Komu przeszkadza nasza pamięć?
Nie ma wolności bez pamięci. Tak jak nie ma niepodległości bez historii.
Ci, którym Polska przeszkadza w ich planach, przede wszystkim zechcą zniszczyć
nasze zakorzenienie w przeszłości, nasze poczucie dumy z własnej historii. Gdy
im się to uda, staniemy się społecznością nomadów przeganianych w poszukiwaniu
pracy gdzieś po ubogich peryferiach Europy.
Od lat obserwujemy uporczywą walkę z pamięcią. W polityce, nauce, sztuce,
gospodarce. Szczególnie przypominanie PRL zostało uznane za coś bardzo
niestosownego. Politykom nie wypada zarzucać, że całe lata posłusznie spędzili w
szeregach PZPR. Uczonym nie wolno wypominać, że swoje doktoraty ozdabiali
marksistowskim bełkotem. Artystom nie należy wymawiać, że kariery zaczynali na
akademiach ku czci ZOMO albo na wystawach z okazji rocznicy sowieckiej
rewolucji. Literatom nie godzi się wytykać utworów na cześć Stalina czy
płaszczenia się przed Jaruzelskim. Rekinom biznesu nie warto pamiętać, komu
ukradli pierwszy milion i jakie służby ochraniały ich ciemne interesy.
Zapominanie stało się przepustką do życia publicznego: kto zapomniał, jest mile
widziany i ma szansę szybko awansować, kto pamięta, jest skazany na środowiskowy
bojkot, gazetowe oszczerstwa i sądowe procesy.
Jeżeli wolno cokolwiek mówić o czasach komunistycznej dyktatury, to tylko o tym,
jak było zabawnie na pierwszomajowym pochodzie albo jak śmiesznie stało się w
kolejce po wołowinę na kartki. Zbrodnie bezpieki to wymysł ponuraków z IPN, a
donosiciele zajmowali się wprowadzaniem w błąd swoich oficerów prowadzących i
nikomu nie szkodzili. Tysiące funkcjonariuszy produkowało fałszywe dokumenty
tylko po to, żeby po latach nie zabrakło makulatury. Sędziowie nie musieli
stosować się do poleceń prokuratury, prokuratorzy nie musieli słuchać rozkazów
Służby Bezpieczeństwa, a adwokaci tylko wyjątkowo donosili na swoich klientów.
Cenzura poprawiała pisarzom błędy ortograficzne, a dziennikarze pisali prawdę,
tylko drukarskie chochliki sprawiały, że w gazetach ukazywało się coś całkiem
innego. Nawet dyplomaci wystrzegali się kontaktów z sowieckim wywiadem, a
oficerów uczono w Moskwie, w jakiej kolejności wznosić toasty na sojuszniczym
poligonie.
Według oficjalnie aprobowanej wersji historii, w PRL może nie wszystko było tak,
jak być powinno, ale przynajmniej było bardzo zabawnie.
Zakazana historia
Jeżeli jednak ktoś myśli, że gruba kreska niepamięci obejmuje tylko zamierzchłe
czasy, jeszcze zanim Wałęsa samotnie i bohatersko obalił komunizm, ten popełnia
poważny błąd, który może go drogo kosztować. Katalog znacznie świeższych, a
skazanych na zapomnienie faktów mógłby wypełnić całkiem opasłą książkę. Lista
wydarzeń, których pamiętać nie wolno, nie wypada, nie warto, bo można urazić
wrażliwego na krytykę Michnika albo zatroskanego o dobre maniery
Niesiołowskiego, jest coraz dłuższa.
Kto w 1989 r. przyczynił się do wyboru Jaruzelskiego na prezydenta PRL? Kto pił
wódkę z Kiszczakiem? Kto przeszedł na ty z Urbanem? Kto proponował NATO-bis i
chciał zakładać spółki z sowiecką armią? Kto kazał wynosić dokumenty na swój
temat z Urzędu Ochrony Państwa? Kto ukręcał łeb kolejnym aferom? Kto zataczał
się na uroczystościach nad polskimi grobami w Charkowie? Kto biegał po Sejmie w
czasie czerwcowej "nocnej zmiany", żeby ratować z opresji kolegów-konfidentów?
Wystarczy? Czy ktoś odważy się przypomnieć te wydarzenia i ich bohaterów, dziś
pouczających nas z ekranów większości stacji telewizyjnych? Kurz zapomnienia
coraz grubszą warstwą pokrywa naszą historię.
A skoro tak jest, to można zabrać się za odwracanie biegu wydarzeń. Można
postawić pomnik sowieckiej armii i udawać, że to tylko wyraz troski o pojednanie
z bratnim narodem. Można opowiadać – w Niemczech, a jakże – że na ulicach
okupowanej Warszawy należało obawiać się miejscowych cwaniaków, a nie dobrze
wychowanych niemieckich żołnierzy. Można napisać każdą brednię, a wydawnictwo z
tradycjami, niegdyś uważane za przyzwoite, dla podreperowania swojej kasy
wydrukuje ją w gigantycznym nakładzie. Kiedy ogranicza się i tak okrojoną
historię w liceum ogólnokształcącym, to za parę lat będzie można bez trudu
przekonywać młodzież, że państwo polskie to geopolityczna pomyłka, która
przydarzyła się Europie na początku zeszłego wieku, ale na szczęście została już
porzucona wśród nikomu niepotrzebnych rupieci minionej epoki.
Polska to przeżytek
Pamiętać nie wolno. Pamięć to groźna część "PiS-owskiej ideologii". Pewien
krakowski – pożal się Boże – filozof, żąda usunięcia z nowohuckiej szkoły
wystawy poświęconej pamiątkom "Solidarności". A że wśród tych pamiątek są też
krzyże wykonane w latach stanu wojennego, to aż krztusi się ze złości. A że w
tej szkole – podobnie jak w tysiącach innych – uczczono pamięć ofiar tragedii
smoleńskiej, to aż dławi go nienawiść. "Krzyże, ołtarz, martyrologia,
eksponowane w tej szkole to forma patriotyzmu kreowana przez PiS. I to jest
niedopuszczalne" – pisze, oczywiście w "Gazecie Wyborczej". Ale łaskawie dodaje,
że polskie państwowe godło nadal może znajdować się w szkole. Co mu jeszcze do
uczonej głowy przyjdzie po kolejnych paru latach współpracy z tą gazetą – trudno
przewidzieć.
Historia jest niewygodna. Po co nam film o "Roju", żołnierzu wyklętym? Po co nam
książki o sowieckiej agenturze w czasach PRL? Po co archiwa i muzea? Zamiast
uczyć się historii i czytać polską literaturę, niech młodzież kopie piłkę i
ogląda telewizyjnych pajaców. Po co przywoływać piękne karty przeszłości, już
lepiej skupić się na dawnych błędach i winach. Polska to przeżytek. Można
publicznie wetknąć polską flagę w psią kupę, jak to w TVN zrobił pewien
młodzieżowy emeryt, a potem kpić sobie z wymiaru sprawiedliwości. Kim są
prokuratorzy i sędziowie, którzy nie dopatrzyli się w tym niczego niewłaściwego,
jakie szkoły kończyli, jakie studia? Jak słabe jest państwo, które kształci, a
potem zatrudnia takich prawników?
Skoro historia jest nieważna, a pamięć szkodliwa, to można popełnić każde
draństwo, licząc nie tylko na jego rychłe przedawnienie, ale także na całkowite
wymazanie ze zbiorowej pamięci. Skoro dziś można już żądać usunięcia ze szkół
pamięci o "Solidarności", skoro można – jak to czyniono parę tygodni temu na
sesji w Polskiej Akademii Nauk – ubolewać nad umieszczeniem w murach
Uniwersytetu Jagiellońskiego tablicy poświęconej Janowi Pawłowi II, to za chwilę
będzie można wyrzucić na śmietnik polską literaturę, a w kościołach, jak
czyniono to w Związku Sowieckim, urządzić "muzea ateizmu".
Jak najszybciej zapomnieć
Specjaliści od mieszania w głowach pracują bez przerwy. Chwalą katastrofę
polskiej oświaty, rozwodzą się nad pożytkami kulawej ustawy o szkolnictwie
wyższym, zacierają ręce nad likwidacją polskiej armii. Przez pięć lat trwała
polityczna nagonka na Instytut Pamięci Narodowej, a teraz wreszcie spełniają się
marzenia jej organizatorów. Janusz Kurtyka zginął pod Smoleńskiem, sejmowa
większość (PO z PSL) wybierze posłusznego prezesa, donosiciele bezpieki wreszcie
będą mogli spać spokojnie. A w środowisku, z którego wywodzą się członkowie
nowej Rady IPN (także wybranej głosami Platformy), już mówi się o "grantach",
dzięki którym pieniądze z kasy Instytutu popłyną do różnych kolegów i znajomych.
Wszystko łatwiej jest zepsuć, niż naprawić i chociaż rządy PO szczęśliwie
dobiegają końca, to poniesione straty mogą okazać się nieodwracalne.
Najcięższe działa wytacza się w sprawie pamięci o Smoleńsku. Wszystkie
środowiska, którym bliska jest idea stopniowej samolikwidacji Polski,
sprzymierzyły się w kampanii na rzecz zapominania. Nawet śp. prezydent Lech
Kaczyński, dla wielu Polaków jedyny prezydent, którego nie musieli się wstydzić,
znów jest atakowany przez dobrze opłacanych propagandzistów (oni sami lubią, jak
się o nich mówi: pijarowcy) oraz "użytecznych idiotów", liczących na choćby
okruchy z rządowego stołu.
Po co zajmować się katastrofą, skoro i tak nigdy nie poznamy jej przyczyn –
przekonują usłużni dziennikarze i wynajęci eksperci. Nie poznamy, bo Rosjanie
zniszczyli lub zagarnęli dowody niezbędne do ustalenia prawdy, a obecne władze
polskiego państwa panicznie boją się narazić na choćby grymas niezadowolenia
Putina. Smoleńska tragedia to też już historia – niewygodna, bo w najlepszym
razie ukazująca niedbalstwo i niekompetencję rządu.
Linia obrony
Nasza cywilizacja zbudowana jest na szacunku wobec pamięci. Fundamentem naszej
wiary i naszego Kościoła jest historia Zbawiciela. Przywiązanie do Ojczyzny,
czyli patriotyzm, dotyczy dnia dzisiejszego, ale odwołuje się do wydarzeń, które
miały miejsce w przeszłości. Utrata pamięci oznacza utratę wolności. Kolejne
pokolenia Polaków wiedziały, że Polska zniknie z mapy Europy, jeżeli nie będzie
wierna swojej dumnej przeszłości. Dziś historia, a z nią Polska, staje się coraz
bardziej zagrożona.
Mali ludzie chcą podeptać naszą pamięć. Jeżeli im na to pozwolimy, zgodzimy się
na utratę własnego państwa, zgodzimy się na utratę wolności. Jeżeli nie obronimy
naszych szkół, naszych symboli, naszej historii, to nasze dzieci będą musiały
przelewać krew w cudzej sprawie i ciężko pracować na bogactwo cudzych państw.
Prof. Ryszard Terlecki
Autor jest historykiem, posłem PiS, byłym dyrektorem krakowskiego oddziału
Instytutu Pamięci Narodowej.
