Dlaczego zabiera się dzieciom „Górkę”?
Poważne kłopoty szpitala sanatoryjnego dla dzieci i młodzieży w
Busku-Zdroju, zwanego popularnie "Górką", który specjalizuje się w leczeniu i
rehabilitacji dzieci z porażeniem mózgowym, zaczęły się kilka lat temu. Nowy
zarząd zmienił nazwę szpitala oraz zaczął przyjmować na leczenie coraz więcej
dorosłych pacjentów. Kolejnym krokiem było odebranie w lutym bieżącego roku sal
lekcyjnych działającej na terenie szpitala szkole. Obecny prezes zapowiada, że
za kilka lat szpital będzie przyjmował na leczenie tylko osoby dorosłe.
Zrozpaczeni rodzice pytają: "Co będzie z naszymi dziećmi?".
W Polsce na mózgowe porażenie dziecięce cierpi około 20-25 tysięcy dzieci. To
ponad połowa całej liczby dzieci niepełnosprawnych ruchowo, których według
szacunków jest w naszym kraju około 40-50 tysięcy. "Górka" to jedno z ostatnich
miejsc w Polsce, w którym prowadzi się rehabilitację dzieci. Dobrze przygotowany
personel medyczny, a także wykwalifikowana kadra nauczycieli i wychowawców z
działającej jeszcze na terenie szpitala szkoły zapewniają kompleksową opiekę nad
dziećmi nawet z ciężkimi upośledzeniami. Co to znaczy, wiedzą tylko rodzice,
którzy próbują zapisać swoje dziecko z porażeniem mózgowym np. na wizytę u
dentysty, nie mówiąc już o przeprowadzeniu innych, bardziej skomplikowanych
zabiegów. Tyle tylko, że gabinetu dentystycznego na "Górce" też już nie ma.
Rodzice wspominają, że jeszcze do niedawna świetnie działający mechanizm zaczął
się rozsypywać. Chcą więc ratować to, co pozostało.
Szpital dla dzieci w Busku-Zdroju ma długą historię i tradycję. Główny budynek
został oddany do użytku w 1926 roku. Od samego początku w misję szpitala
sanatoryjnego wpisana była pomoc najmłodszym. Ten cel przyświecał zarówno
inicjatorowi budowy ośrodka, dr. Szymonowi Starkiewiczowi, jak i mieszkańcom
uzdrowiska, którzy przeznaczyli na to swoją ziemię i pieniądze. Szpital od lat
specjalizuje się w leczeniu dzieci z porażeniem mózgowym oraz prowadzi leczenie
szpitalne, rehabilitacyjne, operacyjne i ambulatoryjne wielu schorzeń oraz
urazów narządu ruchu w pełnym zakresie chirurgii ortopedycznej. Po przebytych w
szpitalu operacjach młodzi pacjenci poddawani są zabiegom rehabilitacyjnym.
Personelowi pomagają rodzice, którzy niejednokrotnie rezygnują z pracy
zawodowej, aby być cały czas przy swoim niepełnosprawnym dziecku.
Szkoła bez klas
Coraz więcej osób mówi o "Górce" jako miejscu, w którym leczone są dzieci, w
czasie przeszłym. Prezes Uzdrowiska Busko-Zdrój Wojciech Legawiec dąży bowiem do
przekształcenia szpitala sanatoryjnego na potrzeby ludzi starszych. Z wywiadu,
którego udzielił niedawno jednej z gazet, jasno wynika, że w ciągu kilku lub
kilkunastu lat placówka przestanie przyjmować dzieci i będzie przeznaczona tylko
dla dorosłych. – To się stanie samoczynnie w ciągu kilku-kilkunastu lat –
twierdzi prezes. Jako przyczynę podaje czynnik ekonomiczny i zbyt niskie
kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia. Oprócz tego twierdzi, że dzieci z roku
na rok ubywa, a leczenie dorosłych jest po prostu bardziej opłacalne. To dlatego
kolejne oddziały dostosowuje się do potrzeb leczenia i rehabilitacji ludzi
dorosłych. Kilka lat temu otworzono dla nich oddział ortopedyczny.
W lutym tego roku działającej na terenie szpitala szkole odebrano pomieszczenia
przeznaczone na zajęcia lekcyjne i utworzono w nich oddział reumatologiczny dla
dorosłych. Z pomieszczeń szkolnych pozostały tylko biblioteka oraz gabinet
psychologa i logopedy. I choć szkoła jako placówka nadal istnieje, to już prawie
nie ma pomieszczeń. Nauczyciele i rodzice są tym oburzeni. – Mieliśmy pięć sal
lekcyjnych na parterze. Teraz, gdy nam je zabrano, dzieci muszą się uczyć na
oddziałach szpitalnych, w jadalniach lub świetlicy. W praktyce wygląda to tak,
że znajdujemy sobie jakiś stoliczek, przy którym prowadzimy zajęcia – opowiada
Elżbieta Kosińska, wieloletnia nauczycielka działającej przy sanatorium szkoły,
która prowadzi klasę dla uczniów upośledzonych w stopniu umiarkowanym lub
znacznym. To z pewnością nie są warunki sprzyjające nauce. – Dzieci upośledzone
wymagają spokoju, a co za tym idzie – oddzielnych pomieszczeń do nauki. Chociaż
często nie są w stanie nauczyć się czytać ani pisać, to dążymy do tego, żeby je
– głównie poprzez zabawę – w jak największym stopniu usprawnić. A dzieci, ucząc
się teraz na oddziałach, po prostu bardzo się męczą. No bo ileż mogą wysiedzieć
przy stoliku? – pyta pani Elżbieta.
Wszystko dla dzieci z MPD
Częstym objawem u osób z mózgowym porażeniem dziecięcym (MPD) są zaburzenia
ruchowe określane jako spastyczność, objawiające się wzmożonym napięciem
mięśniowym lub sztywnością mięśni. W zależności od ciężkości porażenia w różnym
stopniu upośledzone są również funkcje umysłowe. I nikt nie wie lepiej od
rodziców tych dzieci, ile pracy i wysiłku wymaga nauczenie, szczególnie dziecka
z ciężkim porażeniem mózgowym, najprostszych czynności (umożliwiających
założenie im butów czy umycie ich), a niejednokrotnie nawet funkcji życiowych, i
jak ważna jest ciągłość leczenia i rehabilitacji. – Jeżeli dziecko – nie daj
Boże – "rozłoży się" z powodu grypy na miesiąc, to wtedy większość pracy idzie
na marne i trzeba zaczynać wszystko od początku – opowiada jeden z rodziców
dziecka z ciężkim porażeniem mózgowym. Szpital na "Górce" zapewnia dzieciom
szereg zabiegów, które mają na celu maksymalne, fizyczne i intelektualne,
usprawnienie i usamodzielnienie ich, a które każdorazowo dopasowywane są przez
lekarzy i rehabilitantów do ogólnej kondycji danego pacjenta.
W białych rękawiczkach
– Szpital dla dzieci przetrwał wojnę, przetrwał komunę, a teraz, kiedy mamy
demokrację, wyrzuca się z niego dzieci – mówi z goryczą w głosie Elżbieta
Kosińska.
Zamknięcie szkoły to nie jedyny dowód chęci "wyrugowania" dzieci ze szpitala.
Szczególnie ci rodzice, którzy od wielu lat leczą tutaj swoje dzieci, dobrze
widzą kierunek działania nowego zarządu. Nie zgadzają się z argumentami
podawanymi do wiadomości opinii publicznej, jakoby było coraz mniej chętnych
dzieci do leczenia i rehabilitacji na "Górce". Według nich, zdarzają się bowiem
sytuacje, gdy odmawia się przyjęcia nowych pacjentów, tłumacząc to brakiem
miejsc, albo każe im się czekać na przyjęcie przez długi czas. – Twierdzi się,
że nie ma chętnych, po czym robi się tylko jeden oddział dla dzieci
rehabilitowanych, który jest przepełniony, podczas gdy na innych oddziałach
stoją puste łóżka – irytuje się jeden z ojców, którego syn ma porażenie mózgowe
i od wielu lat leczy się na "Górce". – Szpital zmienia się radykalnie na
niekorzyść najmłodszych pacjentów – oceniają rodzice.
Jako kolejny przykład na to podają umieszczanie w jednej sali pełnoletnich
pacjentów kontynuujących leczenie i rehabilitację z kilkudziesięcioletnimi
pacjentami z zewnątrz, którzy – w odróżnieniu od upośledzonych dzieci – mają do
wyboru setki innych sanatoriów na terenie Polski. Maria Chojnacka, której córka
Monika ma rozszczep kręgosłupa i leczy się na "Górce" od trzynastu lat, skarży
się, że w marcu tego roku jej dziecko zostało umieszczone na innym oddziale. –
Monika zniosła to w miarę dobrze. Ale dla wielu dzieci z ciężkim upośledzeniem
oznacza to nieprzespane noce na środkach uspokajających – twierdzi pani Maria.
Na dodatek zredukowano liczbę sióstr na dyżurach. Do niedawna na poszczególnych
oddziałach były dwie lub trzy siostry, a w tej chwili jest tylko jedna. Jakby
tego było mało, zaprzestano przyjmowania pacjentów w sobotę i w niedzielę. Jest
to wielkie utrudnienie szczególnie dla tych rodziców, którzy pracują zawodowo. –
W ten sposób tworzy się sztuczne problemy, ograniczające dostęp dzieci do
sanatorium – podsumowują.
Dzika prywatyzacja?
Rodzice twierdzą, że rozmowy, jakie próbują prowadzić z obecnym zarządem, nie
przynoszą żadnych rezultatów. Opisują jedno ze spotkań z prezesem Legawcem: –
Przyjął nas bardzo miło i zapewniał, że szpital – jak najbardziej – będzie dla
dzieci. A po dwóch dniach w lokalnej prasie ukazała się jego wypowiedź, w której
stwierdził, że szpital przeznaczony jest dla dorosłych, bo to się bardziej
opłaca – opowiadają.
Rodzice podejrzewają, że jest to celowe działanie, które ma doprowadzić do
upadłości placówki, a następnie jej prywatyzacji. Według wiarygodnych źródeł
informacji, obecnie szpital wyceniony jest na 8 milionów złotych. Ale same 16
hektarów ziemi w jego obrębie, a więc w bardzo atrakcyjnym miejscu na terenie
uzdrowiska, jest dużo więcej warte. Nie mówiąc już np. o sali operacyjnej wartej
około 4,5 miliona złotych.
Zdaniem Marii Chojnackiej, likwidacja sanatorium przeprowadzana jest w białych
rękawiczkach, tak aby oficjalnie nic nikomu nie można było zarzucić. – Polega to
na tworzeniu coraz bardziej niekorzystnych warunków do leczenia dzieci, co w
konsekwencji musi doprowadzić do zmiany profilu placówki na szpital dla
dorosłych – tłumaczy.
Zatrudnieni w szpitalu na "Górce" lekarze nie chcą komentować prywatyzacyjnych
planów zarządu. Boją się o swoje stanowiska pracy.
Co będzie dalej?
Rodzice walczący o istnienie szpitala dziecięcego twierdzą, że gdyby nie ich
wysiłki, to już od dwóch lat po szpitalu dziecięcym nie byłoby śladu. Obserwując
stopniową likwidację sanatorium dla najmłodszych, zadają jedno podstawowe
pytanie: "Co będzie dalej z naszymi dziećmi?". Osoby próbujące ocalić szpital
dla najmłodszych nie mają najmniejszej wątpliwość, że dzieci z porażeniem
mózgowym, które chętnie skorzystałyby z oferty szpitala sanatoryjnego w
Busku-Zdroju, jest bardzo dużo. W Polsce rodzi się rocznie 800-1200 dzieci z
porażeniem mózgowym rocznie. Ale ich rodzice często nie wiedzą, że jest taka
możliwość, że istnieje (jeszcze!) takie miejsce, jak szpital "Górka". Dlatego
jeżdżą często do ośrodków, gdzie pobyt kosztuje nawet kilka tysięcy złotych, co
dla wielu rodzin jest wydatkiem przekraczającym ich możliwości. Szczególnie
jeśli tylko jedno z rodziców pracuje, bo drugie opiekuje się niepełnosprawnym
dzieckiem.
Uratować "Górkę"
Beata Szczepanek, rzecznik Świętokrzyskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ w
Kielcach, twierdzi, że nie ma ograniczeń ustawowych, które zabraniałyby
przyjmowania i leczenia na "Górce" ludzi dorosłych. Zapowiedzi prezesa Legawca o
całkowitym zamknięciu szpitala dla dzieci w ciągu kilku lat komentuje
następująco: – W przyszłości nie można tego wykluczyć. Na razie szpital ma z
nami świeżo podpisaną umowę na lata 2011-2013, ale po tym okresie może nie
złożyć oferty na leczenie niepełnosprawnych dzieci. Takie jest prawo, a my, jako
płatnik, nie możemy go do tego zmusić – mówi Szczepanek. Odnosząc się do
argumentów zarządu o mniejszej opłacalności leczenia dzieci niż dorosłych,
zaznacza, że ta kwestia leży w gestii Ministerstwa Zdrowia. – Możemy płacić
według takich stawek, jakie wyznacza ministerstwo. Nie mamy tutaj żadnego ruchu
– zastrzega.
Beata Kempa i Jarosław Rusiecki, posłowie Prawa i Sprawiedliwości z regionu
świętokrzyskiego, są zaskoczeni i zdziwieni tym, co dzieje się ze szpitalem dla
dzieci w Busku-Zdroju. Ale obiecują zająć się tą sprawą. – Wystąpię do ministrów
zdrowia i skarbu z interpelacją, żeby wyjaśnić sytuację szpitala na "Górce" i
zainteresować nią odpowiednie instytucje – zapowiada Rusiecki.
Bogusław Rąpała
