Razem przy stole nie tylko od święta
Temat tegorocznego Narodowego Dnia Życia "Co najmniej jeden posiłek
dziennie z całą rodziną" nasunął mi kilka refleksji. Ostatnio, kiedy znowu się
spieszyłam i jadłam w kuchni na stojąco, moje dorosłe i dorastające dzieci,
które były tego świadkami, zgodnym chórem zawołały: "Mamusiu, usiądź!".
Przeżyłam chwilę refleksji: "No tak, do tego doszło, że i w naszym domu jest
fast food". Słyszałam kiedyś cyniczną refleksję znajomego tatusia, znudzonego
pilnowaniem swojego synka podczas posiłku: "Jedz, jedz, bo i tak wszystko jest
przemianą białek". Pamiętam też moją babcię, która zawsze, zanim rozpoczęła
świeży bochenek chleba, kreśliła na nim nożem, szybko, niemalże odruchowo, znak
krzyża.
Słyszymy często, że w domu rodzinnym ważne miejsce zajmuje stół – jest ołtarzem
domowego kościoła. Ołtarz kojarzy nam się z pięknem, ofiarą, spotkaniem dobrze
przygotowanym i czasem specjalnie zarezerwowanym, by nie było pośpiechu, który
gubi to, co najważniejsze… Bez wysiłku i starania łatwo popaść w rutynę, a tu
przecież dzieje się coś bardzo ważnego.
W naszym domu zawsze był duży stół, taki, żeby wszyscy mogli się zmieścić. Było
to miejsce posiłków, modlitwy, długich rozmów i pogawędek, lecz również –
szczególnie w czasie, kiedy dzieci były małe – miejsce walki i różnego rodzaju
konfliktów. Był też często miejscem wspólnej pracy. Ten prosty drewniany
dziadkowy stół wiele usłyszał. Był ołtarzem, na który przynosiliśmy radość bycia
razem, wdzięczność za Boże dary, które spożywaliśmy, ale również problemy i
konflikty.
Zauważamy też, że z czasem musimy zmieniać formę spotkań przy stole. Nie możemy
zafiksować się na jednym sztywnym rytuale. Dzieci im starsze, tym większy mają
udział w tworzeniu spotkań i przygotowywaniu posiłków.
Kiedy wspólne posiłki jednoczą?
Młode małżeństwo, niemające jeszcze dzieci, cieszy się swoją obecnością. Jest
czas, żeby spokojnie usiąść razem. Jak bardzo przeszkadza wtedy nie w porę
dzwoniący telefon. Dobrze jest, gdy wyraźnie oddzielimy czas posiłku od innych
spraw, tych pilnych, ale niekoniecznych. W dobie szybkiego tempa życia i
pracoholizmu nawet młode małżeństwa muszą zdecydowanie bronić się przed
intruzami z interesem. Jeśli mąż pochwali wysiłki kulinarne żony, powie coś
miłego, to ona będzie robiła to z radością i wielką pomysłowością (niewątpliwie
przygotowywanie posiłków jest rodzajem sztuki), co przyczyni się do jakości
spotkań. Jeden ze starszych panów powiedział, że jego żona gotuje świetnie, ale
on nie potrzebuje jej chwalić czy dziękować, bo dostatecznym podziękowaniem jest
fakt, że on to, co jest przygotowane, zje. Takie wspólne posiłki nie jednoczą.
Osoba, która je przygotowuje, także mąż, czuje się jak zły sługa.
Nie popełniajmy takich błędów
Kiedy pojawiają się dzieci, sytuacja przy rodzinnym stole często diametralnie
się zmienia.
Na ostatnim wyjeździe rodzin z naszej parafii podczas posiłków siedzieliśmy z
mężem obok małżeństwa z sześcioletnim synkiem. Obóz trwał 10 dni i przez ten
czas rodzice dziecka wymienili między sobą niewiele uwag, natomiast centrum
nieustannej uwagi był kapryszący dzieciak. "Jeszcze 10 łyżek, 9, 8…" "To zjesz
(tu mama zakreślała krąg na talerzu), a tego nie, bo ci zaszkodzi". Tatuś nie
miał tu nic do powiedzenia. Nie wtrąciliśmy się przez całe 10 dni! Hmm… może
kiedyś będziemy dobrymi teściami… Stół pokazuje prawdę o relacjach w rodzinie.
Przypomnieliśmy sobie nasze dzieci z tego okresu. Często zbytnio
koncentrowaliśmy się na ich zachowaniu czy jedzeniu. Szczególnie u mnie było to
pragnienie, by dziecko było zdrowe, więc czasem nadopiekuńczo coś podsuwałam,
raczej "wciskałam". Taka postawa prowadzi do tego, że dzieci zaczynają królować.
To one kontrolują sytuację, a dla rodziców (szczególnie ojców) taki posiłek nie
należy do przyjemności. I tu jest ten moment, o którym powiedziałam, że stół
może być miejscem walki. Przy takim podejściu z czasem ojcowie uciekają od
wspólnych posiłków – wolą zjeść sami z gazetą lub przed ekranem. Mamy często
nadal walczą z dziećmi. Zależy im, żeby ich pociechy zjadły. Mężowie są w cieniu
tych zabiegów. Jedna z moich koleżanek powiedziała kiedyś, że dopiero może
odetchnąć, jak już jest po obiedzie. Taki przełom dnia – najtrudniejsze ma za
sobą. Dzieci zaś, gdy podrosną, prawdopodobnie będą wolały fast foody.
Spotkanie osób czy pobudzanie apetytów
Kochane mamy, zróbcie wszystko (a może lepiej nie róbcie wiele), żeby posiłki
były spotkaniem osób, a nie tylko pobudzaniem przemiany białek! Niech mężowie
odczują, że są ważni w tym momencie, że są najważniejsi. U nas następowało
uzdrowienie sytuacji (gdy malec próbował podporządkować sobie innych), kiedy
tatuś wyprowadzał kapryszące dziecko z talerzem do kuchni lub kiedy ono
wiedziało, że konsekwencją jego zachowań będzie brak słodyczy lub zabraknie mu
czasu na arcyciekawą zabawę. Chcę tu wyjaśnić "teorię drugiego żołądka", którą
opracował nasz przyjaciel. Otóż twierdził on, że pierwszy żołądek u dzieci jest
tak maleńki, że z trudem mieści się w nim obiad. Drugi jest ogromny i w nim
zmieszczą się wszelkie słodycze, które pojawią się na stole po obiedzie. Uwaga!
Nie rozpychajmy drugiego żołądka naszych dzieci. Dziecko nie jest cielątkiem,
tylko osobą, która również potrzebuje prawdziwego spotkania z rodzicami właśnie
na poziomie osób. Jeśli tego nie ma… to w tym punkcie znajduje się źródło
anoreksji, bulimii i innych zaburzeń u młodych.
Gdyby zapytać przypadkowe osoby: "Z czym kojarzy ci się rodzinny posiłek?",
najczęściej odpowiedziałyby, że z niedzielnym lub świątecznym obiadem.
Rzeczywiście wtedy dokładamy starań, żeby było najlepsze jedzenie, piękny stół.
Wiemy też, ile wysiłku kosztuje osobę przygotowującą takie spotkanie. Wiele
kobiet jest w ten świąteczny dzień po prostu zmęczonych, niejednokrotnie nie
mają czasu, by spokojnie usiąść. Z jednej strony wiadomo, że zorganizowanie
świątecznego spotkania rodziny wymaga wielkiej ofiarności i bez niej nie jest
możliwe. Z drugiej strony zdarza się, że wszystko zdominuje ogromna ambicja, by
było jak najlepiej. Taki perfekcjonizm rodzi napięcia i konflikty z
najbliższymi. Ojcowie czasem mówią: "Jak to ma tak wyglądać, to ja nie chcę
gości". Wymyśliłam zasadę: "Rozsądna, na miarę sił, ilość zwiększa jakość
spotkania".
Po prostu razem
Piszę o spotkaniach specjalnych. A co z tymi codziennymi? W codzienności rodzina
staje się wspólnotą. Odbywamy niekiedy taką podróż do źródeł czasu. Zaczyna się
od skojarzenia jakiegoś smaku, zapachu z potrawami i atmosferą wspólnych
posiłków przed laty. Duże już dzieci pamiętają niuanse takich sytuacji:
świąteczne pierniki, które razem przygotowaliśmy według przepisu cioci, a które
były tak twarde, że tylko dzieci mogły je zjeść. Pierwsze zrobione samodzielnie
potrawy dla wszystkich w domu. Makowiec, który z wielkim samozaparciem i
radością zrobiła córka. Wymyślne danie według pomysłu syna i we współpracy z
nim, które dość trudno było pokonać. Artyzm córki w nakrywaniu stołu. Zapach
kwiatów stojących na stole. Różne dowcipne pomysły, na które pozwalaliśmy.
Specjalności synów: jeden robił naleśniki, drugi potrawy z mięs. Pierwszy
upieczony w domu chleb na zakwasie – moja duma. Te wszystkie sytuacje uczyły
współpracy, dzielenia się, robienia czegoś dla innych. Było to możliwe dlatego,
że dzieci od małego "pomagały" mi w kuchni. Jeden z synów ostatnio oburzył się
na czyjeś stwierdzenie, że gotowanie jest wyłączną domeną kobiet. On lubi zrobić
coś nowego w tej dziedzinie. Muszę też przyznać, że dzięki nim nie jestem
męczennicą gotowania, ale czerpię radość z tego, że mogę coś zrobić dla nich, a
oni dla nas – rodziców.
Zastanawiam się, jak taka codzienność w wymiarze wspólnych posiłków wyglądała w
Nazarecie. Jaką gospodynią była Maryja? Na pewno nie była perfekcjonistką,
cierpiętnicą, lecz to, co robiła, nawet prosty posiłek, było przygotowane z
miłością. Wspólne spożywanie było spotkaniem osób, takim małym codziennym
celebrowaniem wzajemnej miłości. Proste potrawy, proste gesty, prawda w relacji,
radość… Tak to sobie wyobrażam i zapraszam Maryję do naszego domu, do naszego
stołu.
Stół – codzienny ołtarz, przy którym spotykamy się, rozmawiamy, spożywamy
posiłek. Spotkanie osób, na które przez modlitwę zaproszony jest Bóg.
Jeśli nasze wspólne posiłki będą spotkaniem osób, to okaże się, że są
niezastąpioną szkołą słuchania innych, mówienia, czyli wyrażania swoich poglądów
z szacunkiem dla innych, dzielenia się swoimi doświadczeniami, przeżytym dniem.
Będą niezwykłym źródłem ciągłego poznawania się szczególnie w relacji rodzice –
dzieci i dzieci – rodzice. Będą kopalnią wiedzy i źródłem zdrowego poczucia
humoru. Przyczynią się do nowych pomysłów i inicjatyw.
Tak będzie, jeśli nie zrezygnujemy z tego, co tworzy naszą rodzinę, i nie
poddamy się szybkiemu nurtowi zarabiania, zdobywania, realizowania się. Jeśli
nie poddamy się wielu pozornie użytecznym propozycjom pomocy rodzicom –
począwszy od żłobków, poprzez świetlice, opiekunki, tysiące różnych dodatkowych
zajęć, ciekawe edukacyjne programy, gry.
Bóg daje nam wzór życia. W Biblii znajdziemy wiele opisów uczty. Eucharystia
oprócz wymiaru ofiary ma również wymiar uczty. Pan Jezus porównuje Królestwo
Boże do uczty u Króla, na którą jesteśmy zaproszeni (Mt 22, 1-14). Przedsmakiem
takiego radosnego spotkania przy naszym staraniu mogą stawać się nasze wspólne
rodzinne posiłki.
Elżbieta Marek
