Batiar od Andersa
Z Mieczysławem Wacławskim, najmłodszym żołnierzem II Korpusu Polskiego
generała Władysława Andersa, autorem autobiografii pt. "Liberka", tłumaczem
przysięgłym języka włoskiego, rozmawia Agnieszka Żurek
Wiadomość o rozpoczęciu bitwy o Monte Cassino zastała Pana w okupowanym
Krakowie. Jak zareagował Pan na tę informację?
– Dowiedziałem się o tym z radia – informację o rozpoczęciu bitwy podała
rozgłośnia londyńska zwana Radiem Bum Bum [potoczna nazwa radia BBC]. Kiedy
usłyszałem tę wiadomość, podjąłem decyzję, że za wszelką cenę przedostanę się
przez granicę i dotrę do II Korpusu we Włoszech, aby móc walczyć na froncie.
Byłem za młody, żeby pójść "do lasu" i walczyć w szeregach polskiej partyzantki,
ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym nie wziąć udziału w wojnie.
Skąd wzięło się to pragnienie? Kiedy wybuchła wojna, miał Pan tylko 12 lat…
– W czasie wojny człowiek szybciej dojrzewa. Ale to nie wszystko. Tym, co mnie
ukształtowało na całe życie, było moje rodzinne miasto Lwów. Miasto zawsze
wierne Bogu i Ojczyźnie. Chodziłem do Szkoły Powszechnej im. Henryka
Sienkiewicza – znanej każdemu, kto pochodzi z Kresów. W czasie
polsko-ukraińskiej wojny o Lwów w 1918 roku w tej szkole mieściła się pierwsza
placówka obrony Lwowa. Szkoła im. Henryka Sienkiewicza wyrabiała w uczniach
patriotyzm wysokiej próby. Zaświadczyć o tym mogę nie tylko ja, ale i wielu
moich kolegów, którzy trafili do Armii Krajowej.
Na czym polegało wychowanie patriotyczne we lwowskiej szkole im. Henryka
Sienkiewicza?
– Był to wspaniały patriotyzm Polski międzywojennej. Przede wszystkim
kształtował nas przykład Orląt Lwowskich – polskich dzieci, nieraz piętnasto-
czy szesnastoletnich, walczących o Lwów. Były tak dzielne, że zasługiwały na
najwyższe odznaczenia wojskowe. Pamiętam przykład Jurka Bitschana, który zginął
od pocisków ukraińskich, broniąc posterunku na cmentarzu Łyczakowskim. Miał
czternaście lat.
Matka Jurka Bitschana także walczyła o Lwów w szeregach Ochotniczej Legii
Kobiet. Patriotyzm we lwowskich rodzinach wynosiło się nie tylko ze szkoły, ale
i z domu?
– Tak. Mój dom rodzinny wpoił we mnie podstawowe wartości: Bóg – Honor –
Ojczyzna. To mnie ukształtowało na całe życie, z tych fundamentów wynikały
wszystkie moje późniejsze decyzje. Rodzina była dla mnie bardzo ważna. Była też
bardzo liczna – proszę sobie wyobrazić, że moja mama miała siedemnaścioro
rodzeństwa. Miałem szczęśliwe dzieciństwo, byłem typowym lwowskim batiarem,
wesołym chłopakiem z fantazją.
Pana dzieciństwo przerwała okupacja sowiecka – jak Pan wspomina te dni?
– Było to straszne, NKWD mordowało ludzi bezlitośnie. "Polowano" szczególnie na
przedwojennych oficerów i inteligencję, a także duchowieństwo. Zamykano ich do
więzień bądź wywożono na Syberię. Z więźniami obchodzono się okrutnie – kiedy
armia sowiecka opuszczała Lwów, w miejskim więzieniu, tak zwanych Brygidkach,
znaleziono przybitego do ściany księdza katolickiego, w innej celi – ludzi
zamurowanych żywcem, w kolejnej – powieszonych głową w dół. Tak Armia Czerwona
obchodziła się z Polakami. Skrót NKWD w prasie podziemnej rozszyfrowywany był
jako "Nie Znajesz Kogda Wiernioszsja Domoj" (Nie wiesz, kiedy wrócisz do domu).
W swojej książce "Liberka" opisuje Pan, do jakiego stopnia żołnierze sowieccy
byli nafaszerowani propagandą i jaki był stan ich świadomości.
– Byli oni przekonani, że wszelkimi dostępnymi sposobami należy walczyć z
"polskimi panami". "Burżuazyjnej Polsce" przeciwstawiali raj, jakim – w ich
pojęciu – był Związek Sowiecki. Na każde pytanie, czym ich ojczyzna różni się od
naszej, odpowiadali: "U nas wszystkiego mnogo!". Budynków, dróg, czołgów,
samolotów… Pytaliśmy zatem, czy to znaczy, że każdy obywatel może sobie kupić
na przykład samolot. Odpowiadali: "Oczywiście!". "A ile on kosztuje?".
"Piętnaście kopiejek". Żywności w Związku Sowieckim również podobno było pod
dostatkiem. Kiedy jeden z kolegów zapytał: "Towariszcz, a pomarańcze u was są?",
usłyszeliśmy: "Oczywiście, u nas jest wiele fabryk pomarańczy".
Czy oni rzeczywiście wierzyli w to, co mówią?
– Politrucy kazali im tak mówić, więc mówili. Nie wiem, czy w to wierzyli. To
wszystko byłoby śmieszne, gdyby nie kończyło się mordowaniem ludzi i
deportacjami. Zimą 1940 roku panował trzydziestostopniowy mróz, enkawudziści
szaleli w różnych dzielnicach Lwowa – także w naszej Bogdanówce, która była
dzielnicą typowo robotniczą. NKWD deklarowało walkę jedynie z "polskimi panami",
w praktyce jednak likwidowali kogo tylko chcieli. Na celowniku znaleźli się
także leśnicy – okupanci chcieli w ten sposób zapobiec tworzeniu się leśnej
partyzantki. Rosjanie wywozili tylko nocami, w dzień nigdy. W początkach
okupacji prawie przez to nie spaliśmy – stale byliśmy gotowi na wywózkę.
Mieliśmy przygotowaną żelazną rezerwę żywności – wiadro ze smalcem i skwarkami.
Kiedy w 1943 roku do Lwowa ponownie zbliżał się front sowiecki, został Pan
wysłany przez rodziców do kuzynostwa w Krakowie. Rodzice chcieli Pana w ten
sposób chronić, nie przewidzieli jednak, że ucieknie Pan stamtąd czym prędzej,
aby dostać się do armii polskiej we Włoszech.
– Postanowiłem przeprawić się przez Alpy. Musiałem jednak jakoś dostać się do
granicy z neutralną Szwajcarią, więc postanowiłem zrobić to na koszt okupanta.
Zgłosiłem się na ochotnika do pracy w Trzeciej Rzeszy, sprawdzając wcześniej,
czy miejsce, do którego zostałem skierowany, odpowiada mojemu celowi. Jako
ochotnik miałem przywilej wyboru miejscowości, gdzie życzyłem sobie pracować.
Dowiedziałem się, że w Bregencji, nad brzegiem Jeziora Bodeńskiego, jest
zapotrzebowanie na tokarzy. Skłamałem więc, że znam się trochę na tokarce, bo
mój ojciec tym się zajmował, i niedługo potem siedziałem już w pociągu jadącym
na południe. Spotkałem tam mojego późniejszego towarzysza przeprawy do II
Korpusu – Zdziśka Skrzypka. Szybko się porozumieliśmy w kwestii naszych planów
ucieczki.
W przygotowaniu ucieczki pomógł Panom… śpiew.
– Tak, to był nasz sposób porozumiewania się. Rozmowy przy pracy były zakazane,
ale śpiewać było wolno, nawet nas do tego zachęcano, mówiąc, że w ten sposób
lepiej się pracuje. Uruchomiliśmy zatem wywiad – pracujący z nami jeniec
rosyjski w rzewnych melodiach nadwołżańskich pieśni wyśpiewał historię swojego
życia zawierającą cenne dla nas w planowaniu ucieczki wskazówki. Ostatecznie
Zdzisiek wybił mi z głowy pomysł ucieczki przez Alpy. Zdecydowaliśmy się ukraść
łódkę i uciec nocą podczas mgły przez Jezioro Bodeńskie do Szwajcarii. Aby
ocenić, która łódka najlepiej nadaje się do ucieczki, udawaliśmy, że bawimy się
w chowanego, kryjąc się pod łodziami. W rzeczywistości sprawdzaliśmy, czy dno
łódek nie przecieka. Odpowiednie warunki pogodowe nadeszły 6 stycznia, w wieczór
Trzech Króli. Jezioro spowijała gęsta mgła. Wybraliśmy się we czterech, jednak
do brzegu Szwajcarii dotarło nas już tylko trzech – uciekającego z nami
warszawiaka zastrzeliła niemiecka straż przybrzeżna.
Jak wyglądała dalsza droga do II Korpusu?
– W Szwajcarii zatrzymała nas policja graniczna. Trafiliśmy na tydzień do
więzienia w St. Gallen za nielegalne przekroczenie granicy, ale było to takie
więzienie, które żal nam było opuszczać. Dostaliśmy dokumenty i skierowano nas
do pracy przy budowie dróg. Kiedy odwiedziłem jakiś czas temu Szwajcarię,
przekonałem się, że do tej pory droga, którą kładliśmy, nazywa się Polenstrasse.
Powiedziałem jednak swojemu towarzyszowi ucieczki: "To nie dla nas, nasze
miejsce jest w polskiej armii". Nasze wojska przerzucały ochotników przez
granicę szwajcarsko-francuską, którą obstawiało wtedy polskie wojsko. W końcu i
do nas przyjechał plutonowy, który zapytał nas: "Chłopcy, czy ktoś z was
chciałby wstąpić do polskiego wojska? Ale pamiętajcie, nie dostaniecie
karabinów, tylko zeszyty!".
Zgłosił się Pan od razu?
– Tak, pierwszy zeskoczyłem ze swojej pryczy i krzyknąłem: "Tak, ja! Ja chcę
wstąpić do wojska!". Wciąż byłem ze Zdzichem. Dostaliśmy mundury. Przez
przypadek otrzymałem bluzę majora – myślałem: "Gdyby moja mama to widziała!
Siedemnastoletni major!". Do II Korpusu Armii Andersa we Włoszech przeprawiliśmy
się statkiem z Marsylii do Neapolu. Było to bardzo niebezpieczne, ponieważ
przedzieraliśmy się wśród grasujących po Morzu Śródziemnym U-Bootów. Kiedy w
końcu osiągnęliśmy cel i znaleźliśmy się wśród polskiego wojska, mimo iż
posiadałem bluzę majora, zostałem skierowany do szkoły, na kursy rzemieślnicze.
W polskiej armii pod dowództwem generała Andersa, obok prowadzenia działań
wojennych, funkcjonowała edukacja na wszystkich poziomach. Służyłem w tak zwanej
Bazie II Korpusu. Naszym dowódcą był generał Marian Przewłocki. Ktokolwiek
służył w Bazie, wie, że pod jego dowództwem wszystkie sprzączki pasków
żołnierskich mundurów musiały błyszczeć. Nazywaliśmy go z tego powodu "generał
Priażka" (generał Sprzączka).
Na czym polegała służba w Bazie II Korpusu?
– II Korpus dzielił się na dwie dywizje frontowe – 3. Dywizję Strzelców
Karpackich pod dowództwem generała Bronisława Ducha i 5. Kresową Dywizję
Piechoty pod dowództwem generała Nikodema Sulika. Ja służyłem w Bazie, w San
Basilio, w 7. Dywizji Piechoty, 22. Batalionie, w 3. Kompanii Szkolnej. Tam
skończyłem Podoficerską Szkołę Piechoty. Przeszedłem kurs na strzelca
wyborowego, kurs saperski, minerski, kurs kierowców samochodowych, nie mówiąc
już o edukacji cywilnej. Na uroczyste rozdanie świadectw przyjechał do naszej
szkoły generał Władysław Anders. Kucharze lepili wtedy pierogi – nie wiem, jakim
cudem ulepili pierogi dla stu trzydziestu osób. Ukończenie szkoły podoficerskiej
jednak mi nie wystarczyło, chciałem zostać oficerem. Zameldowałem się więc u
kapitana Mausza, naszego dowódcy, wspaniałego człowieka. Usłyszałem: "Hola,
hola, Miećku! Jeśli mnie pamięć nie myli, to ty z trudem skończyłeś we Lwowie
szkołę powszechną, bo miałeś baniaka z przyrody! Ja cię odeślę do gimnazjum
wojskowego w Alessano, zrobisz tam małą maturę, później dużą maturę, wyślę cię
do podchorążówki i dopiero wtedy zostaniesz oficerem". Wtedy nie obowiązywała
jeszcze wprowadzona przez komunistów zasada: "Nie matura, lecz chęć szczera
zrobi z ciebie oficera".
Właśnie, komuniści… Jak Pan, jako żołnierz II Korpusu, był przez nich
traktowany po wojnie?
– Po zakończeniu wojny, podobnie jak wielu żołnierzy, spędziłem trzy lata w
Wielkiej Brytanii. Do Polski zdecydowałem się wrócić w listopadzie 1948 roku.
Przypłynąłem statkiem ze Szkocji do Gdyni. Szesnastu z nas – oficerów – niemalże
prosto z pokładu zostało zabranych przez UB. Ślad po nich zaginął. W tym samym
czasie grała na powitanie orkiestra wojskowa, a naszych kolegów zatrzymywało UB!
Gdybym wiedział, co mnie spotka w mojej Ojczyźnie, nie zdecydowałbym się na
powrót. Komuniści stosowali wobec żołnierzy II Korpusu metodę kija i marchewki –
to kusząc nas i próbując zwerbować do współpracy z UB, to znów zastraszając,
wzywając na przesłuchania, uniemożliwiając uzyskanie paszportu, a nawet – jak to
było w moim przypadku – podjęcie pracy. Po moim powrocie do Polski składałem
kilkanaście podań o zatrudnienie, dostając odpowiedzi odmowne. Podania na studia
także były odrzucane, pomogła dopiero interwencja mojego ojca, który poszedł do
rektora ubrany w gumowe buty – pracował jako szlifierz szkła i luster – i
powiedział, że nie rozumie, dlaczego ojczyzna ludowa odmawia kształcenia
robotniczemu dziecku. Przyjęto mnie na wydział historyczno-filozoficzny we
Wrocławiu i kazano odbyć szkolenie wojskowe. Nikogo nie interesowało, że
służyłem w II Korpusie i zdobyłem przecież w ten sposób doświadczenie wojenne.
Komunistyczny "Robotnik" pisał: "Armia Andersa zarazą Europy"…
– Napisałem w swojej książce, że bardziej perfidny tytuł trudno sobie wyobrazić.
My, polscy żołnierze w mundurach battle dress, mieliśmy być zarazą Europy? W II
Korpusie służyli patrioci, ochotnicy. Cały Korpus składał się z żołnierzy,
którzy do polskiej armii wstąpili dobrowolnie, nie byli wojskiem poborowym. Jako
żołnierz II Korpusu miałem obowiązek okresowego meldowania się w UB. Nie chciano
mnie na przykład zatrudnić w spółdzielni ogrodniczej Samopomoc Chłopska,
ponieważ podejrzewano, że mógłbym pracować wtedy jako antykomunistyczny szpieg i
po liczbie beczek kapusty dojść, ilu żołnierzy armii sowieckiej stacjonuje na
terytorium Opolszczyzny. W prasie komunistycznej można było przeczytać, że w II
Korpusie służyli prawie sami "gestapowcy, volksdeutsche i ukraińscy
nacjonaliści". Żona zaczęła mnie więc pytać: "Powiedz mi, za kogo ja w końcu
wyszłam: za gestapowca czy za ukraińskiego nacjonalistę?".
W dzisiejszej Polsce Pan jako żołnierz II Korpusu czuje się wreszcie u
siebie?
– Dzisiejsza Polska nie jest zupełnie taką Polską, o jakiej marzyłem. Moją
Ojczyzną jest Rzeczpospolita okresu międzywojennego. W uszach wciąż mi brzmi
wystąpienie Józefa Becka, który 5 maja 1939 roku dał wspaniałą, honorową
odpowiedź Hitlerowi: "My w Polsce nie znamy pojęcia "pokoju za wszelką cenę"".
Ludzie, którzy dzisiaj rządzą Polską, znają natomiast jedynie pojęcie "władzy za
wszelką cenę" – za cenę życia ludzkiego, za cenę Katynia próbują stworzyć jakąś
sztuczną przyjaźń, i to z kim? Z bolszewikami.
A jaką receptę dałby Pan dzisiaj młodym ludziom, którzy kochają Polskę i
chcieliby jak najlepiej jej służyć?
– Nasza Ojczyzna powinna zawrócić z drogi lewicowej ideologii, która nigdy nie
przyniosła ludziom niczego dobrego. Polacy mają ogromny potencjał. Gdyby nie
wybuchła wojna, Polska byłaby drugą Ameryką. Wspaniale rozwijała się nie tylko
gospodarczo, ale i kulturowo, i to po tylu latach niewoli. A młodzi ludzie
dzisiaj? Niech się zapatrzą w prawdziwy patriotyzm Polski międzywojennej.
Dziękuję za rozmowę.
