Węgierski „wirus” zagraża lewicy
Z Bartłomiejem Radziejewskim, politologiem i publicystą, rozmawia Piotr
Falkowski
Dlaczego dopiero teraz, ponad 20 lat po upadku komunizmu, Węgrzy doczekali
się nowej konstytucji?
– Wynikło to w dużej mierze ze specyfiki węgierskiego postkomunizmu. To, co
znamy z naszego doświadczenia, nie jest tylko polskim wynalazkiem. To także
udręka innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Na Węgrzech oligarchia
postkomunistyczna była dużo silniejsza niż u nas. A lewica rządziła
nieprzerwanie przez dwie kadencje, mając pełnię władzy. Jej dominacja była
znacznie dotkliwsza niż w Polsce za rządów SLD. Był nad Dunajem odpowiednik
naszego roku 1989, natomiast nie było przełomu symbolicznego i ustrojowego,
jakim u nas była najpierw Mała Konstytucja, a potem obecnie obowiązująca z 1997
roku. Węgry były więc do niedawna państwem postkomunistycznym także w sensie
konstytucyjnym. Orban obiecał to zmienić i słowa dotrzymuje.
Co tak bardzo nie podoba się elitom europejskim w nowej konstytucji
węgierskiej?
– Znalazła się w niej preambuła i inne artykuły odwołujące się do
chrześcijaństwa. Jest przepis określający małżeństwo jako związek mężczyzny i
kobiety, a więc wykluczający możliwość tzw. małżeństw homoseksualnych, a także
prawna ochrona życia od poczęcia. Wreszcie, nowa ustawa zasadnicza jasno potępia
komunizm jako tyranię. To są rozstrzygnięcia niezwykle bolesne dla europejskiej
lewicy, która przywykła do tego, że te kwestie są już uregulowane zgodnie z jej
życzeniem. Okazało się tymczasem, że na Węgrzech można to urządzić dokładnie
odwrotnie. A więc nie tylko dla lewicy węgierskiej, ale i całej lewicy
europejskiej, która na tych kwestiach się obecnie koncentruje w miejsce
problemów socjalnych, jest to dotkliwy cios i wielka symboliczna klęska. Co
więcej, ta porażka jest elementem kompleksowego projektu przebudowy państwa i
polityki, także pod względem języka debaty o sprawach publicznych. Jeśli on się
powiedzie, Węgry będą modelem do naśladowania dla innych. Lewica europejska może
bać się takiego, mocno prawicowego przecież, węgierskiego "wirusa".
Ale złość lewicy na Orbana nie wynika tylko z tego?
– Tak. Nie chodzi zresztą tylko o lewicę. çron G. Papp nazwał nagonkę na Węgry w
związku z ustawą medialną wojną zastępczą. Jej prawdziwą przyczyną są reformy
gospodarcze Orbana. Chodzi na przykład o politykę podatkową. Obciążane są banki,
sieci handlowe, wielkie zagraniczne korporacje. Zmniejszono natomiast fiskalne
ciężary małych i średnich firm. Jest to spełnienie bardzo zasadnego postulatu,
aby pomóc w akumulacji rodzimego kapitału, odciążyć węgierską klasę średnią i
biedniejsze grupy. Dzieje się to kosztem wielkiego zagranicznego kapitału, dla
którego Węgry były do tej pory eldorado, a który stanowi potężne lobby w skali
międzynarodowej. I chwyta się ono obecnie rozmaitych sposobów, aby uderzyć w
rząd, który działa na jego niekorzyść. Druga przyczyna to wspomniane już
radykalne zerwanie z europejską poprawnością polityczną. Pojawiające się
propozycje wyrzucenia Węgier z Unii Europejskiej pokazują, jakie ryzyko bierze
na siebie rząd, który chce przeprowadzić systemowe reformy po swojemu. Myślę, że
w Polsce powinniśmy to uważnie obserwować i uwzględniać, myśląc o naprawie
Rzeczypospolitej.
Węgrzy postanowili wzmocnić rolę prezydenta kosztem Trybunału
Konstytucyjnego. Pojawia się zarzut, że to walka z państwem prawa?
– Dodajmy do tego zapis o forincie jako walucie narodowej. Zmieniono też nazwę
państwa z "Republika Węgierska" na "Węgry", aby zerwać skojarzenia – i ciągłość
– z "republikami" sowieckimi. Widzę tu dwa zasadnicze motywy. Po pierwsze, jest
to próba budowy nowoczesnego państwa narodowego. Wymaga to m.in. przezwyciężenia
typowego dla postkomunizmu problemu nierządności wynikającego z sieciowej
struktury państwa w złym tego słowa znaczeniu. Chodzi o nazbyt rozproszone
ośrodki decyzyjne nieskładające się na system polityczny zdolny do realizacji
strategicznych celów. W ramach takiego programu może mieścić się ograniczenie
nadmiaru władzy sędziów. Przestrzegają przed nim jako bardzo groźnym zjawiskiem
teoretycy demokracji (a w krajach postkomunistycznych jest to kwestia
szczególnie dotkliwa ze względu na uwikłanie wielu sędziów w zależności z
poprzednich systemów), ale w medialnych debatach często fałszywie sprowadza się
walkę z nim do walki z państwem prawa.
W nowej konstytucji zwiększa się też ilość spraw, które wymagają
kwalifikowanej większości w parlamencie. Czemu służą te zmiany ustrojowe?
– Budowie (czy odbudowie, jeśli spojrzeć z głębszej perspektywy historycznej)
silnego państwa może też służyć wprowadzenie w parlamencie wymogu większości
kwalifikowanej dla szeregu spraw i inne rozwiązania wzmacniające władzę
wykonawczą kosztem pozostałych. Skądinąd to wzmacnianie egzekutywy jest zgodne z
powszechnym trendem widocznym w niemal wszystkich krajach zachodnich. Jednak
część z tych rozwiązań – i jest to drugi możliwy motyw – można odczytywać także
jako próbę utrwalenia swoich zdobyczy przez ekipę Orbana. Dziś ma ona większość
konstytucyjną i wprowadza zasadnicze zmiany. Być może chodzi o uniemożliwienie
następcom ich "odkręcenia". Świadczyłoby o tym uznanie za "prawa kardynalne"
niektórych kwestii regulowanych powszechnie na drodze zwykłych głosowań, a
dotyczących m.in. systemu emerytalnego.
Czy węgierskie społeczeństwo jest tak bardzo podzielone jak polskie?
– Jeszcze bardziej. Dlatego jednym z celów wprowadzania progów większości
kwalifikowanej dla wielu nowych spraw jest spowodowanie konieczności częstszego
wypracowywania ponadpartyjnego, ogólnonarodowego konsensusu. W tym sensie
wspomniane zmiany służyłyby po części także zasypywaniu podziałów społecznych i
politycznych nad Dunajem. Czy tak będzie, przekonamy się jednak dopiero wtedy,
gdy żadna węgierska partia nie będzie miała w parlamencie konstytucyjnej
większości.
To trochę przypomina polski projekt IV Rzeczypospolitej.
– Można powiedzieć, że Węgrzy robią na poważnie to, co u nas pozostawało głównie
w sferze werbalnej. Porównanie Fideszu z PiS jest pouczające. Podobny jest
ogólny kierunek myślenia obu partii. A więc, po pierwsze, dążenie do radykalnej
przebudowy państwa. Po drugie, swoista mieszanka idei konserwatywnych,
narodowych, liberalnych i socjalnych podporządkowana nadrzędnemu celowi
państwowemu. Analogią do IV Rzeczypospolitej jest nad Dunajem hasło "Nowych
Węgier". Różnicą natomiast jest to, że Fidesz jest partią znacznie silniejszą
niż Prawo i Sprawiedliwość. To wynika nie tylko z gigantycznej kompromitacji
lewicy na Węgrzech, ale również z tego, że Orban bardzo zręcznie, wytrwale i
systematycznie budował sobie polityczne i społeczne zaplecze już od początku lat
90. Fidesz jest partią o wiele szerszą, bardziej otwartą na współpracę z
zewnętrznymi organizacjami i środowiskami niż PiS.
Dziękuję za rozmowę.
Bartłomiej Radziejewski jest redaktorem naczelnym kwartalnika "Rzeczy
Wspólne".
