Ministerialna aktywność zastępcza

Z "Gazety Wyborczej", której w takich sprawach mimo wszystko można
wierzyć, dowiadujemy się, że pan minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski,
od pewnego czasu skutecznie spychany w cień przez pana prezydenta Komorowskiego,
wynajął pana mecenasa Romana Giertycha, ongiś przywódcę Ligi Polskich Rodzin i
członka rządu premiera Jarosława Kaczyńskiego, do prowadzenia w jego imieniu
procesów sądowych przeciwko osobom używającym w internecie "języka nienawiści".
Okazało się przy okazji, że to właśnie minister Sikorski w grudniu 2010 roku
zwrócił się do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta z interwencją, by
prokuratura energiczniej ścigała sprawców przestępstw na tle antysemickim. Jak
wiadomo, prokurator generalny Andrzej Seremet wystosował do podległych sobie
prokuratur polecenie "poważnego" traktowania takich przestępstw. Sądziliśmy
początkowo, że uczynił to z własnej inicjatywy, w ramach sławnej niezależności
Generalnej Prokuratury, ale informacja o interwencji ministra Sikorskiego
pokazuje, że w zakresie niezależności od czasów PRL nic się nie zmieniło.

Mniejsza jednak o to, bo znacznie ważniejsza jest próba stopniowego dławienia
wolności słowa w internecie pod pretekstem zwalczania "mowy nienawiści".
Określenie to jest podobnie nieostre, jak użyte w słynnym art. 58 kodeksu
karnego Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (RFSRR)
określenie "antysowiecka i kontrrewolucyjna agitacja" – jednak, jak wiemy, ten
brak ostrości wcale nie przeszkodził objęciu prześladowaniami pod tym pretekstem
dziesiątek milionów ludzi. To jednak okazało się dopiero później, w związku z
tym art. 58 początkowo sprawiał wrażenie całkiem niewinnego. "Językiem
nienawiści" zajęli się u nas najpierw "maleńcy uczeni" w osobach Magdaleny Tulli
i Sergiusza Kowalskiego, którzy za pieniądze Ambasady Królestwa Niderlandów w
Warszawie sprokurowali książkę, w której oskarżyli o używanie "mowy nienawiści"
wszystkich, których opinie im się nie spodobały albo których wskazano im
nieubłaganym palcem. Książka wzbudziła wiele śmiechu, ale pamiętajmy, że miłe
złego początki, tym bardziej że SLD właśnie chce rozszerzyć penalizację "mowy
nienawiści" nie tylko w stosunku do sodomitów, ale i ze względu na "tożsamość
płciową". "Antysemityzm" – cokolwiek by to miało oznaczać – penalizowany jest u
nas już od dawna. Spektakularnym dowodem nadgorliwości, a zarazem ignorancji
niektórych prokuratorów i – niestety – niezawisłych sędziów jest skazanie
Arkadiusza Łygasa, który porozwieszał w kilku miejscowościach województwa
lubelskiego tekst wielkopiątkowej modlitwy za Żydów. Cóż dopiero by się działo,
gdyby tak zaczął rozwieszać plakaty protestujące albo przeciwko "inwentaryzacji"
mienia uznanego przez żydowskie organizacje rewindykacyjne za "żydowskie", albo
przeciwko próbom jego "odzyskiwania"? Zgodnie z rozkazem prokuratora generalnego
Andrzeja Seremeta, wydanym – jak już wiemy – wskutek interwencji ministra
Radosława Sikorskiego, każdy taki protest, a nawet uzewnętrzniony odruch
niezadowolenia może zostać uznany za szczególnie groźne przestępstwo. Być może
sprawcy takich przestępstw nie będą wydawani władzom izraelskim w celu
reedukacji, ale żadnej pewności, ma się rozumieć, nie ma. Jak pamiętamy,
europejski nakaz aresztowania został w Polsce wprowadzony i zastosowany mimo
konstytucyjnego zakazu ekstradycji obywateli polskich, więc wszystko jest
możliwe, tym bardziej że izraelski premier Beniamin Netanjahu zapewnił o swoim
poparciu dla Grupy Zadaniowej. W tej sytuacji procesowa aktywność ministra
Sikorskiego, wspomaganego przez mec. Romana Giertycha, pozwala zorientować się w
formach kolaboracji, oczekiwanej, a może nawet i wymaganej zarówno od
miejscowych rządów tubylczych, jak i tubylczej inteligencji kompradorskiej.
Denuncjować, łapać i wydawać.

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj