Rewolta, rewolucja i co dalej?

Protesty społeczne, które wybuchły w styczniu w kilku krajach arabskich,
doprowadziły do rewolty na całym Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. W
ostatnich dniach krwawa rebelia w Libii wydaje się przechodzić w następną fazę
otwartej wojny domowej. Niektórzy obserwatorzy dostrzegają nawet oznaki
rewolucji. Tymczasem w światowych mediach trwa debata nad genezą i charakterem
tych gwałtownych wydarzeń. Powszechnie zadawane jest pytanie: "Czy doprowadzą
one świat arabski do demokratycznych przemian?".

Powraca zatem debata, prowadzona przed laty na marginesie amerykańskiej
interwencji w Iraku, czy możliwa jest demokracja w państwach muzułmańskich.
Wśród wielu znawców świata muzułmańskiego utrzymuje się optymistyczna opinia, że
demokracja parlamentarna i wybory przedstawicielskie są zgodne z prawem
koranicznym. Twierdzą oni, iż świat zachodni niesłusznie zmonopolizował
definicję demokracji, która w rzeczywistości może przyjmować różne formy,
zależnie od lokalnych uwarunkowań kulturowych. W tych rozważaniach nad
demokracją muzułmańską przytacza się argumenty islamskich myślicieli, jak
Muhammad Iqbal, Hassan al-Turabi, Ali Shariati, Abu al-A´la al-Mawdudi, czy
byłego irańskiego prezydenta Muhammada Chatamiego. Wszyscy ci teoretycy starali
się dowodzić, iż główne zasady demokracji dają się pogodzić z zasadami islamu,
że połączenie tych zasad nie odbiega znacząco od chadeckich koncepcji w świecie
zachodnim. Wychodząc z takich założeń, podejmowano też polemikę z tezami Samuela
Huntingtona o zderzeniu cywilizacji. Broniono cywilizacji muzułmańskiej przed
oskarżeniami o zacofanie i wrogość wobec świata zachodniego.

Demokracja w perspektywie Koranu
Zachodni badacze islamu dostrzegają oczywiście, iż proces demokratyzacji w tym
świecie zachodzi bardzo wolno. Wielu jednak obwinia za to raczej zewnętrzne
czynniki, jak kolonializm i międzynarodowy system ekonomiczny. Wydaje się
jednak, że starając się dowieść kompatybilności demokracji i islamu, niektórzy
popełniają poważny błąd. Albo relatywizuje się koncepcję demokracji, aby
dopasować ją do muzułmańskiej rzeczywistości, istniejących rozwiązań
administracyjnych, które wykorzystują niektóre koncepcje republikańskie, albo
naciąga się rzeczywistość świata muzułmańskiego, nie dostrzega się ułomności
demokratycznych, aby dopasować się do głoszonych teorii. I tak choć w świecie
muzułmańskim powszechnie występuje koncepcja shury – rady, to zwykle pełni ona
symboliczną funkcję doradczą, lecz nie legislacyjną, gdyż ta często jest
przyznawana prezydentowi, królowi, szejkowi lub przywódcy duchowemu. Zamiast
koncepcji suwerenności narodu powszechna jest spuścizna myślenia i zachowania
klanowo-plemiennego. Zaś idea dochodzenia do konsensusu nie jest powszechna dla
całego społeczeństwa, lecz jedynie zastrzeżona dla starszyzny i establishmentu.
Pomimo tych usilnych starań wielu badaczy, którzy pragną dowodzić, że nie
kierują się zachodnim "orientalizmem", świeckim uprzedzeniem do islamu,
przytłaczająca większość prominentnych myślicieli muzułmańskich dowodzi od lat,
że demokracja jest niekompatybilna z ich religią. Ten pogląd opierają na
założeniu, iż prawo islamskie reguluje zachowanie wyznawców we wszystkich
dziedzinach ich życia i tylko podążając ścieżką Boga, można realizować cele w
życiu na ziemi. Zdecydowanie przeciwko ideom zachodniej demokracji występowali
założyciele i teoretycy Bractwa Muzułmańskiego, Hasan al-Banna i Sayyid Qutb,
którzy domagali się całkowitego oparcia państwa na zasadach Koranu, który
zapewnia kompleksowy system zasad współżycia. Wielu islamistów postrzega
demokratyczne wybory jako herezję. Nie dostrzega potrzeby tworzenia instytucji
regulujących prawo, gdyż prawo wywodzą bezpośrednio z Koranu. Od lat prowadzą
walkę z globalizacją, którą utożsamiają z westernizacją i konsumeryzmem,
narzuceniem zachodnich zasad współżycia tradycyjnym, paternalistycznym
społeczeństwom muzułmańskim. Nie wystarczy zatem zaimportować kilku zasad i
struktur z katalogu demokratycznego czy republikańskiego, aby kraj stał się
demokratyczny. W wielu państwach muzułmańskich istnieją konstytucje i
parlamenty. W wielu praktykuje się nawet ograniczone wybory. Istnienie takich
atrybutów republikańskich nie uczyniło jednak Iranu, Syrii, Afganistanu, a nawet
Iraku państwami demokratycznymi.
Jak dotąd zatem świat muzułmański, poza kilkoma wyjątkami jak Turcja, Indonezja
czy Mali, nie był gotowy do demokratyzacji. Szczególnie w krajach arabskich
przywództwo przejawia postkolonialne nawyki do paternalizmu i autorytaryzmu.
Republikańskie instytucje mają tam charakter fasadowy czy wręcz są atrapami.
Choć używa się tam terminów z demokratycznego słownictwa, to nadaje im się
zupełnie inne znaczenie lub relatywizuje, dodając stosowne przymiotniki.
Wreszcie w języku arabskim, perskim czy tureckim nie istnieje wiele pojęć
odpowiadających w sposób tożsamy naszym terminom republikańskim i
demokratycznym.

Obalenie dyktatora to dopiero początek
Nadzieje, iż obecne rewolty w państwach arabskich przyniosą pozytywne zmiany
demokratyczne, opierają się na obserwacji zachowania protestujących mas. Wydaje
się, że protestujący Arabowie nie są zainteresowani odwoływaniem się do
jakiejkolwiek ideologii. Nie przywołują też islamu jak Irańczycy w 1979 r. czy
Algierczycy w latach osiemdziesiątych. Nie oznacza to, że żądają sekularyzacji
życia. Wiele jednak haseł ma typowo pragmatyczny charakter. Wiele żądań dotyczy
wymiaru ekonomicznego: pracy, chleba, i wymiaru społecznego: respektu, godności.
Domagają się odejścia skorumpowanych liderów i dyktatorów. Żądają pluralizmu i
demokratyzacji życia politycznego. Ciekawe, iż tym razem żądania demokracji
traktowane są jako naturalne, przynależne im prawo. Tym razem demokracja nie
jest kojarzona z narzucanymi przez Zachód standardami. To powinno cieszyć, iż
demokracja nie jest postrzegana przez pryzmat dawnego programu prezydenta Busha.
Co jednak powinno martwić to fakt, iż ruchy protestu w wielu państwach nie mają
przywódców, partii politycznych i struktur, które podtrzymałyby proces
instytucjonalizacji demokratycznych przemian. Samo zniknięcie dyktatora nie
przyniesie demokracji, jak już przekonaliśmy się w Iraku w 2003 roku. Zniknięcie
dyktatorów i osłabienie ich autorytarnego aparatu odsłoni dopiero podskórne
życie polityczne w każdym z tych krajów. Polityczny kształt państw arabskich po
obaleniu dyktatorów dopiero będzie się wyłaniał i klarował przez wiele lat.

Polityczny islamizm nie umarł
Od lat największymi i najlepiej zorganizowanymi siłami przeciwko dyktaturom
arabskim były ugrupowania islamskie. Istnieje zatem powszechna obawa, że zanim
odrodzą się i okrzepną umiarkowane stronnictwa, świat arabski pójdzie drogą
rewolucji irańskiej, zwycięskiego Hamasu w Gazie czy Hezbollahu w Libanie. Jako
dowód na ten scenariusz przytacza się istnienie silnego Bractwa Muzułmańskiego w
Egipcie i powrót tunezyjskiego przywódcy islamskiego Racheda Ghannouchiego z
emigracji. Od kilku już tygodni ajatollahowie irańscy oferują swój patronat nad
arabskimi rewoltami. W ostatnich dniach dokonali nawet prowokacyjnego manewru,
przesyłając dwa okręty wojenne do portów syryjskich. Pokazali tym gestem zarówno
Arabom, jak i światu zachodniemu, że są gotowi do poważnej rozgrywki o hegemonię
w regionie. Arabska rewolta może zatem zostać przechwycona przez siły
niedemokratyczne i antyzachodnie.
Zdaniem wielu obserwatorów, są jednak powody do umiarkowanego optymizmu. Pewne
nadzieje, że ten islamski scenariusz się nie zmaterializuje, wynikają z faktów,
iż jak dotąd protesty nie utożsamiają się z radykalnymi hasłami religijnymi.
Rewolty nie zdołały też przejąć ruchy dżihadu i Al-Kaidy, nadal koncentrujące
się na zewnętrznej walce z Zachodem. Największe nadzieje wynikają jednak z
obserwacji zachowania się w ostatnich latach Bractwa Muzułmańskiego. Kiedyś było
ono wyznacznikiem sposobu walki, nawet terrorystycznej, ze światem
demokratycznych i świeckich przemian na Bliskim Wschodzie. Dziś wydaje się, że
liderzy tego i podobnych ugrupowań zmienili taktykę, z terroru na płaszczyznę
polityczną. Dostrzegli też na przykładzie działania umiarkowanej partii
islamskiej w Turcji, że można dojść do władzy przez wybory i połączyć elementy
demokratyzacji z rozwojem gospodarczym, niezawisłością państwa i wartościami
islamskimi.

Atrofia europejskiej polityki zagranicznej
Wszystko to nie oznacza, że polityczny islamizm jest już martwy, to jeszcze nie
jest "koniec historii" na Bliskim Wschodzie i triumf liberalnej demokracji.
Wiele wskazuje, że pozytywnym przemianom świat będzie musiał pomóc. Pierwszym
regionem, który odczuje ewentualne negatywne skutki przemian na Bliskim
Wschodzie, jest Europa. Podstawowym instrumentem oddziaływania Unii Europejskiej
na państwa tego regionu był Proces Barceloński, a następnie Unia na rzecz
Śródziemnomorza. Współpracy tej przyświecała idea zwiększania europejskich
inwestycji po drugiej stronie morza. Jednak słabe gospodarki państw arabskich i
autorytarne reżimy nie przyczyniały się do tworzenia pozytywnego klimatu dla
europejskich inwestorów. Dotychczasowa współpraca ekonomiczna polegała też
raczej na zachęcaniu prywatnych inwestorów do aktywności gospodarczej. To się
nie powiodło. Alternatywą jest zatem bezpośredni pakiet pomocy finansowej i
gospodarczej. Jednak dzisiejszej Unii Europejskiej na to nie stać. Środki na tę
pomoc można jedynie zabrać z innych kierunków, np. z programu Partnerstwo
Wschodnie lub w przyszłym budżecie mniej przeznaczyć na rozbudowę infrastruktury
m.in. w Polsce. Te ograniczenia tłumaczą brak europejskiego zapału do
wypowiadania się na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie.
Współpracę komplikuje jeszcze polityczny aspekt, paraliż procesu pokojowego,
czyli nierozwiązany konflikt palestyńsko-izraelski. Z tego powodu ministrowie
spraw zagranicznych Europy i państw Bliskiego Wschodu nie spotkali się od
grudnia 2008 r., a w ubiegłym roku nie odbył się też planowany szczyt przywódców
państw. Jeśli zatem po obaleniu dyktatorów nowe rządy arabskie, może i z
udziałem umiarkowanych islamistów, staną się jeszcze bardziej asertywne wobec
Izraela, to możliwości współpracy z Europą raczej zostaną ograniczone.

Nie będzie bliskowschodniego planu Marshalla
Od dawna oczekuje się bezpośredniego zaangażowania prezydenta Obamy na Bliskim
Wschodzie. Spodziewano się, że laureat Pokojowej Nagrody Nobla będzie
uczestniczył w palestyńsko-izraelskim procesie pokojowym. Jednak ostatnie
tygodnie pokazują, że amerykańska administracja nie kwapi się do aktywnej
polityki. Amerykanie boją się, by nie popełnić błędów z czasów rewolucji
irańskiej. Nie stać też ich na bliskowschodni plan Marshalla.
Wydaje się zatem, że arabskie przebudzenie trafiło na światową dekoniunkturę i
nie może oczekiwać szybkiego, a zarazem bezwarunkowego wsparcia. Warszawa
powinna czuć się zaniepokojona taką sytuacją na cztery miesiące przed objęciem
prezydencji w Unii Europejskiej. Kryzys w państwach arabskich kolejny raz
wykazuje atrofię europejskiej polityki zagranicznej. Utrzymywanie się sytuacji
kryzysowej i konfliktowej w państwach arabskich będzie skłaniało Unię i
poszczególne państwa członkowskie, szczególnie południowej Europy, do doraźnych,
chaotycznych działań na rzecz spacyfikowania problemów. To może się odbywać
kosztem naszych interesów na Wschodzie, a nawet kosztem wspierania naszych
programów infrastrukturalnych. W takiej sytuacji, w sposób podręcznikowy,
wychodzi bezmyślność działań naszego rządu w ostatnich latach na Bliskim
Wschodzie. Wycofując wojska z Iraku (gdzie 60 proc. kosztów pokrywali
Amerykanie) i z operacji pokojowych w Libanie i na wzgórzach Golan (gdzie
większość kosztów pokrywał ONZ), utraciliśmy instrumenty oddziaływania
politycznego w tamtym regionie. Ale ponieważ dyplomacja przypomina strukturę
naczyń połączonych, tracąc instrumenty polityczne na Bliskim Wschodzie,
ograniczyliśmy też możliwości działania na priorytetowym kierunku wschodnim.
Kryzys arabski udowadnia, że w polityce międzynarodowej należy zawsze liczyć się
z niespodziewanymi, negatywnymi wydarzeniami i trzeba mieć zdolność do grania na
wielu fortepianach, a nawet instrumentach w międzynarodowej orkiestrze.

Witold Waszczykowski
 

Autor jest ekspertem Instytutu Sobieskiego, dyplomatą, byłym zastępcą szefa
Biura Bezpieczeństwa Narodowego (2008-2010); w latach 2005-2008 pełnił funkcję
podsekretarza stanu w MSZ.

drukuj