledztwo smoleńskie, każde uściślenie jest cenne. Poza tym nie może
być też tak, że solidarność dziennikarska jest ponad rzetelnością. Dziennikarze
nie mają obowiązku tworzenia solidarności zawodowej, korporacyjnej czy wręcz
jakiejś grupy wzajemnej adoracji za wszelką cenę. W sytuacji kiedy opinia
publiczna jest żywo zainteresowana sprawą, dążenie do prawdy, by rozwiać tezy
stanowiące kompilację fałszu i półprawdy, powinno być ponad rozumianą w ten
sposób solidarnością zawodową. Dla dziennikarza to prawda powinna być zawsze na
pierwszym miejscu. Centrum Monitoringu Wolności Prasy powinno uwzględnić ten
zasadniczy aspekt.
Powiedziała Pani, że tym, co najbardziej uderza, jest właśnie ten
paradoksalny zarzut o niesolidarność. Paradoksalny, bo jak Pani zauważyła, ze
świecą szukać przykładu solidarności z "Naszym Dziennikiem"… Pytanie: gdzie
leży źródło tego krzywdzącego zjawiska?
– Na sprawę listu Wiktora Świetlika sugerowałabym spojrzeć z nieco głębszej
perspektywy niż tylko doraźnego zdyskredytowania. Otóż pewne środowiska wysyłają
w tym momencie do "Naszego Dziennika" sygnał: nie zajmujcie się Smoleńskiem, my
jesteśmy bardziej kompetentni. Dziś trwa bezwzględna walka o czytelnika.
Przykładem jest tu tygodnik "Uważam Rze". Zauważono, że tytuły, które nie
zajmują się konsekwentnie Smoleńskiem, tracą czytelników. "Nasz Dziennik"
Smoleńsk pilotował od początku. Wolny od kalkulacji i wytycznych
polityczno-ideowych drążył temat, dlatego pisze swobodnie i spokojnie dąży do
prawdy. To niewątpliwie uwiera układ rządowo-salonowy. "Nasz Dziennik" przy
wielu okazjach jest dyskredytowany i spychany na margines debaty publicznej,
ponieważ nie ogranicza go gorset politycznej poprawności. Dochodzi do ważnych i
ciekawych ustaleń. Jest w tym bezkompromisowy. Media i dziennikarze nurtu
salonowego nie mogą przekroczyć pewnej granicy poprawności politycznej.
Najprostszą metodą jest deprecjonowanie i marginalizowanie. W tym wszystkim
objawia się również polityka w stosunku do Rosji.
Nawet do takich zależności dochodzimy?
– W mediach uwikłanych tak czy inaczej w rządowe zależności nie można po prostu
pewnych rzeczy powiedzieć. Natomiast "Nasz Dziennik" nie ma takiego obciążenia.
Polacy wciąż bardzo żywo interesują się sprawą Smoleńska. Coraz częściej mają
dosyć manipulacji, chcą czerpać informacje z pewnych źródeł. Dlatego sięgają po
inne tytuły, takie choćby jak "Nasz Dziennik". Na koniec jeszcze uwaga i prośba,
by Wiktor Świetlik jako dyrektor tak ważnej instytucji szukał rzeczywistych
przykładów łamania zasad wolności prasy i swobody dziennikarskiej wypowiedzi. Bo
pracy – zwłaszcza w ostatnim czasie – naprawdę ma dużo.
Dziękuję za rozmowę.
