Lada dzień może wybuchnąć wojna

Arabowie z plemienia Misseriya z północy Sudanu stworzyli alternatywny
rząd w regionie Abyei, bogatym w ropę i o zróżnicowanej strukturze społecznej.
Jest to wyraźne naruszenie porozumienia pokojowego zawartego w 2005 r. między
północą a południem Sudanu, co może prowadzić do wybuchu wojny jeszcze przed
zaplanowanym na 9 stycznia referendum.

Jak informuje Katolicki Serwis Informacyjny dla Afryki, do pilnej interwencji
międzynarodowej w tym bogatym w ropę regionie wezwał starszy członek sudańskiego
plemienia Dinka Ngok w Wielkiej Brytanii. Tereny Abyei bowiem od lat są częścią
sporną, którą zamieszkują przedstawiciele obu plemion – Dinka Ngok i Misseriya.
W słowach skierowanych do chrześcijańskiej organizacji Christian Solidarity
Worldwide dr Zachariah Bol Deng, były polityk, ocenił te działania jako "zamach
stanu" i powiedział, że są one "równoznaczne z wypowiedzeniem wojny". – Bogaty w
ropę naftową region – wraz z rosnącym napięciem w związku z referendum, które
zaplanowano na 9 stycznia 2011 r. – jest coraz częściej postrzegany jako teren
zapalny do wznowienia wojny między Sudanem północnym i południowym – wyjaśnił. –
Jeśli wybuchnie wojna, będzie to ludobójstwo – ostrzega Bol Deng, dodając, że od
sytuacji w Abyei zależy pokój i stabilność całego kraju.
Alternatywny rząd, który ma rozpocząć urzędowanie 25 grudnia, składa się z
gubernatora, jego zastępcy, rady legislacyjnej, burmistrza, rady obrony i szefa
ochrony.
 

MMP

***************

Zabijani, porywani, zastraszani

Z ks. Waldemarem Cisłą, dyrektorem polskiej sekcji organizacji Pomoc
Kościołowi w Potrzebie, rozmawia Maria Popielewicz

Odwiedził Ksiądz w ostatnich dniach Sudan. Jak przedstawia się obecnie
sytuacja tamtejszych chrześcijan?

– Przez te dni odwiedziłem polskie siostry salezjanki w Sudanie, rozmawiałem z
tamtejszym ks. kard. Gabrielem Zubeir Wako, arcybiskupem Chartumu, stolicy
kraju, który niedawno został zaatakowany, i innymi biskupami, księżmi tam
pracującymi. I trzeba powiedzieć, że sytuacja jest w tym kraju bardzo
dramatyczna.
Sudan jest podzielony właściwie na dwie części – jest północ, gdzie przeważa
ludność muzułmańska, i południe, gdzie żyją chrześcijanie i animiści. Rząd
sudański, który jest muzułmański, dąży do wprowadzenia prawa szariatu w całym
kraju, tak by obowiązywało ono także tych, którzy muzułmanami nie są. Dlatego w
styczniu odbędzie się referendum na temat podzielenia kraju na dwa państwa.
Oczywiście północy taki podział nie jest na rękę, zwłaszcza że na południu są
duże złoża ropy naftowej. Wiemy, że to przynosi duże dochody. I to jest głównym
powodem, dla którego chrześcijanie są prześladowani. W związku z referendum
ciągle następują akty przemocy wobec chrześcijan. Są zastraszani, porywani,
mordowani. Z drugiej strony dochodzi do prób ściągania i osiedlania muzułmanów
na chrześcijańskim południu, żeby było ich tam więcej. Wszystkie organizacje
pomocowe mają jedną obawę: że sąd nie będzie chciał dopuścić do podziału kraju i
dojdzie znowu do wojny. Jest to groźba bardzo realna. Pamiętajmy, że
chrześcijanie byli tam sprzedawani jak niewolnicy, siłą wcielani do armii, i
dalej tak się dzieje, a oni pozostają bezbronni. Kobiety chrześcijańskie
pracujące u Arabów są gwałcone, zmuszane do przyjmowania islamu. To są
dramatyczne sytuacje. Te młode kobiety nie mają żadnej możliwości poskarżenia
się komukolwiek, bo nie mają niczego, nie mają pracy. W Chartumie 1,5 mln
chrześcijan jest traktowanych przez muzułmanów jak niewolnicy, jak tania siła
robocza. Dlatego chrześcijanie próbują się dostać na południe. Mieszkają na
obrzeżach Chartumu, gdzie w zasadzie rozpoczyna się już pustynia i właściwie
niczego tam nie ma. Przede wszystkim nie ma bieżącej wody, która jest konieczna
do normalnego funkcjonowania. Rząd nie robi niczego, by tym ludziom pomóc.
Dlatego też zbierają oni resztki tego, co mają, i starają się stamtąd wyjechać.
Gromadzą się na specjalnie wyznaczonych placach i czekają po 3-4 dni bez
żywności, bez żadnej opieki, aż jakiś autobus ich zabierze na południe. To
ogromne problemy, z którymi muszą się na co dzień borykać. Kościół próbuje
podejmować działania.

Czy rząd, miejscowa milicja reagują w jakikolwiek sposób na przemoc wobec
chrześcijan?

– Nie. Najczęściej pozostają bierni wobec ich losu. Dla muzułmańskiego rządu,
jeśli zginie Afrykańczyk, a zwłaszcza chrześcijanin, to wówczas jest to dla
niego powód do zadowolenia, bo jest ich mniej. To jest smutna i brutalna prawda.

Czy my coś możemy zrobić?
– Ksiądz kardynał Wako, kiedy z nim rozmawiałem, dziękował mi za nasze
zainteresowanie losem chrześcijan w Sudanie i bardzo prosił, byśmy nie ustawali
w modlitwie za wyznawców Chrystusa w tym kraju. My, jako Pomoc Kościołowi w
Potrzebie, w okolicach 9 stycznia, czyli dnia, na który zaplanowano w Sudanie
referendum, przewidzieliśmy przeprowadzenie akcji pomocy dla tego kraju. Warto
przypomnieć, że od wielu lat w skali międzynarodowej prowadzimy w tym kraju
akcję "Wychowywać, aby ocalić", za co kardynał też dziękował. Polega ona na tym,
że opłacamy nauczycieli, którzy mogą za darmo uczyć dzieci w szkołach w tych
obozach, gdzie są chrześcijanie. Jak podkreślają tamtejsi biskupi, to najlepszy
kapitał, jaki Kościół może tym dzieciom powierzyć – nauczyć czytać i pisać, żeby
one nie były analfabetami, żeby nie były łatwym łupem dla handlarzy niewolników
i dla różnych partyzantek. Zbliżający się nowy rok w Polsce będzie poświęcony
właśnie Sudanowi, tak jak teraz naszą uwagę kierowaliśmy ku Irakowi. Chcemy
łączyć się z naszymi braćmi chrześcijanami przez naszą modlitwę, informowanie o
ich sytuacji, i wreszcie przez konkretną pomoc dla nich.

Jakie są działania organizacji międzynarodowych, by zmienić sytuację Sudanu?
– Bardzo przykre jest właśnie to, że co prawda obecne są tam organizacje
międzynarodowe, ale ich pomoc jest znikoma. W Afryce w różnych krajach
stacjonują wojska ONZ, ale najczęściej przybywają na miejsce, gdy jest już po
fakcie, gdy rzeź czy pogrom już się dokonały. To jest bardzo smutne, że te
wojska są mało skuteczne, a przecież ONZ dysponuje niesamowitymi środkami i
możliwościami…

Czyli jedyne, na co mogą liczyć, to pomoc Kościoła?
– Tak. Jedyną pomoc, jak otrzymują, to jest to, co ofiaruje im Kościół. To jest
ich jedyna nadzieja na poprawę sytuacji. Jak już wspomniałem, są tam siostry z
naszego kraju, ale także obecni są misjonarze z innych krajów, którzy żyją z
tymi ludźmi w obozach, oddają im wszystko, co mają, dzieląc z nimi biedę i tę
dramatyczną sytuację. Niestety, jest tam mało powołań do kapłaństwa i życia
zakonnego, ale są. Uczestniczyłem nawet raz w prymicjach tamtejszego
neoprezbitera. W prezencie na kapłańską drogę dostał parę butów. Widać więc, że
chrześcijanie żyją tam bardzo skromnie, nie mają prawie niczego, ale to ludzie
wierzący, praktykujący.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj