Obama przyjeżdża

Oczekiwania polskiego społeczeństwa w związku z wizytą prezydenta Baracka
Obamy są minimalne. Agenda polsko-amerykańskiej współpracy jest symboliczna.
Jeśli nie współpracujemy w poważnych sprawach, to nie można oczekiwać istotnych
decyzji. O pustce obecnego dialogu polsko-amerykańskiego świadczy nawet fakt, iż
po raz pierwszy ambasada amerykańska w Warszawie organizuje konkurs pod hasłem:
"Co nas łączy?", aby zainteresować wizytą polskie społeczeństwo i zatrzeć
niekorzystny obraz prezydenta wywołany jego brakiem zainteresowania problemami
Europy Środkowej i Wschodniej.

Na początku roku minęły dwa lata kadencji prezydenta Baracka Obamy. Połowa
kadencji to wystarczający już czas, aby dokonać ocen polityki zagranicznej USA i
zestawić obietnice wyborcze z rezultatami. Szczególnie należy to zrobić wobec
tego prezydenta, który doszedł do władzy, tak mocno demonizując politykę
poprzednika, i który wywołał tyle nadziei na świecie, że już na starcie świat
obdarował go Pokojową Nagrodą Nobla. Szczególna atencja należy się też
prezydentowi, za którego rządów doszło do tak radykalnego osłabienia relacji
polsko-amerykańskich.
Prezydent Obama pojawi się w Polsce w końcu maja. Tak jak i poprzednich
prezydentów amerykańskich powita go przyjazne społeczeństwo. W czasach
komunistycznych wizyty prezydentów amerykańskich łączone były z nadziejami na
jakiś przełom w położeniu naszego kraju. W latach 90. prezydent Bill Clinton
przyjechał z obietnicą, że znajdziemy się w NATO. Następnie prezydent George
Bush roztaczał przed nami perspektywę silnej współpracy strategicznej na bazie
naszego zaangażowania na Bliskim Wschodzie i ewentualnego przystąpienia do
programu tarczy antyrakietowej. Niestety, w przypadku wizyty prezydenta Baracka
Obamy nasze oczekiwania są minimalne. Małe zainteresowanie przyjazdem prezydenta
USA i brak oczekiwań wynikają z faktu, iż świat jest skonsternowany zachowaniem
Stanów Zjednoczonych pod kierunkiem ich obecnego prezydenta. Od lat byliśmy
przyzwyczajeni do prezydentów amerykańskich przejawiających ambicje przewodzenia
światu, czy to na drodze polityczno-wojskowej, czy to na drodze wytyczania
polityczno-moralnych i demokratycznych standardów zachowania społeczności
międzynarodowej. Dziś wydaje się, że Stany Zjednoczone nie przejawiają ambicji
przewodzenia światu. Co więcej zaskakuje, nie przejawiają nawet ambicji
przewodzenia w obozie państw atlantyckich. Mamy poczucie chaosu kompetencyjnego
i decyzyjnego w Waszyngtonie oraz brak klarownego zdefiniowania, w imię jakich
koncepcji, doktryn i strategii podejmowane są decyzje w amerykańskiej polityce
zagranicznej. Pojawiają się wątpliwości, czy jakakolwiek spójna strategia
przyświeca działaniom administracji Baracka Obamy.

Sprzeczne postawy
Do wysunięcia takich wątpliwości skłania obserwacja zachowania i podejmowania
decyzji w sprawach zagranicznych przez administrację prezydencką. Dotychczas,
zgodnie z prerogatywami konstytucji amerykańskiej, ton polityce zagranicznej
nadawał sam prezydent i sekretarz stanu lub doradca ds. bezpieczeństwa. W
obecnej administracji mamy niestety obok aktywnego prezydenta więcej polityków
wypowiadających się w sposób arbitralny na temat polityki zagranicznej. Chyba po
raz pierwszy w historii USA istotną rolę międzynarodową zaczął pełnić
wiceprezydent. To Jo Biden ogłaszał na początku 2009 roku reset w relacjach z
Rosją. A w październiku 2009 r. przekonywał nas w Polsce do nowej koncepcji
tarczy antyrakietowej. Równolegle nie malała rola doradcy ds. bezpieczeństwa.
Generał James Jones prowadził rutynowe działania międzynarodowe, i to on właśnie
reprezentował USA na ważnych uroczystościach w Polsce 1 września 2009 roku.
Często niezależną postawę prezentowała sekretarz stanu Hillary Clinton. Jak się
jednak zdaje, jej kompetencje zostały uszczuplone przez stworzenie przez
prezydenta licznej grupy specjalnych pełnomocników, m.in. do spraw Afganistanu i
Pakistanu, Bliskiego Wschodu, Iranu czy Haiti. Tę ostatnią funkcję powierzono
byłemu prezydentowi Billowi Clintonowi. Silną pozycję w sprawach
międzynarodowych posiadał również, zachowany z administracji republikańskiej,
sekretarz obrony Robert Gates. Istotny wpływ na niektóre kierunki działania miał
także dyrektor CIA, który lada chwila przejmie obowiązki sekretarza obrony.
To rozrzucenie kompetencji, według niektórych analityków, jest logicznym
podziałem pracy. Dla innych zaś celowym rozmyciem odpowiedzialności. W
rezultacie mamy i wrażenie chaosu kompetencyjnego, i rzeczywistą kakofonię
stanowisk, która dobitnie ujawniła się w niejednoznacznym podejściu USA do
kryzysu w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Politycy amerykańscy przez
dłuższy czas nie mogli się zdecydować, czy bronić Hosniego Mubaraka, czy się go
pozbyć. Wydaje się, że zupełnie się pogubili w przypadku Kaddafiego i dalszych
wypadków na Bliskim Wschodzie.

Ambiwalentna strategia
Poza kłopotem ze wskazaniem, kto kieruje polityką zagraniczną USA, mamy jeszcze
większe problemy ze zdefiniowaniem, czym ta polityka się kieruje. Czy istnieje
strategia, plan, pomysł na ułożenie świata i rolę USA? Dla wielu analityków brak
klarownej odpowiedzi jest bezpośrednią pochodną wspomnianego wyżej galimatiasu
kompetencyjno-personalnego. W administracji Obamy znalazło się wielu polityków
posiadających doświadczenie i rutynę w dziedzinie polityki międzynarodowej,
zwykle większą od samego prezydenta. Może ze względu też na afroamerykańskie
korzenie prezydenta chciał on (lub musiał) zebrać wokół siebie szerokie spektrum
polityków Partii Demokratycznej, jak i przedstawicieli Republikanów. Stąd może
wynikać eklektyzm strategii działania.
Główne źródła tej niespójnej polityki wielu jednak upatruje w życiorysie
politycznym prezydenta Obamy, który pojawił się w Waszyngtonie dopiero sześć lat
temu bez większego doświadczenia administracyjnego, bez wiedzy o polityce
międzynarodowej w szczególności. W takiej sytuacji musiał przechodzić
jednocześnie przyspieszony kurs poznawania sytuacji międzynarodowej,
amerykańskiej polityki zagranicznej i wypracowywania efektywnej taktyki walki z
republikańską administracją Busha. W rezultacie doszło do ciekawej ewolucji
poglądów. Z idealisty zafascynowanego wspieraniem praw człowieka na świecie
szybko stał się realistą domagającym się, aby Stany Zjednoczone nie kierowały
się ideologią i polityką, ale trzeźwymi ocenami faktów i narodowym interesem.

Wydawało się zatem, że głównym motorem działania Obamy było hasło "anything but
Bush" – wszystko tylko nie polityka Busha. Tak więc za czasów prezydenta Busha
wspierano na świecie przemiany demokratyczne, preferowano siłę przed dyplomacją,
stawiano na wolny rynek i przejawiano skłonności do unilateralnego działania
USA. Za czasów Obamy amerykańskie interesy narodowe miały być ważniejsze od
ideologicznego podejścia do promowania demokracji w świecie, siła militarna
miała być stosowana jedynie w ostateczności, rynki międzynarodowe powinny być
poddane regulacjom, a amerykańska dyplomacja miała działać w ramach
multilateralnych ram. Zamiast ideologicznej polityki to pragmatyzm miał się stać
ideologią prezydenta Obamy.
Tak ładnie skrojone formułki okazały się skuteczne w wyborach prezydenckich, ale
w zderzeniu z rzeczywistością musiały zostać poddane istotnym modyfikacjom.
Jeszcze w czasie zielonej rewolucji w Iranie latem 2009 roku Obama zachował
"realistyczne" podejście i nie wspierał rewolucjonistów, nie chcąc kontynuować
ideologicznego podejścia Busha. Już jednak w Afganistanie Obama został zmuszony
do kontynuowania, a nawet rozszerzenia wojny z rebeliantami, a nie
realistycznego porozumienia się w celu szybkiego wycofania wojsk zgodnie z
wyborczymi obietnicami. Następnie, gdy rozszerzały się rewolty w krajach
arabskich, administracja Obamy powoli zaczynała być zmuszana do poparcia
polityki "uporządkowanej zmiany" wbrew interesowi utrzymania status quo. Podobna
ewolucja dokonała się w podejściu do Kaddafiego. Od widocznej niechęci do
wikłania się w konflikt aż po najpierw retoryczne zaangażowanie się i wreszcie
otwarte domaganie odejścia Kaddafiego ze sceny politycznej oraz wymaganie od
sojuszników większego zaangażowania się w działania militarne. Ta zmiana i
odejście od stanowiska pragmatyczno-realistycznego została przypieczętowana
piątkowym przemówieniem na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie. Kiedy jeszcze w
2009 roku Obama zrywał z polityką wymuszania demokratyzacji reżimów
bliskowschodnich i deklarował, że nie można narzucać systemów politycznych innym
państwom, to już 19 maja tego roku, gdy kiedyś prezydent Bush domagał się
demokratyzacji i liberalizacji gospodarczej. Oznacza to, że w ciągu 2 lat
odszedł od realistycznego dbania o stabilność regionu na rzecz domagania się
demokratyzacji reżimów, czyli polityki á la Bush!
Wobec takich meandrów świat się głowi, czy można nakreślić jakąś doktrynę
Baracka Obamy? Niestety, wielu dochodzi do wniosku, iż obecna administracja
amerykańska nie posiada jasno określonych priorytetów. Jeszcze na początku
kadencji wydawało się, że Obama dokonuje radykalnego zwrotu w postrzeganiu
świata. Przez wiele dekad prezydenci amerykańscy odnosili się do świata w
kontekście rywalizacji Wschód – Zachód. Obama zapowiadał postrzeganie spraw
międzynarodowych przez pryzmat relacji Północ – Południe. Zamieniał więc
rywalizację polityczno-wojskową na rozwiązywanie spraw gospodarczych i
społecznych pomiędzy krajami bogatymi i rozwijającymi się. Z dzisiejszej
perspektywy widać jednak, że to raczej wydarzenia sterują administracją
amerykańską, a nie przemyślany plan działania. W dzisiejszym stanie świata brak
priorytetów, brak strategii i zwykłe zachowanie "wszystko tylko nie Bush" nie
powstrzyma zagrożenia islamskiego, nuklearnych ambicji Iranu, ekonomicznej
ekspansji Chin czy rosyjskiej asertywności i prób odbudowy wpływów w Europie.
Również Barack Obama przekonuje się, że polityka zagraniczna to nie
krótkoterminowe, pragmatyczne i realistyczne transakcje. Skuteczna polityka
zagraniczna musi być oparta na wartościach i normach, na słusznej, sprawiedliwej
racji. Musi być choć trochę moralna.

Europa Środkowa
Ani we wcześniejszym podejściu do świata, przez pragmatyzm i relacje Północ –
Południe, ani w obecnie reaktywnym nastawieniu nie widać, żeby w amerykańskiej
polityce istotne miejsce zajmowały poważne stosunki z Europą Środkową. Z jednej
strony Amerykanie niesłusznie uznali jakiś czas temu, że region nasz jest już
zakończonym projektem społeczno-politycznym, który nie wymaga dalszej troski.
Przecież Europa nie jest jeszcze cała wolna, demokratyczna i zjednoczona. Z
drugiej strony rząd PO – PSL uczynił wszystko, aby zminimalizować nasze
bilateralne relacje.
Ze Stanami Zjednoczonymi łączy nas wiele wydarzeń historycznych oraz nasza
diaspora polonijna. W minionych latach łączyły nas też wysiłki na rzecz
rozszerzenia NATO i wspólne działania na Bliskim Wschodzie. Jednak przyszła
wspólna agenda współpracy wygląda skromnie. Amerykanie i obecne władze polskie
usiłują przekonać nas, że podstawą dalszej współpracy może być płaszczyzna
współdziałania na rzecz demokratyzacji świata, energetyka nuklearna i badania
możliwości produkcji gazu z łupków oraz szersza kooperacja w dziedzinie
bezpieczeństwa międzynarodowego. Szczegółowy przegląd tych potencjalnych
płaszczyzn współdziałania ukazuje jednak bardzo ograniczony charakter
kooperacji.
Demokratyzacja świata i apele o respektowanie praw człowieka nie znajdowały się
przez ostatnie lata wśród istotnych instrumentów dyplomacji amerykańskiej.
Wieloletnia polsko-amerykańska inicjatywa Wspólnota Demokracji, która powstała w
2000 roku, była zupełnie zapomniana przez tę administrację. Trudno sobie
wyobrazić, aby Barack Obama skorzystał obecnie z tego instrumentu i wraz z
Lechem Wałęsą czy Adamem Michnikiem zaczęli demokratyzować Arabię Saudyjską,
Egipt, a tym bardziej Chiny. Być może w jakichś pojedynczych przypadkach
zorganizowana zostanie kolejna wycieczka podobnych ekspertów do Tunezji czy
Bahrajnu.
Kwestia gazu łupkowego wymaga wieloletnich eksploracji. Jest w pewnym sensie
połączona też z programem nuklearnym Polski, który wymaga olbrzymich nakładów
finansowych. Bo jeśli złoża łupków okażą się bogate w gaz i jego eksploatacja
stanie się ekonomiczna, to można przewidzieć, że kosztowny program nuklearny
może zostać zaniechany. Choćby z tych powodów są to kwestie odległe w czasie na
tyle, że wykraczają daleko poza nawet drugą, ewentualną kadencję Obamy. Nie
można zatem dziś prowadzić żadnych zobowiązujących rozmów.
Pozostaje płaszczyzna współdziałania w dziedzinie bezpieczeństwa
międzynarodowego i współpracy wojskowej. Ale i w tym przypadku trzeba mieć
jasność, że proponowana przez amerykańskiego prezydenta nowa koncepcja tarczy
antyrakietowej przewiduje budowę bazy w Polsce dopiero w 2018 roku. Nawet jeśli
Obama uzyska reelekcję, to zakończy pełnienie swoich obowiązków w styczniu 2017
roku. Czy zatem kolejny amerykański prezydent będzie zobowiązany ustaleniami
swego poprzednika? Pamiętamy, że Obama ustaleniami Busha nie czuł się
zobowiązany. Trochę bardziej obiecująco zapowiada się ewentualna współpraca w
programie samolotów F-16 i samolotów transportowych. Poczekajmy na szczegóły. I
na reelekcję, gdyż i ta współpraca miałaby się zacząć dopiero w 2013 roku, po
ewentualnym zwycięstwie Baracka Obamy w kampanii prezydenckiej.
Zamiast więc rozmawiać o gruszkach na wierzbie, może warto podjąć realistyczne
rozmowy. Jeśli współpracować w demokratyzowaniu świata, to może zacznijmy
wspólnie od Białorusi i przywróćmy Ukrainie, Gruzji i innym państwom regionu
realną perspektywę integracji z NATO i Unią Europejską. Jeśli rozmawiać o
energetyce, to należy powrócić do pomysłów pociągnięcia gazociągów z Morza
Kaspijskiego do Europy Środkowej. Takie przedsięwzięcie istotnie przyczyniłoby
się do bezpieczeństwa energetycznego naszego regionu oraz tworzyłoby solidny
fundament współpracy gospodarczej dla państw uczestniczących w programie
Partnerstwa Wschodniego. Porozmawiajmy też szczerze o bezpieczeństwie regionu i
zrealizujmy ustalenia nowej koncepcji strategicznej NATO przez opracowanie
wiarygodnych planów obronnych, stworzenie choć minimalnej infrastruktury
obronnej w naszym regionie i przećwiczenie wszelkich scenariuszy kryzysowych,
abyśmy nie zostali zaskoczeni "wschodnim Kaddafim" na naszych granicach.
Powyższe dziedziny współpracy powinny być już dawno uzupełnione o poważny
państwowy program naukowo-badawczy, edukacyjny i stypendialny. Bo jak się uczyć,
zdobywać wiedzę i prowadzić badania, to tylko na najlepszych uniwersytetach
świata i w najlepszych laboratoriach. Od dawna wiedzą o tym Koreańczycy i
Chińczycy oraz komisje Nagród Nobla. Pora też, aby Polska przyłączyła się do
tego światowego trendu poznawczego.

 

Witold Waszczykowski
 


Autor jest ekspertem Instytutu Sobieskiego, dyplomatą, byłym zastępcą szefa
Biura Bezpieczeństwa Narodowego (2008-2010); w latach 2005-2008 pełnił funkcję
podsekretarza stanu w MSZ.

drukuj